
Wybuchła ostatnio burza związana z wydawnictwem Heca, ale zjawisko jest dłuższe, głębsze i dla czytelników nie tak jednoznaczne.
Streśćmy, o co chodzi. Twórcą i prezesem Spółki Autorskiej Heca jest autor bestsellerowych kryminałów, Zygmunt Miłoszewski, któremu będę na wieki wdzięczny za literackie opisanie działania świateł ulicznych w Olsztynie. Po tym, jak pożegnał się z wydawnictwem WAB, postanowił „pójść na swoje”. Dołączyli do niego brat, Wojtek Miłoszewski, a także Jakub Szamałek i Jacek Dehnel, chyba nieprzypadkowo wszyscy publikujący wcześniej w Grupie Wydawniczej Foksal.
Tak piszą o sobie:
Jesteśmy grupą przyjaciół, polskich pisarek i pisarzy, którzy uznali, że nigdy nie znajdziemy dla siebie bezpiecznego wydawniczego miejsca, jeśli nie stworzymy go sami. Mamy swoje zasady. Nie korzystamy z AI w pracy twórczej, wszystko robimy i drukujemy w Polsce, płacimy w terminie, a zyskami dzielimy się uczciwie, w sposób jasny i czytelny dla wszystkich.
Na stronie heca.art można kupić książki papierowe (wszystkie po 65 zł), e-booków brak. I z tego powodu nie miałbym może powodu do szerszego omawiania tematu, ale wokół wydawnictwa powstał spory szum.
Poszło o to, czy… odchodzenie od dużego wydawcy jest w ogóle etyczne.
Czy „dojne krowy” mają finansować wydawców?
W zarządzaniu dobrze znana jest koncepcja macierzy BCG. Produkty, które generują stabilne źródła przychodu, nazywane są „dojnymi krowami” (ang. cash cow). Nie trzeba w nie już dużo inwestować, a zgarnia się zyski.
Duże wydawnictwa działają – przynajmniej w teorii – w ten sposób, że dzięki bestsellerom można finansować słabiej sprzedające się tytuły, lub te wręcz wydawane z założeniem, że na nich się straci, ale wydawca stwierdza, że warto.
Tylko czy autor chce być taką „dojną krową”? Zygmunt Miłoszewski i jego koledzy przemnożyli sobie liczbę sprzedanych egzemplarzy przez potencjalny przychód z jednego, no i uznali, że wyjdą znacznie lepiej na tym, jeśli sami będą je sprzedawać.
Uruchomienie Hecy spowodowało dość mocną krytykę ze strony Zbigniewa Czerwińskiego, byłego prezesa Bellony i Świata Książki, obecnie szefa stowarzyszenia Copyright Polska. Cytowany w Wyborczej mówił właśnie to:
Wydawnictwo założone przez autorów bestsellerów wyłącznie dla rynkowych pewniaków to ruch czysto biznesowy, który maksymalizuje zyski gwiazd, ale uderza w fundamenty rynku książki. W skrócie można to określić jako przejęcie pełnej kontroli nad tzw. »cash cow« (…) i wycięcie pośredników na etapie, na którym ryzyko rynkowe wynosi niemal zero
Z tym polemizował Jacek Dehnel, a w Wyborczej w rozmowie z Wojciechem Szotem sam Miłoszewski.
Uprawiana przez wielkich wydawców polityka nadprodukcji zamieniła ten rynek w smętny ściek produktów książkowych, w którym szukanie literatury jest zajęciem dla najwytrwalszych. To jest niesamowite, że zdaniem tego człowieka czterech, a może w przyszłości ośmiu w miarę znanych autorów, przebije kilka tysięcy innych samym faktem, że sami sobie wydają książki. […]
Mądry, dbający o rozwój kultury narodowej wydawca tak układa swój katalog, żeby mógł pieniądze z bestsellerów inwestować w rozwój literatury, debiuty, eksperymenty, książkę artystyczną. Tylko czy ten model jeszcze gdzieś działa? Ile interesujących literacko, niekomercyjnych debiutów wydają rocznie W.A.B. czy Wydawnictwo Literackie? Można policzyć na palcach jednej ręki. Czy Wydawnictwo Literackie z pieniędzy zarobionych na książkach Olgi Tokarczuk stało się potentatem w kategorii „eseistyka literacka”, „poezja” i „proza eksperymentalna”? Jakoś nie.
Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Takie książki nadal wydają mali wydawcy, którzy mają ambicje i nie boją się ryzyka.
W wywiadzie mamy też zapowiedź, że rozliczanie z autorami przez spółkę, jak by nie było, autorską będzie bardziej opłacalne dla nich:
– Ile dostanie autor w Hecy?
– 15 zł od egzemplarza. Niezależnie od tego, gdzie i jak go sprzedałem. Chciałbym dojść do 20 zł, ale na to potrzebuję czasu. I wtedy okaże się, że model 1/3 dla autora, 1/3 dla wydawcy, 1/3 dla sprzedawcy jest możliwy. I wtedy mam nadzieję koleżanki i koledzy przyjdą do różnych prezesek i prezesów i powiedzą: hej, przecież podobno tak się nie dało. Może tego tak się boją?
No, ale na razie w ofercie Hecy są tylko wznowienia dotychczasowych tytułów z dość generycznymi okładkami.
I jasne, to się opłaci, szczególnie jeśli mówimy o znanych już tytułach. W przypadku np. trylogii o Szackim odpada przede wszystkim ryzyko związane z wprowadzaniem tytułu na rynek, jak również część kosztów typowych dla zupełnie nowej książki, takich jak pełna redakcja czy korekta. Kto chce ją kupić, musi przyjść do Hecy i zapłacić 65 złotych.
No dobrze, ale co się stanie, gdy wyjdzie nowa książka? To będzie oznaczało trochę więcej kosztów, związanych z budowaniem rozpoznawalności.
I co w sytuacji, gdy dany autor ma trochę mniejsze zasięgi? Bo nie mam wątpliwości, że nowa powieść Zygmunta Miłoszewskiego się sprzeda. Ale co z mniej znanymi nazwiskami? Czy nie stanie się tak, że jednak książkę kolegi po piórze trzeba będzie finansować z sukcesu lidera? Wtedy taka Heca może wrócić – chcąc nie chcąc – do modelu zbliżonego do tego, który mają więksi wydawcy.
Nie oni pierwsi
Oczywiście spółka autorska Miłoszewskiego to nie pierwszy taki przypadek „pójścia na swoje”.
Od wielu lat tak sprzedają swoje książki influencerzy, blogerzy, celebryci – ludzie, którzy mają tak mocną markę własną, że po prostu nie potrzebują pośredników, aby książkę wypromować. Ten model już kilkanaście lat temu opisał Michael Hyatt w książce Twoja e-platforma. Jak się wybić w świecie pełnym zgiełku, a w praktyce realizuje go pewnie dobrze ponad setka ludzi w Polsce.
Dziesięć lat temu opisywałem na Świecie Czytników przypadek Michała Szafrańskiego, który wykorzystał dużą popularność swojego bloga i wydał pierwszą książkę, na której tylko przez pierwszy miesiąc zarobił 437 tys. zł, a po paru latach prawie 4 mln. Promowałem wtedy tutaj jego książkę, którą uważałem za bardzo dobre wprowadzenie do tematyki finansów osobistych. Niestety w przypadku swojej drugiej książki Szafrański uznał, że sprzedaż e-booka mu się nie opłaca, a kolejnych już nie wydawał – zaczął sprzedawać „dostęp do siebie”, czyli do zamkniętego klubu VIP dla swoich czytelników.
Ludzie, którzy chcą sami promować swoje książki przyjmują dwa modele.
Pierwszy to ten, który przyjął Szafrański – stworzenie własnej platformy sprzedażowej, co jest dziś o tyle łatwiejsze, że istnieją firmy, które wspomagają logistycznie cały proces, np. Imker. Wszystko robi się pod swoją domeną i marką.
Drugi to – podobnie jak Heca – mniejsi, butikowi wydawcy, którzy ograniczają się do kwestii związanych ze sprzedażą i dystrybucją. Należą do nich Altenberg czy New Homers, ta druga zresztą tworzona przez innych znanych autorów – Juliusza Strachotę i Jakuba Żulczyka.
