Nowość: Włącz alerty cenowe na e-booki i kupuj taniej!

Holenderski sąd zamyka stronę z używanymi e-bookami. Jak by było u nas?

tomkabinet-glowna

W Holandii od czerwca 2014 działał Tom Kabinet – sklep czy raczej platforma z używanymi książkami elektronicznymi.

Teraz, zgodnie z wyrokiem sądu apelacyjnego, w ciągu trzech dni właściciel musi go zamknąć, lub usunąć wszystkie sporne tytuły, w innym przypadku naraża się na karę w wysokości 1000 euro dziennie.

Aktualizacja z 23 stycznia – dodałem stanowiska Woblinka oraz Virtualo.

Jak można sprzedawać używane e-booki?

W chwili pisania tego artykułu strona wciąż działa, sprawdziłem więc na jakiej zasadzie to się wszystko odbywa.

Tom Kabinet jest czymś w rodzaju platformy ogłoszeniowej, gdzie można wystawić swoje pliki na sprzedaż. Przyjmowany jest tylko format EPUB ze znakiem wodnym. Strona nie przyjmuje plików bez znaku wodnego, formatów PDF, MOBI czy też zabezpieczonych DRM-em.

Co ciekawe, po kupnie książki przez nowego właściciela, e-book jest oznaczany nowym znakiem wodnym, wtedy dopiero może zostać pobrany.

Na czym Tom Kabinet zarabiał? Na prowizjach: 1,13 euro od pojedynczej transakcji i 0,37 euro od każdego sprzedanego e-booka. Prowizje pokrywały także koszty płatności i znakowania.

Jak widzimy – to wszystko się opiera z jednej strony na zaufaniu, że sprzedawca nie będzie korzystał ze swojej kopii pliku po dokonanej transakcji. W zasadach działania serwisu przewija się wciąż nawiązanie do „jednej kopii” – która może być w cyrkulacji. Według FAQ nawet wydrukowanie książki byłoby już naruszeniem prawa.

Z drugiej strony – podstawą działania strony jest pewna transparentność technologii znaków wodnych. Jeśli twórca sklepu może te znaki odczytać i zamienić, to znaczy że nie jest to jakaś tajne rozwiązanie, jak w polskich sklepach, które nie chcą przyznać, gdzie te znaki wstawiają.

Ile kosztują używane e-booki?

Korzystając z tego, że strona jeszcze istnieje – zrobiłem kilka zrzutów ekranu. Tutaj dział science-fiction.

tomkabinet-sf

A tu biografie.

tomkabinet-biografie

Ceny najczęściej oscylują między 2 i 8 euro, choć zdarzają się i droższe tytuły. Średnią ceną e-booka w Holandii jest ponoć 14 euro.

Co ciekawe, jedna książka może być wystawiona w różnych cenach (np. 4,45 oraz 6,50 euro), choć w zasadzie pliki cyfrowe mają taką samą zawartość i nie ma kwestii różnicujących, takich jak stan używania.

Inna sprawa, że gdyby takie „używane” pliki sprzedawano u nas, niektórzy sprzedawcy chwaliliby się tym, że mają np. poprawione formatowanie czy dodane podziały wyrazów. :-) I tak samo, jak stuningowany motocykl jest droższy od standardowego – poprawione e-booki mogliby sprzedawać drożej.

Strona książki:

tomkabinet-1984

W zasadzie (jeśli pominiemy tło pogarszające czytelność), to się nie różni od zwykłego sklepu. Kupujemy, płacimy, pobieramy EPUB.

Oczywiście nie sprawdzałem jak to działa (po co mi holenderskie książki), ale jeśli ktoś to zrobi, poproszę o podzielenie się wrażeniami. :-)

Czego przyczepił się sąd?

Tom Kabinet działał powołując się na wyrok Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości z 3 lipca 2012, w sprawie Oracle przeciwko UsedSoft. ETS określił wtedy, że odsprzedaż licencji na oprogramowanie przez ich nabywcę jest legalna i że twórcy oprogramowania nie mogą tego ograniczać. Według autora strony ten wyrok miał zastosowanie także do e-booków.

Stronę podało do sądu holenderskie zrzeszenie wydawców (Dutch Publishers Association; NUV). Sprawa toczyła się od lipca 2014, jednak sąd okręgowy w Amsterdamie potwierdził, że serwis może działać do czasu ostatecznego wyroku.

NUV zwracał uwagę, że na stronie są nie tylko e-booki legalnie sprzedawane w Holandii, ale takie, których… nigdy nie było w wersji elektronicznej – innymi słowy, że Tom Kabinet to strona piracka.  I wyrok zapadł na korzyść wydawców. Teraz w styczniu po kolejnej rozprawie sąd apelacyjny zarządził zamknięcie serwisu.

