
Dwa całkowicie odmienne podmioty wydawnicze ujawniły wielkość swojej sprzedaży w ubiegłym roku.
Pierwszym jest Grupa Wydawnicza Foksal – to część grupy Empik i jeden z największych wydawców na polskim rynku, który tylko w ubiegłym roku opublikował 600 nowości i wznowień.
Podsumowanie roku przeczytamy w serwisie Rynek Książki. W komunikacie czytamy:
Całkowita liczba sprzedanych egzemplarzy papierowych książek wyniosła 5,398 mln egz. […]
Coraz większą rolę w rozwoju wydawnictwa pełnią wydania cyfrowe. W 2025 roku to ponad 250 tys. sprzedanych lub przeczytanych w streamingu e-booków, a także ponad 200 tys. audiobooków.
Jeśli zsumujemy liczbę książek papierowych i e-booków, te ostatnie stanowią 4,4%. Jeśli wliczyć audiobooki – to jeszcze mniej.
Teraz ArtRage – wydawca mniejszy, butikowy, skupiony na ambitnej literaturze. Obszerne podsumowanie znajdziemy na Facebooku. Zacytuję tylko statystyki:
W 2025 sprzedaliśmy:
118 493 książek papierowych
29 110 ebooków
Tutaj e-booki stanowiły ilościowo niemal dokładnie 20% całej sprzedaży w 2025.
Co istotne: zarówno GWF, jak i ArtRage do sprzedaży e-booków wliczyły pliki pobrane w abonamentach.
No i co o tym sądzić?
Gdy parę dni temu udostępniłem statystyki ArtRage na naszym profilu Facebookowym, podniosły się głosy, że te 20% to mało, szczególnie na wydawcę, który promuje się głównie w internecie i ma świadomych technologicznie czytelników.
Ale można to zrozumieć. Wiele serii wydawanych przez ArtRage, np. Cymelia jest bardzo wysmakowanych estetycznie i ludzie chcą mieć na półce papier, a na wydania w twardej oprawie wręcz polują. Jest w tym pewnie też trochę kolekcjonerstwa czy snobizmu. Z drugiej strony – np. ja prawie nigdy nie kupuję powieści w papierze, więc książki z ArtRage czytam w Legimi, lub kupuję pliki.
No, ale co w takim razie powiedzieć o tych 4,4% z GW Foksal? To jest wciąż bardzo mało. Od wielu lat szacuje się, że e-booki stanowią około 5% polskiego rynku książki, no i to wydaje się potwierdzać. Oczywiście – od dawna nie są już kompletną niszą, o czym świadczy fakt, że prawie wszystkie nowości i bestsellery mamy również w wersji elektronicznej. Wielu recenzentów i dziennikarzy na co dzień korzysta z czytników, no i domagają się od wydawców właśnie plików. Co innego influencerzy – tu zawsze łatwiej zrobić fotkę wersji papierowej, a potem jeszcze można wystawić na sprzedaż. Zresztą odsprzedażą egzemplarzy recenzyjnych zajmują się też dziennikarze, a dość zabawny artykuł na ten temat miał niedawno Press. Co jest zresztą dla mnie zrozumiałe – półki nie są z gumy.
Czy więc e-booki osiągnęły swój sufit popularności? Albo po prostu osiągnęły dłuższy okres stabilizacji? Odnoszę wrażenie, że na razie tak. Zniknął już impuls wywołany przez pandemię, gdy ludzie rzucili się do abonamentów, biblioteki zaczęły jak szalone oferować kody do Legimi czy Empiku. Młode pokolenie ceni sobie papier, jak patrzę po gigantycznych kolejkach na targach książki – choć pamiętajmy, że w Stanach trend jest inny i może to u nas zacznie się zmieniać.
A Wy ile % książek w ubiegłym roku przeczytaliście w postaci e-booka?



Nie przypuszczałem że nadal ebooki stanowią tak mały procent. Ale to może być tylko etap spowolnienia na krzywej wzrostu. Wydaje się, że ogólniejszy trend długoterminowy to cyfryzacja wszelkich mediów.
A odrobina snobizmu i kolekcjonerstwa w dziedzinie książki jest sympatyczna i nieszkodliwa.