Pomijam tutaj wydawnictwa typu vanity publishing, bo tam raczej trafiają ludzie z mniejszymi zasięgami i często jest to „sprzedawanie marzeń” – ot, niech domorosły autor wyda sobie powieść czy wspomnienia. Tak samo platformy self-publishingowe, gdzie jedna książka może zginąć w tysiącach innych.
Można powiedzieć, że własna platforma albo butikowy wydawca to „self-publishing” w wersji premium. Tu nie ma tłumów, tu są strony landing page dla konkretnej książki, tu jest światło reflektorów na tego jednego autora, który zna swoją wartość i tanio swojego dzieła nie sprzeda.
No właśnie, bo tego typu publikacje charakteryzuje zwykle brak promocji.
Promocje, jakie promocje?
Jeśli ma się kontrolę nad dystrybucją, to nie trzeba oddawać dystrybutorom 50% marży (a czasami więcej). A to też oznacza, że ma się pełną kontrolę nad ceną. No i w wielu takich przypadkach samowydawcy deklarują, że promocji nie będzie. Co najwyżej są pakiety np. papier + e-book + audiobook, albo darmowa wysyłka papieru.
W ten sposób taki autor w mikroskali ominął brak ustawy o jednolitej cenie książki! Przypomnę, że proponowany model zakłada ograniczenie możliwości obniżania cen przez rok od premiery. Tutaj żadnej ustawy nie potrzeba, bo jeśli autor kontroluje całą sprzedaż, sam może utrzymywać jedną cenę tak długo, jak chce.
Tak samo w przypadku e-booków – jeśli te są: często książka elektroniczna kosztuje tyle samo co papier. Tak jakby najważniejsze było jednak promowanie wersji tradycyjnej. Brakuje też ich w abonamentach.
I to jest może najważniejsza kwestia związana z „pójściem na swoje” przez autorów Hecy oraz przez wielu influencerów. Nikt ich przecież do obniżenia ceny nie zmusi. Autorzy mający swoją wierną publiczność nie widzą powodu, aby konkurować ceną.
Oczywiście może być tak, że przestrzelą, no i zostaną pełne magazyny. Czy wtedy jednak pojawi się promocja, czy też pójdą w ruch młyny mielące niesprzedane nakłady?
Czasami wydawca decyduje, aby częściowo książkę uwolnić i wpuścić do większego dystrybutora. Przykładem tego niech będzie „Spokojnie o wojnie” Jarosława Wolskiego, z wydawnictwa Altbuch. E-booka znajdziemy w Virtualo, przez co trafił też do naszej porównywarki. Ale nie ma co liczyć na promocje większe niż kilkanaście procent.
Czym jest książka?
Warto jeszcze zastanowić się nad tym, czym jest właściwie dziś książka? Czy tylko nośnikiem tekstu, który daje nam parę lub paręnaście godzin rozrywki?
W przypadku osób, które znasz często nie kupujesz książki wyłącznie po to, żeby ją przeczytać. Ty ją kupujesz, żeby się autorowi odwdzięczyć. W cenie książki nie jest więc tylko wartość jej samej, ale również wartość relacji, które masz z autorem w mediach społecznościowych.
To również wyjaśnia, dlaczego influencerzy stawiają na papier. Twarda oprawa, zdobiony grzbiet, niemal obowiązkowy autograf – to wszystko wiąże bardziej z autorem niż bezimienny plik, który trafi gdzieś na dół folderu czytnika.
Papierowe książki zaczynają przypominać „merch”, który się kupuje np. u ulubionych muzyków. Czy ktoś po koncercie narzeka, że nie ma promocji na koszulki swojego ulubionego zespołu? Swoją drogą, kiedy koszulki z Szackim?
Co to wszystko oznacza dla czytelników?
To, że będzie drożej, jest jasne. Jeśli autor jest na tyle znany, aby dyktować warunki, no to dyktuje warunki. Koncerty popularnych zespołów też są droższe niż debiutantów, a jednak ludzie wydają na nie pieniądze. Będziecie się zastanawiać, czy kupić nową powieść Miłoszewskiego lub Dehnela, a może dwie ich mniej znanych kolegów.