Jest jednak furtka i szansa na przetrwanie – jeśli dobrze rozumiem, jeśli serwis będzie potrafił udowodnić, że wszystkie wstawiane tam książki były nabyte legalnie – wtedy będzie mógł kontynuować działalność. Tak więc najbliższe tygodnie pokażą, czy to się uda.

Twórcy serwisu obiecali też stworzenie programu „Friends of Tom” – zgodnie z którym autorzy i wydawcy będą uczestniczyli w przychodach z zarobków serwisu. Nie sądzę, aby byli tym zainteresowani.

Jakie wnioski dla nas?

O sprawę Tom Kabinet zapytałem polskie księgarnie. Jak by zareagowali, gdyby podobny serwis pojawił się u nas?

Odpisał Mikołaj Małaczyński z Legimi:

Legimi znane jest z poszukiwania nowych modeli biznesowych, które są korzystne dla obu stron – wydawców i czytelników. Dlatego z zainteresowaniem przyglądaliśmy się sporowi w Holandii. Model działalności Tom Kabinet jest zbliżony do sprzedaży książek na portalach z rzeczami używanymi, co nie jest zabronione, a różnica tkwi tylko i aż w podstawie prawnej. Wszystkie zdroworozsądkowe próby zmniejszenia dyskryminacji ebooków w stosunku do wydań papierowych zasługują na miejsce w debacie społecznej i branżowej. Tom Kabinet postanowił przetrzeć szlaki dla innych, tworząc precedens, niestety zakończony niepowodzeniem.

Reakcja polskiego rynku byłaby podobna do tego, co obserwujemy w Holandii, ponieważ nasi rodzimi wydawcy również poczuwają się do ochrony prawnej wydawanych utworów. A prawo dziś stoi po stronie wydawców, którzy są przecież powiernikami interesów autorów i ich agentów. Temat odsprzedaży ebooków nie jest zresztą nowy – weryfikowaliśmy go od strony prawnej już wcześniej i nasi prawnicy nie znaleźli podstaw do złożenia pozytywnej rekomendacji.

To z kolei dłuższa wypowiedź księgarni, której przedstawiciel chciał pozostać anonimowy.

Wg nas to bardzo ryzykowny pomysł, w szczególności dla dystrybutorów ebooków nie wspominając o wydawcach. Powstanie takiego sklepu na pewno bardzo negatywnie wpłynęłoby na sprzedaż „nowych” plików. Mogę przypuszczać, że wydawcy będą niechętnie wydawać kolejne ebooki w sytuacji gdy z takiej „wtórnej” sprzedaży nic nie zarobią. Chyba, że byłby to model, w którym sprzedawca (operator sklepu) odprowadzałby jakąś opłatę dla wydawców. Pamiętając jak wydawcy zareagowali na abonament Legimi myślę, że tu protest byłby jeszcze większy.

Klient stałby się tak naprawdę dystrybutorem, mógłby sprzedawać ten sam plik wiele razy i zarabiać na różnicach w cenie, np. kupuję plik w promocji za 9,90 i po kilku dniach sprzedaję za 15 zł co i tak będzie dobrą ceną bo „nowy” kosztuje 30 zł.

Myślę, że mogłoby to doprowadzić wręcz do tego, że znalazłyby się takie osoby, które kupowałyby „nowe” ebooki w promocji tylko po to żeby je odsprzedać za kilka dni trochę drożej.

Jeżeli miałbym wyobrazić sobie taki sklep to musiałby mieć dużo ograniczeń i utrudnień w stosunku do sklepu z „nowymi” ebookami. Np. nie można sprzedawać dwa razy tego samego ebooka, nie ma wysyłki na Kindle, Dropbox itd, znak wodny jest bardziej inwazyjny (np. z imieniem, nazwiskiem lub mailem kupującego i ew. sprzedającego). Powinny być ceny minimalne poniżej których nie można wystawić pliki do sprzedaży. Jeden sprzedający nie mógłby wystawiać do sprzedaży w krótkim czasie dużej liczby plików, plik kupiony w takim sklepie nie mógłby być kolejny raz odsprzedawany itd.

Aktualizacja z 23 stycznia: dodaję wypowiedź Mateusza Tobiczyka z Woblinka, bardzo konkretnie:

Powstanie sklepu, który działałby w podobny sposób co holenderski Tom Kabinet i na którym pojawiłyby się pliki zakupione na naszej platformie, byłoby dla nas z pewnością sytuacją problematyczną. Takie działanie narusza bowiem zapisy regulaminu naszej platformy, który jasno definiuje zakres licencji, jaki udzielany jest klientowi w momencie zakupu e-booków za pośrednictwem Woblinka. Z tego powodu dalsza odsprzedaż takich plików przez inną firmę naruszałaby nasze interesy, na co z pewnością nie moglibyśmy pozwolić, a tym samym zmierzalibyśmy do zablokowania dystrybucji takich plików. Ponadto, w bardziej ogólnym wymiarze, zachodzi poważne ryzyko, że takie działanie istotnie narusza obowiązujące prawo. Wymagałoby to jednak bardziej drobiazgowej analizy prawnej i konkretnej oceny sytuacji.