Chyba jednak tak. w UK choc gospodarka idzie jako tako a rzad zwiesza podatki guru papierowego ksiegarstwa mowi, ze maja zlote czasy i podwyzki podatkow im nie straszne- ludzie kupuja odkilku lat mase ksiazek… https://www.theguardian.com/books/2026/jan/26/waterstones-boss-defends-business-rates-rise
Ciekawe… choć jedna jaskółka wiosny nie czyni. W Polsce co chwila słychać o jakichś problemach na rynku książki.
W Polsce właśnie w postępowanie układowe wchodzi Azymut czyli jedna z trzech największych hurtowni książek, z zadłużeniem ok. 100 mln zł.
Azymut to ma straty od 2016, Olesiejuk należy do Dresslera, Platon na lekkim plusie. I to tyle
Nie jestem w stanie tego zrozumieć, pewnie jestem za głupi. Od lat pisze się, że jedną z patologii rynku książki w Polsce jest to, że lwią część pieniędzy zgarniają pośrednicy, a więc hurtownie. A tu czytam, że jedna z trzech największych ma zadłużenie na 100 dużych baniek.
Gdzież więc są te pieniądze? – jak pytał klasyk…
Wygląda na to (tak ogólnie, nie bazując tylko na sprawie Azymutu), że pośrednicy rzeczywiście zgarniają dużą część pieniędzy, ale nie przekłada się to na jakieś wielkie zyski.
Coraz bardziej mam wrażenie, że oligopol w dystrybucji nie pozwala wydawnictwom podnieść cen płaconych przez klientów. Bo kiedy tylko podniosą cenę okładkową, to Azymut czy Dressler Dublin próbuje wymusić wyższy rabat albo jakąś opłatę dodatkową.
„pośrednicy rzeczywiście zgarniają dużą część pieniędzy, ale nie przekłada się to na jakieś wielkie zyski” – ale to jakiś ekonomiczny absurd. Jdyne wytłumaczenie jest takie, że jednocześnie generują jakieś chore koszty.
Trochę wiem o handlu hurtowym i nie rozumiem tego. Handel książkami to nie jest rocket science.
Jak to możliwe, że wytworzył się taki oligopol? Dlaczego nie powstaje więcej hurtowni? Ktoś musi na tym rynku srogo mieszać, inaczej nie dochodziłoby do takich absurdów. Komuś taka „patologia” musi być na rękę.
To nie jest ekonomiczny absurd, tylko patologia polskiego rynku książki.
Hurtownie wymuszają na wydawcach olbrzymie rabaty, doliczają koszty dystrybucji i ze stosunkowo niedużą swoją marżą sprzedają książki detalistom.
„Detaliści internetowi” sprzedają książki znowu z niewielką marżą, żeby zysk osiągnąć głównie skalą działalności. Natomiast detaliści stacjonarni nie mogą sobie pozwolić na niewielki narzut w stosunku do ceny zakupu książki z hurtowni, bo muszą pokryć koszty lokalu handlowego. Punkt stacjonarny nie jest w stanie osiągnąć zysku przez efekt skali.
A skąd się wziął oligopol?
Hmm, np. największym detalistą, jeśli chodzi o książki jest Empik. Ten sam Empik jest też właścicielem Grupy Wydawniczej Foksal (W.A.B., Wilga, Buchmann, FoxGames, Uroboros, Lipstick Books). A oprócz jednego z największych wydawnictw, dobre uzupełnienie biznesu stanowi również jeden z największych dystrybutorów, czyli Platon Sp. z o.o.
Inna sieć stacjonarna – Świat Książki jest własnością kolejnego dystrybutora, czyli Dressler Dublin. Czy jest sens posiadania księgarni stacjonarnych, księgarni internetowej oraz hurtownika i dystrybutora bez jakiegoś wydawnictwa? Najwyraźniej nie, więc do tej samej grupy kapitałowej należą Wydawnictwo Olesiejuk oraz Bukowy Las.
Na tym tle dosyć biednie wypada grupa PWN, która łączy wydawnictwa (różne wersje PWN, PZWL, WNT) z kolejnym dystrybutorem, czyli niesławnym ostatnio Azymutem. Księgarń stacjonarnych chyba już brak, ale i tak nie było ich zbyt wiele.
Ale zaraz… Skoro:
1) hurtownicy wymuszają duże rabaty, ale sprzedają z niewielką marżą,
2) detaliści internetowi też sprzedają z niewielką marżą,
to skąd bierze się taki rozrzut (o którym tyle razy czytałem) pomiędzy ceną detaliczną książki, a tym, co realnie zarabia wydawnictwo i autor? Skoro wszyscy mają „niewielkie” marże…
Przecież czytałem właśnie nie raz, że to hurtownicy zabierają dla siebie większość ceny książki. A Ty piszesz, że mają niewielkie marże. Z tego wynika, że koszty dystrybucji musiałyby być jakieś horrendalne.