Nie mówię, że to jest złe. Autorzy chcą przyzwoicie zarabiać i zasłużyli sobie na to. Jednocześnie sami ponoszą ryzyko biznesowe, że jednak czytelnicy płacić nie będą chcieli. Wprawdzie częścią misji Świata Czytników jest wskazywanie promocji, ale już nieraz pisałem, abyśmy kupowali to co jest dla nas ważne, a nie tylko dlatego, że ma niską cenę.
Ale cena to jedna rzecz. Jaka jest podstawowa cecha wielu tych wydawców? Że książek nie ma w standardowej dystrybucji. Nie znajdziecie ich w porównywarkach, nie zaproponują ich księgarnie, nie zobaczycie ich w oknach wystawowych czy na banerach.
Dla całego rynku książki oznacza to coraz większe rozdrobnienie. Kolejne książki to kolejne konta, kolejne sklepy z trochę innym procesem zakupowym.
Do tego kwestia „odkrywalności”. Jeśli nie jesteście w bańce danego autora, to możecie nie dowiedzieć się o publikacji. Autor może mówić, że nie potrzebuje księgarni, aby mu przyprowadzała klientów, tyle że może być ciężko zdobyć czytelników spoza swojej społeczności.
Potrafię też zrozumieć frustrację księgarzy, do których przychodzą czytelnicy, pytając o nową książkę ulubionego pisarza. Tyle, że tę książkę można będzie kupić tylko na platformie autora lub w paru zaprzyjaźnionych księgarniach. I popatrzmy, jaki to paradoks. Ustawa o jednolitej cenie książki, na którą liczą mali księgarze, ma sprawić, że wszystkie nowości będą u nich w takiej samej cenie, jak u wielkich graczy. Wycofanie książek z dystrybucji doprowadzi do tego, że mała księgarnia będzie mogła ewentualnie kupić książkę… w cenie okładkowej i żądać za nią więcej – widziałem już takie przypadki.
Dla czytelników e-booków niepokojące są nie tylko cena i trudniejszy dostęp do takich książek, lecz także to, że czasami znani autorzy mogą w ogóle nie publikować wersji elektronicznej. Od paru lat niemal wszystkie głośne tytuły wychodzą też jako e-booki. Czyżby ten trend miał teraz się odwrócić?
A co Wy o tym sądzicie? Na pewno w jednym artykule nie mogłem uniknąć pewnych uproszczeń, ale z zaciekawieniem będę obserwował rozwój sytuacji. Za rok czy dwa zapewne będziemy wiedzieć więcej, czy taki model się sprawdza.



65 zeta za stare tytuły? Odważnie. Na Alledrogo Miłoszewskiego można dorwać za niecałe 4 zeta, Dehnel poniżej dychy chodzi…
A e-booki kto chciał, to wiele razy mógł kupić po kilkanaście zł. :)
No, ale podobno na Plenerze Literackim w Gdyni książki się sprzedawały, przypuszczam, że w zestawie z autografem.
65zł. Życzę szczęścia z literaturą. Chyba liczą, że sprzedadzą tyle samo egzemplarzy jak sprzedawali z rozgłosem załatwianym przez wydawcę i w cenie 30zł.
Jeżeli zysk z jednego egzemplarza będą mieli kilkukrotnie wyższy niż wcześniej, to wcale nie muszą sprzedać tyle samo egzemplarzy, żeby dobrze na tym wyjść.
Na razie nie czuję się zachęcona. Kryminały czytam tylko w e-bookach, na dodatek te wydanie papierowe mi się nie podobają wizualnie. Już nie mówiąc o cenie, osobiście nie dałabym więcej niż 40 zł. Dobrze, że ten cykl o Szackim już dawno temu kupiłam w e-bookach i przeczytałam.
Jakoś wydawnictwo Mięta założone przez autorki ma normalniejsze ceny i są w abonamentach.
Się chłop zdziwi jak będzie musiał palić w piecu własnymi książkami.