Dodatkowym argumentem przeciwko funkcjonowaniu takiego modelu sprzedaży e-booków czy też pośrednictwa jest fakt natury czysto ekonomicznej, związany z charakterem ryku wtórnego. Zwykle bowiem rynek wtórny opiera się na zasadzie utraty wartości produktów, które są odsprzedawane kolejnym nabywcom za mniejszą kwotę i po pewnym czasie, ze względu na swoje zużycie, znikają z rynku zupełnie. W przypadku e-booków nie mamy do czynienia ze zjawiskiem „zużycia”. Nawet ponownie oznakowany watermarkiem plik nie traci na swojej funkcjonalności czy jakości. Mogłoby zatem dojść do sytuacji, w której jeden plik byłby odsprzedawany w nieskończoność z rąk do rąk. Oznaczałoby to poważne konsekwencje dla podmiotów działających na rynku pierwotnym, które wprost traciłyby przychody i klientów. Można więcej przypuszczać, że reakcja rynku byłaby stanowcza, zważywszy na konsekwencje dla ogólnie przyjętego modelu biznesowego.

I jeszcze stanowisko przesłane przez Virtualo:

Dla niektórych Klientów sytuacja z odsprzedażą e-booka może być niejasna. Oczywiste jest, że kupując książkę drukowaną Klient może ją bez problemu odsprzedać, jednak w przypadku e-booków sprawa jest bardziej skomplikowana. Tę kwestię poruszaliśmy m.in. w naszym „Raporcie o rynku e-booków”. W interpretacji naszego prawnika zgodnie z obecnym stanem prawnym, odsprzedaż e-booka wydaje się być możliwa, lecz pod pewnymi warunkami. Na przykład wydaje się być zgodna z przepisami prawa sprzedaż e-książki wraz z urządzeniem, na które pierwotnie danego e-booka pobrano. Sprzedaż jednak samego e-booka, w drodze jego zwielokrotnienia, jest niemożliwa bez posiadania odpowiednich uprawnień uzyskanych w drodze licencji – dlatego też uważamy, że reakcja polskiego rynku na powstanie takiego sklepu byłaby niewątpliwie taka sama, jak reakcja rynku holenderskiego.

Podsumowanie

Ten cały model działania Tom Kabinet fajnie określił Nate Hoffelder, gdy strona wystartowała ponad pół roku temu – proś o wybaczenie, a nie zezwolenie. Na tej zasadzie w Polsce ruszyła swego czasu subskrypcja Legimi, gdyby twórcy „Czytaj bez limitu” czekali aż się wydawcy łaskawie zgodzą, to do tej pory by czekali. Zaryzykowali – i mimo tego, że kosztowało to ich parę miesięcy przestoju, dziś w abonamencie Legimi mamy dobrze ponad pięć tysięcy tytułów.

No, ale odsprzedaż e-booków byłaby jeszcze większą rewolucją. Sądzę, że scenariusz dla takiego serwisu byłby podobny jak w Holandii – czyli natychmiastowy pozew ze strony wydawców – i wcale nie neutralna postawa księgarni, dla których serwis staje się natychmiastową konkurencją.

Inna sprawa, że są u nas powszechnie znane serwisy zarabiające na transferze nielegalnie udostępnionych plików – wydawcy pozywają je od lat i nadal im się udaje działać – pisałem o tym w artykule o naszych pirackich hipokryzjach.

W sprawie Tom Kabinet ważna jest kwestia weryfikacji legalności sprzedawanych plików. Bo przecież nie ma wątpliwości, że sprzedaż używanych e-booków byłaby u nas nadużywana i że pojawiliby się cwaniacy chcący sprzedać jeden egzemplarz dwadzieścia razy. A potwierdzenia legalności nie da się zrealizować bez współpracy firm, które wcześniej je sprzedały i oznakowały. Ewentualny pośrednik musiałby więc dogadać się jakoś z księgarniami, co raczej byłoby mało realne.

Kolejną sprawą jest cena – jeśli e-book z drugiej ręki nie różni się niczym od e-booka „nowego”, to koszt jego kupna będzie de facto kosztem miesięcznego wypożyczenia – ktoś kupuje książkę, czyta ją i odsprzedaje – pomijam tutaj kupno dla spekulacji, bo to można ograniczyć przez regulacje wspomniane wyżej.

Tu jest zbyt dużo znaków zapytania. Dlatego też, mimo że już trzy lata temu Mateusz Wołczyk pokazał, że rynek wtórny e-booków jest w zasadzie legalny, nie sądzę, aby szybko pojawił się u nas podobny pośrednik jak w Holandii. Pamiętajmy, że tamtejszy rynek e-booków jest też dwa razy większy od polskiego, a ceny e-booków są wyższe, dlatego łatwiej ruszyć z taką inicjatywą.