Jeśli pytasz o sprzedaż stacjonarną, zwłaszcza przez księgarnie niezależne, to o ile koszty całkowite są pewnie w normie, to koszty rozłożone na wolumen sprzedaży są horrendalne.
Księgarnia cały czas płaci ten sam czynsz za lokal w centrum miasteczka, podczas gdy Ty przeniosłeś się z zakupami książek do internetu, sąsiadka zaopatruje się w książeczki dla swoich bąbelków przy okazji zakupów w biedronce, a podręczniki dostarcza szkoła. Ten sam punkt stacjonarny musi się teraz utrzymać ze znacznie mniejszej liczby sprzedanych egzemplarzy niż kiedyś.
Ale ja w ogóle nie piszę o księgarniach, cały czas piszę o hurtowniach. To, czemu upadają stacjonarne księgarnie, jest doskonale zrozumiałe.
Dla mnie zdania „hurtownia zabiera największą część ceny książki” oraz „hurtownia ma niewielkie marże” są sprzeczne.
Bo to stwierdzenie odnosi się do ceny okładkowej, która jest w dużej części wirtualna.
Wydawca narzeka na hurtownię, że ta wymusza 50% rabatu, ale później wchodzisz na stronę bonito i widzisz nowość sprzedawaną za 60% ceny okładkowej. Czyli z tych 10% mamy pokryte koszty hurtowni, zysk hurtowni, koszt księgarni internetowej i zysk księgarni internetowej.
Jasne, rozumiem to, co piszesz.
Ale z tego wynika, że teza, jakoby na książkach najwięcej zarabiały hurtownie, jest po prostu nieprawdziwa.
Z kolei potencjalna ustawa o stałej cenie książki jest najbardziej korzystna właśnie dla hurtowni (bo „zdewirtualizuje” cenę okładkową i pozwoli hurtowni zachować większą część rabatu od wydawnictwa).
Dlatego najnowsza propozycja ustawy o stałej cenie zawiera też zapis o maksymalnym rabacie udzielanym hurtowni. Bez tego rzeczywiście nowe regulacje służyłyby niemal wyłącznie księgarniom stacjonarnym, ale bez większych szans na poprawę losu wydawców i autorów.
Być może kiedyś zamysł był taki, że sama stała cena pozwoli uratować dystrybucję stacjonarną (która nie będzie zmuszona konkurować ceną z internetem) i dzięki ekspozycji książek w przestrzeni publicznej wzrośnie czytelnictwo (czyt. sprzedaż książek), czyli rynek urośnie i wszyscy się jakoś wyżywią.
Albo może próba przeniesienia rozwiązań działających u sąsiadów, bez głębszego spojrzenia, czy to co Niemcy wprowadzili u siebie dawno temu, zadziała tak samo w Polsce Anno Domini 2015 czy 2025.
1. Amazon w USA od lat stosuje agresywna polityke cenową, często sprzedając dostęp do ebooka poniżej kosztów. Tak niskie ceny z pewnością przyciągnęły zaintersowanie konsumentów. Tymczasem w Polsce ceny ebooków poza promocjami są bardzo wysokie. Do tego nie ma jednej tak silnej platformy jak Amazon Books.
2. Kulturowo, w Polsce książka papierowa to nadal jeden z najpopularniejszych prezentów. Używaną książkę można potem komuś dać, pożyczyć albo sprzedać. To przemawia za książką fizyczną vs ebook.
3. Ale pdobno Polska jest fenomenem światowym jeśli chodzi o popularność subskrypcji ebooków w modelu abonamentowym Legimi/Empik GO, więc to (i model USA Amazon) pokazuje że kluczem do popularności ebooka jest niska cena.
4. Sumujac abonamenty i sprzedaż pojedynczych ebooków pewnie jest powyżej 5%.
podobno Foksal liczył te 4,4% razem z abonamentami
„A Wy ile % książek w ubiegłym roku przeczytaliście w postaci e-booka?”
W 2025 100%. W 2024 92%, a to jedynie z powodu polityki wydawnictwa na literę V.
„A Wy ile % książek w ubiegłym roku przeczytaliście w postaci e-booka?”