Chciałbym tylko przypomnieć, co praktycznie zabiło piractwo – niższe ceny i dostępność. Po ostatnich ruchach Sony w kwestii gier i takich przedsięwzięciach jak opisane w artykule wieszczę powrót do przeszłości. Cały czas pokutuje myślenie autorów, że wszyscy ich okradają i ile by mogli zarobić. Produkt na wolnym rynku nie jest warty tyle ile widnieje na cenówce, a tyle ile ktoś jest skłonny za to zapłacić. Po prostu w pewnym momencie ludzie przestaną kupować i wrócą do szarej strefy. Wtedy stracą wszyscy.
[usunięte]
I jeszcze pamiętajmy o EUDR Rozporządzenie UE 2023/1115 dotyczy papieru do druku jako produktu pochodnego z drewna i ma zapobiegać wylesianiu, do tego najświeższy PPWR kolejne unijne rozporządzenie dotyczące opakowań i odpadów opakowaniowych 😱
w sumie to 65 zł za wolumen papierowy może mieć sens. Ktoś musi ogarniać przepisy, gromadzić stosowną dokumentację i obsługiwać poprawnie procesy związane, drukarnie kalkulują koszty druku uwzględniając nakładane na nie obowiązki. Pewnie będzie coraz drożej na rynku książek papierowych.
Usunąłem link do serwisu generowanego przez AI.
ok, szanuję i popieram, biję się w piersi, że nie zwróciłam na to uwagi 🫣.
No właśnie, domyśliłem się, że pewnie wkleiłaś bez złych intencji, bo inaczej usunąłbym też komentarz. :)
Choć doskonale rozumiem takich autorów, to dla mnie największy minus:
– jak nie śledzi się wszystkiego (a kto ma na to czas?), to trudno wyłapać, że ktoś wydał nową/ciekawą książkę w jakimś małym wydawnictwie własnym;
– problemy z ebookami, bo albo ich nie ma albo są w cenie równej papierowej. Różna jest też często jakość takiego składu/konwersji;
– nie lubię się rejestrować na wielu platformach, każdy system sprzedaży jest inny, wiele tych z małych wydawnictw jest bardzo nieintuicyjnych lub nie ma wszystkich standardowych form płatności, które mają duże.
Nie rozumiem tej niechęci do wydawania e-booków. Czy to jest taka katorga dla wydawnictwa, lub większe koszty niż przy papierze, bo z mojej perspektywy wygląda to na dużo lepszy układ zarówno dla wydawcy (brak kosztów druku, magazynowania, transportu) jak i czytelnika (wygodniej, szybciej, mniej miejsca jeśli komuś nie zależy na kolekcjonowaniu i obcowaniu z fizycznym nośnikiem)?
Kupiłem ostatnio dwie fizyczne książki ponieważ autor również nie poszedł w e-booki, a bardzo chciałem przeczytać („Kwestia Wyboru”) i z jednej strony fajnie, bo mam z autografem i dodatkowymi „bajerami”, ale ogólnie wolałbym jednak cyfrowo. ;)
plus, coś o czym długo nie wiedziałem, bo nie mam takich problemów, ale dla wielu ludzi ebook to często jedyna możliwość przeczytania danej pozycji, bo wydania papierowe mają dla nich za małe litery. A tak można sobie dostosować ekran i zrobić wręcz gigantyczne powiększenie.
Ale czy jest sens kupować kryminały lub sensację w formie ebooka – lektura raczej na raz. Lepiej wypożyczyć z biblioteki, a papierowe wydanie zawsze można sprzedać.
Multum powodów, ale główne: wygoda czytania i zabierania na wakacje/do środków transportu, w bibliotekach bardzo często nie ma od razu nowości (oczywiście, są dobrze zarządzane, które takowe mają, ale nie jest to standard) plus to, co pisaliśmy wyżej – możliwość dostosowania do swojego wzroku/preferencji.
Ilosc Polakow za granica rowniez jest dosc solidna.
A nawet LICZBA! Polaków da się policzyć ;)
Ci akurat legalnie nie za bardzo mogą kupić ebooka, chyba, że dalej zachowali konto i kartę w Polskim banku.
nie dla każdego to są książki „na raz”
Szczerze mówiąc – ja też nie rozumiem.
W przypadku „starszych” książek rozumiem, że takie wydawnictwo może dysponować jedynie plikami do „naświetlarek” czy coś i opracowanie ebooka to w zasadzie nowe wydanie. OK.