Źródła: Good Ereader, Publishing PerspectivesRechtspaak.nl

Czytaj dalej:

Artykuł był przydatny? Jeśli tak, zobacz 6 sposobów, na jakie możesz wspomóc Świat Czytników. Dziękuję!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Książki na czytniki i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.
Hosting: Zenbox

75 odpowiedzi na „Holenderski sąd zamyka stronę z używanymi e-bookami. Jak by było u nas?

  1. Ewa pisze:

    Zależałoby mi przede wszystkim, żeby „przeczytane” e-booki można było oddać do biblioteki. Zawsze tak postępowałam ze wszystkimi kupowanymi książkami papierowymi i przy e-bookach mam dyskomfort, że tylko ja korzystam z tego wydania, a jak już przeczytam to jakby „do śmieci”. Mogłoby być jakieś oświadczenie do podpisania że się zrzekasz praw, może nawet z numerem dowodu czy PESEL i wtedy możnaby przekazywać te książki tak jak papierowe do bibliotek. Jakby można było przekazać je legalnie do biblioteki, to i same biblioteki wzbogaciłyby swój księgozbiór dostępnych tytułów i byłaby większa popularyzacja e-booków w naszym kraju. A tak to z tej książki robi się taka „jednorazówka” :(. Może jestem ze starego pokolenia, ale nauczono mnie, że książką należy się dzielić, szczególnie z tymi, których nie stać na kupno literatury i przy e-bookach najbardziej mi tego właśnie brakuje.

    1
    • wojtasemzi pisze:

      Ja wymieniam się e-książkami z wąskim gronem moich znajomych. Oni udostępniają mi swoje książki, a ja im… w sumie nie wiem jak wygląda sprawa prawna tego.

      0
    • tzigi pisze:

      Z podobnych powodów nie kupuję beletrystyki w ebookach. Dla mojego otoczenia spełniam rolę „dostawcy lektur” – każda kupiona przeze mnie książka przechodzi około 10-15 kolejnych czytelników. Z tej grupy 3 osoby mają czytniki, więc ok, te 3 osoby mogłyby przeczytać. A reszcie mam powiedzieć: nie mam wersji papierowej, kupcie sobie czytnik, jak niezbyt wiążecie koniec z końcem..? Dlatego niedługo nabywam kolejny regał.

      1
      • Grzegorz pisze:

        Nie moja sprawa w sumie, ale dziwi mnie taka potrzeba uszczęśliwiania innych „kosztem” siebie. Parafrazując klasyka: „niech jedzą ciastka”.

        0
        • tzigi pisze:

          To nie jest potrzeba uszczęśliwiania innych. To jest chęć rozmowy o książkach, które mi się spodobały – wiem, że moi znajomi ich nie kupią, bo ich nie stać (serio, ludzie rok po studiach generalnie nie są krezusami i nawet pożywienie to luksus), a chcę móc z nimi porozmawiać o najnowszych książkach (jestem dość skrajnie aspołeczna i to jeden z niewielu sposobów bezpośredniej interakcji z drugim człowiekiem, który lubię). Pożyczanie im wersji papierowych to jedyna opcja. Ale co ja mówię znajomi – mój własny mąż czytnika nie ma (on akurat z powodu uznania, że jest dużo pilniejszych wydatków a lista książek do przeczytania w papierze tak długa, że nie ma co myśleć o ebookach) i jeśli ja kupię książkę na czytnik, to potem musiałabym się pozbyć czytnika na dobry miesiąc, żeby małżonek przeczytał tę samą książkę (czyta powoli). A dla mnie czytnik to też narzędzie pracy (udało mi się wreszcie tak przystosować Lynxa, że pracuje się na nim idealni) i pozbycie się go na miesiąc nie wchodzi w rachubę.

          Stąd mieszkanie tak zawalone książkami, że znajoma po budownictwie lojalnie ostrzega, że stropy w blokach nie były obliczane na taki ciężar.

          0
          • skundlony czytacz pisze:

            To ja wolę najtańszego kundla niż regal. Wychodzi taniej i więcej miejsca w domu.

            0
            • tzigi pisze:

              …nie rozumiesz… Mam i czytnik (akurat nie Kindle’a, bo tego nie wzięłabym nawet jakby mi dopłacili – pozbyłam się tego świństwa jak tylko znalazłam porządnie działające urządzenie), i ściany zapełnione regałami. Piszę o tym, że pożyczam książki ludziom, których nie stać ani na jedno, ani na drugie, więc twoja wypowiedź nie ma sensu.

              0
              • darek pisze:

                a jakiego używasz czytnika ?

