Dowiedziałem się dziś o bardzo ciekawej inicjatywie Digital Independence Day – po polsku byłby to Dzień Niezależności Cyfrowej.
To cykliczne „święto” ma miejsce w każdą pierwszą niedzielę miesiąca, czyli również dzisiaj. O co chodzi? O to, aby krok po kroku uniezależniać się od wielkich korporacji, które chcą mieć nad nami pełną kontrolę, podczas gdy korzystamy z ich platform. Jeden dzień w miesiącu możemy poświęcić na poszukiwanie rozwiązań, które pozwolą zdobyć więcej wolności w tym cyfrowym świecie.
Choć nie ma co ukrywać – duże platformy są często po prostu wygodniejsze, zresztą dlatego zyskały tak wielu użytkowników. Klasycznym przykładem są tu media społecznościowe. Największe z nich, takie jak Facebook, X, Instagram, TikTok dawały przez lata sporo wartości, ale coraz mocniej uzależniają nas od swoich algorytmów i męczą reklamami. Na szczęście jest już coraz więcej otwartych sieci np. Mastodon czy Bluesky. Wciąż zachęcam do Mastodona, który jest dla mnie osobiście bardzo przyjemną siecią z „vibem” starego internetu z wczesnych lat 2000, gdy ludzie rozmawiali ze sobą, a nie wyłącznie liczyli zasięgi.
Są jednak obszary, w których w Polsce jesteśmy w znacznie lepszej sytuacji niż mieszkańcy krajów Zachodniej Europy albo Stanów. Można do nich zaliczyć rynek e-booków.
Kupując w Polsce książkę elektroniczną, nie kupujemy jedynie „licencji na dostęp”, jak od pewnego czasu przekonuje Amazon. E-booki z polskich księgarni nie mają zabezpieczeń DRM, możemy więc ściągnąć sobie plik EPUB czy PDF, no i mieć go na stałe na dysku, nikt nie zabroni nam go przeczytać nawet za 30 lat.
Tymczasem jednym z artykułów na stronie Digital Independence Day jest poradnik: jak czytać e-booki bez Amazonu. Bo gdy ktoś kupuje książki w Kindle Store, no to jest uzależniony od systemu Kindle i jego zabezpieczeń. Owszem – artykuł wymienia rozwiązania, takie jak korzystanie z Calibre, zdejmowanie DRM (co jest ostatnio znacznie trudniejsze), jak również przesiadkę na bardziej otwarte czytniki, choćby PocketBook czy Onyx.
Można więc powiedzieć, że inne kraje są dopiero na początku tej drogi, którą z polskim rynkiem e-booków przeszliśmy już kilkanaście lat temu. Likwidacja DRM w Polsce była pewnym paradoksem, bo popularny Adobe DRM był niekompatybilny z popularnymi czytnikami Amazonu! Poznaliśmy na własnej skórze niezgodność platform, a wydawcy podjęli słuszne decyzje uwolnienia plików.
Oczywiście mamy w Polsce rosnący rynek wypożyczeń – a użytkownicy takich platform jak Legimi, Empik Go czy Storytel będą pewnie niedługo odkrywać, że chcieliby się uniezależnić. Co jest oczywiście możliwe – wystarczy zacząć e-booki kupować, przynajmniej te, które chcemy mieć „na zawsze”, a nie tylko tak długo, jak opłacamy abonament.
Sytuacja kupujących e-booki jest wciąż łatwiejsza niż szukających np. kopii filmów. Rynek Blu-ray w Polsce praktycznie nie istnieje, można filmy cyfrowe „kupować” na niektórych platformach, ale zwykle oznacza to „licencję na dostęp”.
Największy bój odbywa się chyba w tej chwili w branży gier. Pisałem jakiś czas temu o inicjatywie Stop Killing Games. Ma ona zapewniać dłuższe życie grom, które zależne są od aktywacji na zewnętrznych serwerach. Zebrano w tej sprawie ponad milion podpisów, została zarejestrowana oficjalna inicjatywa obywatelska, jednak jej postulaty zostały odrzucone przez Komisję Europejską. Uzasadnienie było takie, że narzucenie obowiązku pozostawiania gier w stanie „grywalnym” wymagałoby np. udostępniania kodu źródłowego, narzędzi serwerowych czy łatek umożliwiających grę offline i nadmiernie ingerowałoby w prawa własności intelektualnej twórców. W zamian Parlament Europejski ma się zająć uchwaleniem Digital Fairness Act (Aktu o Sprawiedliwości Cyfrowej), który część postulatów uwzględni.
Tak czy inaczej, takie inicjatywy jak Stop Killing Games czy Digital Independence Day zwracają uwagę na podstawowy problem: jak odzyskać kontrolę nad naszą cyfrową własnością. Warto zwracać na to uwagę, no i męczyć polityków przy okazji kampanii wyborczych, najbliższa za rok. Bo jeśli firmy same nie zdecydują się na większe poszanowanie praw użytkowników, mogą zostać do tego zobowiązane przez państwa lub Unię Europejską.
A jak u Was wygląda walka o niezależność cyfrową? A może odpuszczacie temat i wygrywa wygoda? :)
Grafika: Digital Independence Day, autor: Florian Biege.




Czytam głównie polskie książki. Przytłaczającą większość z nich kupuję. Trochę e-booków pożyczam od znajomych. Czytam i kasuję. Podobnie do papierowych książek. Cenię sobie polskie regulacje. Przy angielskich książkach jednak zwycięża wygoda. Karmię Amazona.
Naprawdę kasujesz papierowe książki?
Karmiąc Amazon, karmisz bestię, która nie chce sprzedać ci książki, ale kontrolować twoją książkę oraz twój czytnik!