Ale w przypadku nowych? Czy ten dodatkowy nakład pracy jest aż tak duży?
stawiam, że wydawnictwa uważają, że takie książki (wydane w formacie ebook) są wtedy częściej piracone. Ale nie wiem, jaka jest naprawdę statystyka.
Też nie znam statystyk, ale książki pewnego sporego wydawnictwa na V, które nie ma e-booków w ofercie, i tak latają po pewnym popularnym „dysku zewnętrznym” na Ch. EPUB, Mobi, pdf, każdy format. Także książki i tak są spiracone, a wydawnictwo traci na braku ebooków w ofercie.
Na starcie trzeba zainwestować w cały proces zakupowy do obsługi e-booków, a to jest dużo bardziej skomplikowane od sprzedawania produktów fizycznych. Drugą rzeczą jest pewno obawa o piractwo. A trzecia to traktowanie e-booków jako niszy, którą nie trzeba się przejmować.
Tak czy siak trzeba zainwestować w system obsługujący proces sprzedażowy, więc można to zrobić raz, a dobrze. Są przecież systemy integrujące sprzedaż produktów fizycznych z cyfrowymi. Nie wiem o ile podnosi to koszt, ale zawsze też (potencjalnie) zwiększa ilość kupujących.
Kwestia piractwa rozumiem, ale tak się zastanawiam, czy to nie jest trochę takie alibi wydawców, dlaczego nie chcą iść w tę stronę. ;)
A co do punktu trzeciego… chyba tak to wygląda. Ciekawe jak faktycznie wypada ta nisza w porównaniu ze sprzedażą tradycyjnej książki.
Myślę, że to przede wszystkim czynniki drugi i trzeci. Sprzedaż ebooków to pewnie cały czas jakieś 5-10% sprzedaży papieru.
Natomiast w kwestii piractwa chyba wkurza bezczelność i niemoc: w rodzaju grup na fejsie, na których ludzie udostępniają ebooki autora, który to autor należy do grupy. A skarga do admina kończy się usunięciem autora z tejże grupy.
Czyli zarobek na ebookach żaden, do tego bezczelnie na twoich oczach udostępnią pliki, a jak zaprotestujesz, to dostaniesz bana.
Tego ebooka też trzeba złożyć (koszt druku), a później gdzieś Twoją kopię wygenerować i trzymać (koszt magazynowania i transportu).
Nie mam pojęcia, czy w tym przypadku są dużo różne od papieru — ale obawiam się, że nie bardzo.
To chyba tutaj było omówione: https://www.podkasty.info/katalog/podkast/6658-ArtRage_wcale_nie_podcast/Wcale_nie_podcast_Co_z_tymi_ebukami
Też wolę ebooki, ale wiem, że ich koszt nie jest zerowy.
Płacę za treść, więc nie mam problemu z tym, że papier kosztuje tyle samo i czasem ma zalety (obrazki, zdjęcia, kolor).
– „Tego ebooka też trzeba złożyć (koszt druku)” – w znanych mi przypadkach mamy jakiś format „źródłowy” z którego można wygenerować i ebooka i plik do drukarni. Mylę się?
– „później gdzieś Twoją kopię wygenerować i trzymać (koszt magazynowania i transportu)” – niekoniecznie – można generować na żądanie – strzelam, że więcej niż kilka razy nikt ebooka nie będzie pobierał, a trzymać tylko informacje potrzebne do wygenerowania (np. ogólny szablon + info o znaku wodnym czy kluczu)
No i … ja się nie kłócę o cenę ebooków – tylko że ich w ogóle nie ma.
I zakładam, że części ebooków nie ma, bo ktoś, kto wykłada kasę stwierdzi, że nie zapłaci, strzelam, 100000pln za ,,wygenerowanie paru plików” :(.
A w przypadku ,,nie własnych książek” dochodzi jeszcze koszt licencji i cała prawna otoczka tego — np. ilustracje do książki to następne 100K pln, a książkę możesz dystrybuować tylko w Polsce, bo inaczej kara…
Tak jak pisze kjonca nie mam problemu z tym, ze ebook kosztuje tyle co książka, tylko że ich nie ma.