                0
              • tzigi pisze:

                Lynxa (T68). Wiem, że Onyx ma złą sławę – czasami słusznie – ale do moich potrzeb nie ma lepszego urządzenia (prawdziwy OS, a nie przycięte coś, a zatem możliwość instalowania zewnętrznych aplikacji [pakiet Office, porządna przeglądarka pdf-ów itd], bluetooth do podłączenia klawiatury i to wszystko na urządzeniu z e-papierem czyli mającym długi czas działania na baterii i niemęczącym oczu).

                0
          • Grzegorz pisze:

            Jak pisałem: nie moja sprawa tak naprawdę. Tylko zwyczajnie nigdy nie zrozumiem potrzeby dzielenia się książkami czy też utrzymywania kontaktów z innymi ludźmi. Ale każdemu według potrzeb :)

            0
  2. jo anna pisze:

    Pomysł rynku wtórnego ebooków wydaje się z księżyca, ale z drugiej strony, ebooki można wypożyczać za darmo ze skandynawskich bibliotek. Niestety, mój norweski i szwedzki są za słabe, żeby przestudiować, jak to działa, a bardzo mnie ta sprawa ciekawi. Może ktoś wie? :-)

    Ach, przy okazji tego artykułu uzmysłowiłam sobie, że znaki wodne na moich plikach z Ebookpoint są „inwazyjne”. A nawet mi się podobało, że mi je podpisali :-)

    0
    • PuszkaPandora pisze:

      Na razie znak wodny umieszczany w e-bookach jest taką elektroniczną formą kija. Straszaka! Uważaj złodzieju bo my cię…! O ile sytuacja wyglądałby przyjemniej gdyby część watermarku byłaby jawna i na samym początku książki w następującej treści:
      Wydawnictwo XYZ ma zaszczyt poinformować, że Pan/Pani wspiera polskie e-booki, kupując legalne produkty. Życzymy wielu przyjemności z lektury. Zapraszamy ponownie do skorzystania z naszej oferty. Do tego podobnej treści liścik od autora.
      Ech! Pomarzyć tylko w naszym zaścianku.

      0
      • KonradK pisze:

        Sprawa gustu.
        Mi nie zależy na takim słodzeniu. Zapłaciłem, dostałem, nie zamierzam wylewnie dziękować. I nie chcę podziękowań od kogoś, kto obawia się wyrazić „ta kopia jest przypisana do KonradK… …zakaz rozpowszechniania” i zamiast tego mi dziękuje.
        W końcu nie piszą „żebyś chamie nie miał pokusy”.

        0
  3. Anka pisze:

    Życie bezczelnie leci do przodu i mam wrażenie, że sprawa odsprzedaży ebooków znajdzie niedługo swoje naturalne rozwiązanie, bez względu na to, jak bardzo by wydawcy tego nie chceli. Rozumiem ich ból, ale postępu technicznego powstrzymać się nie da i to oni będą musieli dostosować się do zmieniającej się rzeczywistości, a nie ona do nich. Selfpublishing jest coraz łatwiejszy, internet pozwala na wszystko bez wychodzenia z domu, rosną oczekiwania klientów. Nikt nie marzy o powrocie do przeszłości. A polityka w stylu: ‚nie dopuśćmy do sprzedaży biletów lotniczych, bo kto wtedy będzie jeździł pociągiem’ nie ma prawa przetrwać.
    Czekam, kiedy wzorem Andy’ego Weir’a ruszą inni autorzy: działając indywidualnie lub zrzeszając się nawet w czymś w rodzaju Tom Kabinet – i będziemy mogli kupować książki BEZPOŚREDNIO od nich, z pominięciem wydawniczych pasożytów. Przykład Weir’a dowodzi, że można – dobrzy autorzy przetrwają, a reszta? No cóż, life is brutal. Że wydawcy nie widzą dobrego sposobu rozwiązania tej sytuacji? Tu idzie walka o ich być albo nie być, więc nie spodziewajmy się korzystnych dla nas, czytelników, rozwiązań.

    0
    • kashka pisze:

      Nie zgodzę się z tymi pasożytami. Kupując książki często kieruję się wydawnictwem/serią, do którego(ej) mam już zaufanie. Selekcja materiałów, czy wybranie interesujących (szczególnie debiutujących) autorów to też czas (czyli pieniądze).

      0
    • cpu pisze:

      Trudno się z tym nie zgodzić.