W 2025 90%.
U mnie nadal królują e-booki, wydania papierowe od pewnego czasu są dla mnie niewygodne i już dawno przestało brakować mi zapachu farby drukarskiej. Od jakiś 2 lat więcej też słucham. Ubiegły rok przedstawia się następująco:
– audiobooki: 44 (34%)
– ebooki: 74 (58%)
– papierzaki (nie mylić z tymi w lesie): 10 (8%)
Nie pamiętam kiedy ostatni raz czytałem książkę w papierze.
Tutaj e-booki stanowiły ilościowo niemal dokładnie 20% całej sprzedaży w 2025.
Robercie, a nie 25% ?
Nie, 29110/(29110+118493)=0,197
U mnie pytanie brzmi: ile przeczytałeś w formie papierowej? U mnie to tylko 25%. Głównie przez książki Mroza, które kupiła siostra. Dla mnie pierwszym wyborem są ebooki.
Od kilku lat ebooki to 100% przeczytanych książek i kupionych. Zachciało mi się jednak ostatnio przeczytać biografię Filipa Łobodzińskiego i musialem zakupić papier. Niestety czcionka jest tak mała, że nie jestem w stanie przebrnąć. Wydawnictwa przy sprzedaży książek papierowych powinny podawać wielkość czcionki, ewentualnie, jeśli nie zamierzają wydawać ebooków, drukować w dwóch wersjach czyli dodatkowo dla starych dziadów jak ja.
Tak jest w UK z wazniejszymi tytulami (moze z wiekszoacia ale nie sprawdzalem).
W papierze czytałam tylko przewodnik po Cyprze …
Reszta to audiobooki i ebooki.
Metoo, ebooki min. 90%.
W zamierzchłych czasach niedoborów późnego PRLu, co i rusz narzekałem na małą czcionkę, blady druk, marny papier, brak marginesów wewnętrznych, złe odstępy, miękkie okładki, pękające grzbiety i rozsypujące się strony. Gdyby ktos mi opisał czytnik i jego możliwości to bym nie uwierzył, że takie cudo będzie powszechnie dostępne za mojego życia i to szybciej niż później.
No to cieszę się i korzystam!
GW Foksal nie ma w Legimi, pewnie tu by dodatkowe punkty procentowe zyskali.
Np. nowej książki Mroza nie ma w Legimi i jakoś nie znalazłem motywacji, żeby ją przeczytać w inny sposób, a gdyby była to bym to już zakolejkował. A tak to poszedł Śmielak, Wolwowicz, Piotrowski…
Ja tez ebooki ale po latach i grubym hajsie wydanym na kolejne modele czytnikow (naprawde sporo) chyba jednak… tablet i smartfon.
Czytniki: Kindle Keyboard, DX, Touch, Paperwhite 2,3,Oasis 2, Scribe 1, Colorsoft (zaluje) Pocketbook (jakis) Ten pierwszy z lgimi inkbook z abonamentu (swietny), Inkbook 8 cali (swietny ale gniazdko do d..) Teraz glownie Samsung galaxy s24 ultra, Scribe, Ipad Air 11 i 13, sporadycznie Samsung Galaxy tab s8 Ultra.
I czyta Ci się lepiej na smartfonie/tablecie? Nie czujesz większego zmęczenia oczu?
Wydaje mi się, że ArtRage zyskuje, że jest na Legimi. Tam właśnie trafia do szerszej publiczności i dzięki temu wersje elektroniczne stanowią u nich taki większy udział.
Odnosiłem się tutaj kilka miesięcy temu, że spadła mi ekscytacja ebookami oraz czytnikami i że przechodzę na książki papierowe. Trzymam się nadal tego zdania. Jest mi z tym na ten moment lepiej vs ebooki. Czytam przerzucając fizyczne strony na siedząco lub leżąco i jest fajnie. Ma to swoje minusy, ale i swoje plusy. Nie ma lepszego i gorszego czytania. W USA ebooki królują, bo jest Amazon i jego usługi, których w wielu państwach (w tym w Polsce) nie ma i pewnie długo nie będzie. Sam zamawiam teraz książki papierowe m. in. na Amazon.pl, gdzie też są świetne promocje i idzie wyrwać świetne tytuły za kilka złotych. Przeczytać, odsprzedać, pożyczyć. Albo pójść do autora na targach po podpis. Wolę klasykę, niż żonglowanie plikami w calibre.