Koszt magazynowania fizycznego towaru w fizycznym magazynie jest jednak trochę tańszy niż cyfrowego pliku (przynajmniej mam taką nadzieję ;)) – jednak 1000 książek to jednak co innego niż jeden, powielany plik.
Nie wiem też, czy skład książki do druku różni się (bardzo, trochę, wcale) od składu ebooka (chętnie się dowiem).
Dlatego jestem zwyczajnie ciekawy do tej niechęci do cyfrowego rynku książki i czym jest powodowana.
A przy okazji:
https://www.press.pl/tresc/94630,pik-wciaz-nie-zna-tresci-projektu-ustawy-o-ochronie-rynku-ksiazki
„Resort kultury i Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów odmówiły Polskiej Izbie Książki udostępnienia projektu Ustawy o ochronie rynku książki, bo zdaniem urzędników wciąż ma on charakter roboczy.”
To są jakieś jaja :)
O opinii UOKIK pisałem tutaj: https://swiatczytnikow.pl/uokik-przeciwny-ustawie-o-ochronie-rynku-ksiazki-prowadzi-do-spadku-czytelnictwa/
Lepiej promować wydawnictwa co mają stałą cenę na ebooki na swoich stronach, np. Muza 15 zł czy PIW 20. :P
PIW to złoto z tymi ebookami, jak tam wchodzę to czuję się jak dziecko w sklepie z cukierkami
Na jednym z forów Zygmunt Miloszewski napisał, że ebooki będą. To tylko kwestia czasu.
Tak, chyba pisał też, że będą tańsze niż papier. Po 45 zł? Zobaczymy.
Dla mnie to zmiana na plus. Abstrahując od ceny – nikt im teraz nie zabroni ustawić sobie nawet cenę 999 zł za książkę (najwyżej nikt nie kupi) – zwiększa to konkurencję na rynku, więc jest dobrze. Wielkie wydawnictwa niestety często stosują taktykę przywłaszczającą większości sprzedaży, więc same są sobie winne, że twórcy szukają własnych dróg.
Wadą może być rzeczywiście pokrycie wydań – papier, elektronika. Ktoś może zaniedbać cyfrowe wydania. Aczkolwiek wydawcy ogromnego kalibru również nie gwarantują tego pokrycia tak swoją drogą.
A może taki empik będzie chciał mieć książki Miłoszewskiego i się z nim dogada, co będzie początkiem normalizacji współpracy wydawców z księgarniami?
Na pewno będzie chciał. Pytanie tylko, jak standardowe marże, jakie sobie życzą duże sieci, będą się miały do tego, że w założeniu tego wydawcy dystrybutor ma tyle nie dostawać. Jeśli uda im się wynegocjować niższy udział dystrybucji w ostatecznej cenie, będzie to na pewno istotna rzecz dla rynku.
Skończą jak Kayax, ale nie daję im 25 lat, maksymalnie 2,5 roku.
A propos, wydawnictwo 'Dowody’ M.Szczygła i W.Tochmana jest chyba przykładem podobnej inicjatywy wydawniczej samych autorów. I właśnie się zwija z powodów finansowych tj. narastających dlugów. W tych czasach, jeśli biznes ma się spinać finansowo, musi docierać do szerokiego spektrum kllientów (tu czytelników) przynajmniej z informacją, jeśli nie z reklamą pełną gębą.
Ja np. wcześniej nie wiedziałem o istnieniu tego wydawnictwa.
No to właśnie do tego nawiązywałem:
https://swiatczytnikow.pl/wydawnictwo-dowody-wygasza-dzialalnosc-kupujcie-e-booki-poki-jeszcze-sa/
Szczygieł założył takie bardziej „normalne” wydawnictwo, gdzie były nie tylko gwiazdy.
Małe sprostowanie do informacji że Michał Szafrański nie wydał więcej książek po drugiej. Wydał, choć nie swoją – https://poprostukupuj.pl. Ebook, choć jest obiecany, jeszcze nie jest dostępny.
Ciekawy artukuł: https://www.forbes.pl/biznes/branza-jest-dla-nas-okrutna-znani-pisarze-o-patologiach-rynku-ksiazki-w-polsce/kl15dhn
Zapisując się do newslettera otrzymuje się dostęp do powieści w odcinkach: https://heca.art/newsletter