      Od strony technicznej, rozwiązanie „problemu” odsprzedaży ebook-ów jest bardzo proste. Jeden z wielu możliwych scenariuszy mógły być np. taki: każdy wydawca sprzedający ebook-a klientowi końcowemu generuje unikalny dla tego egzemplarza numer seryjny, np oparty o powszechnie używany w informatyce GUID. Numer ten przekazuje klientowi wraz ze sprzedanym egzemplarzem ale wcale nie musi (a nawet nie powinien) być on „wbudowany”w ebook-a – wystarczy wysłać go mailem z potwierdzeniem transakcji albo umiescić na półce obok danej pozycji. Idea jest taka, że numer ten znany jest tylko wydwanictwu i osobie kupującej egzemplarz a klientowi służy: (a) jako dowód własności ebook-a i (b) do ewentualnego przekazania własności ebook-a na inną osobę.
      Wszystkie wydawnictwa biorące w tym udział (albo wręcz Państwo) powołują centralną istytucję w której rejestrowane są wszystkie sprzedane egzemplarze ebook-ów. Obsługująca to baza danych przechowuje: (1) aktualny GUID (numer seryjny) sprzedanego ebook-a, (2) adres email osoby będącej aktualnie w jego posiadaniu (choć nie jest to niezbędne), (3) nazwę wydawnictwa, które sprzedało ebook-a, (4) ISBN ebooka. W ramach tejże bazy danych wdrożona zostaje funkcjonalność przekazania własności ebook-a z poziomu strony www. Nie będę się tu specjalnie rozpisywał nad sferą techniczną ale idea jest taka, że sprzedaż opiera się o znajomość numeru seryjnego, którym dysponuje tylko użytkownik (oprócz wydawnictwa) i którego nie da się sfałszować. Właściciel wpisuje na stronie WWW numer GUID egzemplarza który chce sprzedać oraz adres email osoby, której własność przekazujemy. Nowy właściciel otrzymuje nowy GUID, wygenerowany w trakcie sprzedaży (aby poprzedni własciciel stracił „kontakt” z przekazanym ebookiem). Na którymś z etapów przekazania warto zaimplementować płatność, choć nie jest konieczne ponieważ strony mogą umówić się na „darowiznę” albo inny sposób wynagrodzenia. System dla danego egzemplarza notuje zmianę GUID-ów: X->…->Y->Z, więc w razie potrzeby losy egzemplarza bez problemu da się prześledzić. Oczywiście jakaś prowizja za sprzedaż byłaby dopuszczalna, chociażby żeby pokryć koszty funkcjonowania usługi.

      Od strony technicznej sprawa jest zatem prosta. Problem polega jednak na tym, że na takiej funkcjonalności zależy chyba tylko klientom, choć długoalowo naprawdę korzystają wszyscy. Jak jednak zaznaczyła przedmówczyni, świat nie znosi próżni i problem rozwiązywany jest jakoś inaczej. Jeśli obecnie nie mamy możliwości legalnego przekazania ebook-a innej osobie (chociażby znajomej) robimy to w sposób chyba niezbyt „przyjazny” wydawnictwom, ale z drugiej strony zgodny z obecnym prawem – po prostu udostepniamy plik i to pewnie nie jednej osobie. Istnienie możliwości o której napisałem powodowałoby, że dłużej nie byłoby dla takiej operacji moralnego wytłumaczenia. Co więcej, gdyby istniała możliwość prostej i legalnej odsprzedaży ebooków, znacznie zmniejszyłaby się presja klientów na to, żeby ebooki kosztowały wielokrotnie mniej niż ich odpowiedniki papierowe, ponieważ wtedy zakupiony egzemplarz przedstawiałby jakąś wartość materialną (jak to ma miejsce w przypadku książek papierowych), kiedy obecnie ich wartość jest co najwyżej intelektualna.

      0
      • Mateusz "Koovert" Wołczyk pisze:

        Świetny pomysł. Do momentu, kiedy w zdecentralizowanym internecie pojawia się koncept scentralizowanej bazy danych.

        0
    • Dumeras pisze:

      Ale po co kombinować? Na rynku jest dostępne narzędzia umożliwiające działanie rynku wtórnego, co prawda pod pewnymi ograniczeniami, ale plik elektroniczny na tyle różni się od papierowego przedmiotu, że nie łudziłbym się na dokładne przeniesienie zasad między nimi.

      Może warto wrócić do DRM? Wiem, że to upierdliwe i więcej kłopotów ma legalny użytkownik niż pirat, ale daje spore pole pole do popisu.
      Poprawcie mnie, jeśli się mylę (nie używam kindle). Amazon wprowadzić opcję dzielenia pliku ze znajomymi, rodziną. W czytniku zaznaczam wypożyczenie u mnie książka zablokowana wypożyczający może czytać. Brzmi fajnie?
      Takie narzędzie ma też nook od dłuższego czasu i bodajże kobo. Jakie ograniczenie? Działa tylko na pozycje zakupione w ich platformie, która o zgrozo zabezpiecza pliki książek DRM.
      Jaki problem pójść krok dalej? Wystawiam książkę na sprzedaż zablokowana u mnie aż znajdzie się kupiec. Żeby nie było, że ci biedne księgarnie i biedni wydawcy nic z tego nie mają, kupujący wpłaca odpowiednią sumę w system księgarni, ta potrąca prowizję „za obsługę techniczną” i przekazuje pieniądze na moje konto. Choćby w postaci punktów, za które mogę kupić kolejne książki oczywiście tylko u nich. Książka zmienia wirtualną półkę. Czy biznes by się kręcił, to już inna bajka.

      No i cały feler, to tech DRM, który musiałby być dość restrykcyjny i upierdliwy do złamania.

      0
      • Cyber Killer pisze:

        Można bez DRM, wystarczy tylko ludziom zaufać. Kiedy ceny są dobre, a gospodarka działa prawidłowo i ludzie mają pieniądze na rozrywkę, to wszelkie restrykcje tracą sens. Jeśli jest odpowiednio łatwo i tanio zyskać dany towar/usługę legalnie to nikt rozsądny nie próbuje oszukiwać.

        Przykład: piractwo muzyczne zostało zabite nie przez restrykcje, ale przez Spotify i podobne usługi które dają za bardzo niską cenę dostęp do wielkich zasobów muzyki.

        0
    • Ocelot pisze:

      Wydawca to przede wszystkim marketing. Jak początkujący pisarz ma się wybić zwłaszcza jeżeli nie ma grona znajomych którzy „rozniosą” wieść o nim po świecie?
      Większość ludzi nie ma czasu ani ochoty szukać treści, że tak powiem u źródeł Zapiszesz się na newsy ze stron wszystkich czytanych pisarzy (jeżeli takowe mają ;)), czy organizacji zrzeszających?
      Co do dobrych autorów, uważasz, że autor który tworzy literaturę niszową nie „zasługuje” na przeżycie na runku? Może dzięki wsparciu okaże się, że nisza wcale nie jest taką mała niszą.
      Zauważ też, że przy pewnej ilości zapisanych do „organizacji autorów”, ludzi będzie ona musiała zacząć działać analogicznie jak wydawca. Przecież pisarz samodzielnie nie będzie robił składu, korekty, konwersji do różnych formatów itd. bardziej będzie się to opłacało robić zbiorczo. To czym w takim razie taka organizacja będzie się różniła od wydawnictwa? Nazwą?

      0
      • Cyber Killer pisze:

        Nazywa się to Smashwords i działa już dzisiaj ;-).

        A czym taki układ różniłby się od wydawnictwa – formą działania. Prawa do książek zostają przy autorze, podczas gdy układ z wydawnictwem pozbawia praw autora.

        0
    • asymon pisze:

      Ale Andy Weir to chyba słaby przykład, bo rozumiem że chodzi o „Marsjanina”? Otóż na wiki jest taka informacja:

      It was originally self-published in 2011 after which Crown Publishing purchased the rights and re-released it in 2014.

      Czyli fajnie, że selfpublishing, ale jak tylko miał okazję, poleciał do klasycznego wydawnictwa. Ja tu widzę coś wręcz gorszego – wydawnictwo zdejmuje z siebie ryzyko publikacji debiutanta, który może „nie chwycić”. I dopiero gdy się okaże że jest szansa na zyski, bo „młody” przebił się w selfpublishingu, można go wydać.

      0
  4. Ris pisze:

    Wszystko zależy od tego jak wygląda od strony prawa kupno-sprzedaż e-booka. W przypadku oprogramowania, jak np. Windows, jest to licencja, zwykle na jedno stanowisko. E-booki kupuje się szybko, „jak leci ” (prawie jak pietruszkę), bez akceptacji przedstawionej umowy. Nie wiem, czy regulamin sklepu, jeśli jest wynagana jego lektura i akceptacja, może być równoznaczny z  umową przy „zakupie” licncji np. Windowsów? Zakup żywanych e-booków to sprytny myk, ale każdy czuje, że nieuczciwy.

    0
    • HuFu pisze:

      Zakup żywanych e-booków to sprytny myk, ale każdy czuje, że nieuczciwy.

      Ja tak nie uważam. Sprzedaż taka jak najbardziej jest uczciwa pod wrunkiem, że sprzedający jest uczciwy.

      0
  5. W Stanach od jakiegoś czasu obowiązuje prawo, w myśl ktorego można odsprzedawać oprogramowanie – co wczesniej też było nie do pomyślenia. Sprzedaje się po prostu klucz autoryzacji i w ten sposób nowy nabywca zyskuje prawa poprzedniego użytkownia, a tamten je traci. W przypadku e-booków sprawa wydaje się nieco bardziej skomplikowana, bo to po prostu plik, który łatwiej skopiować… Niemniej jednak dalej mam wrażenie, że wydawcy a często i władza ustawodawcza oraz sądownicza starają się naginać rzeczywistość wirtualną do „starych” zasad handlu w realu, tymczasem to zupełnie inny świat i wymaga zupełnie innych mechanizmów…

    0
  6. YuukiSaya pisze:

    Kurczę, ale ja bym chciała wystawić część zakupionych ebooków na sprzedaż. Do niektórych tytułów wracać nie będę, a tak zawsze byłby jakiś grosz na kolejne pozycje. No i niewątpliwie bym nabywała czasem w takich „antykwariatach” nowe tytuły. Zupełnie inne życie…

    0
  7. Darek pisze:

    A czy używanej rzeczy nie można wg polskiego prawa sprzedać dopiero po 6 miesiącach, bo inaczej z założenia zakup był dokonany celem odsprzedaży (a więc zarobku) i wymaga zarejestrowanej działalności gospodarczej?
    W rzeczywistości to martwy przepis, ale dla e-booków byłoby dobre ograniczenie i jakiś kompromis, a w przypadku treści cyfrowych łatwiej to zaimplementować, niż z butami i meblami.

    0
    • RA pisze:

      6-mcy to nie problem, bo tyle mogę poczekać. Jak w roku rozliczeniowym przekraczasz kwotę wolną od podatku a ta to tylko 3000 PLN i musisz wypełniać kolejne papierki i jeszcze płacić kolejny raz to się robi niedobrze.

      0
    • slawek pisze:

      Gdzieś dzwoni, ale nie wiadomo w którym kościele. No więc nie.

      0
  8. Cyber Killer pisze:

    To musiałoby być zaimplementowane w pierwotnych księgarniach. Tzn kupując w księgarni X można odsprzedać tylko w księgarni X. Wtedy po sprzedaniu z profilu sprzedającego znika dana ksiażka (trafia do profilu tego kto kupił), a jeśli ma kopię na dysku to ona jest w świetle prawa nielegalna i powinien plik usunąć. Księgarnia mogłaby też wtedy pobierać prowizję od takiej odsprzedaży, żeby zaspokoić swoją i wydawców pazerność.

    Kluczem do wszystkiego jest obniżenie cen. Na Steam jest system handlu grami i innymi przedmiotami (co prawda nie tymi z biblioteki użytkownika), gdzie sklep pobiera prowizje od sprzedawania i np wspomniane kupno na promocji żeby potem sprzedać drożej to nic nie znaczący margines, bo ceny są wystarczająco niskie na większość tytułów – „tracą” tylko producenci którzy uparcie trzymają się wysokich cen.

    0
  9. Maks pisze:

    Dlatego nie warto inwestować w e-booki, książka papierowa po zakupie nadal ma wartość (a jak wejdzie ustawa o książce, to używana książka zyska cenowo), e-book to usługa i jest bezwartościowa (finansowo). Nie można kolekcji e-booków odsprzedać, czy przekazać w spadku, tak samo z pozostałymi treściami cyfrowymi, albumami mp3, audiobookami mp3.
    Ja traktuję e-booki jak bilet do kina, kupuję, bo nie stać mnie na pełnowartościowe książki.
    Może kiedyś Świat czytników zainicjuje ruch na rzecz ustawy „Cyfrowa książka – pełnowartościowa książka”, wtedy co prawda ceny e-booków wzrosną, ale będzie je można odsprzedać (np. w ramach e-sklepu przeniesienie z konta do konta użytkowników, sklep pobiera symboliczną złotówkę za wygenerowanie nowych watermarków, a pozostałe rozliczenia pomiędzy użytkownikami, czy za darmo, czy za jakąś kwotę, to nie interes sklepu), czy przekazać wnukom kolekcję eb00ków.
    Póki nie ma ustawy, nie warto wydawać na e-book więcej niż 15zł.

    0
    • Cyber Killer pisze:

      I jaką wartść ma taka książka papierowa widzą wszyscy, którzy próbują ją odsprzedać… Ludzie nie lubią kupować używanych rzeczy, sam próbuję sprzedać kilka papierowych książek i gier na CD, ale nawet za 1 zł nie ma chętnych (albo są z 2 końca świata i sa niezadowoleni jak trzeba dopłacić za wysyłkę). Wszystko fizyczne traci szalenie na wartości. Co najmniej 50% traci za sam fakt że nie jest sprzedawane w sklepie, kolejną połowę tej połowy jeśli jest rozpakowane z folii, a dalej jeszcze w dół za każde dotknięcie, zagięcie czy zarysowanie. Do stopnia, kiedy po prostu nie warto nawet poświęcać czasu na próbę sprzedania danego przedmiotu.

      Taką mentalność w ludziach zaszczepili i kultywują producenci. Wszystko musi być nowe i najnowsze i koniecznie naj-naj-lepsze ze wszystkiego, bo cokolwiek mniej jest nic nie warte.

      0
      • YuukiSaya pisze:

        Producenci wychowali sobie konsumentów płacących krocie tylko za to, że coś jest nieużywane. Kultura jednorazówek…

        0
        • asymon pisze:

          Ale umówmy się, wiele książek nie jest wartych tyle co papier, który na nie zużyto (może bez nazwisk).

          Z drugiej strony, przegapiłem najnowsze wydanie Cryptonomiconu Neala Stephensona w sklepach nie ma i już raczej nie będzie. Poprzednie na Allegro osiągało zawrotne ceny, a to było ładnie wydane, twarda okładka, te sprawy…

          0
      • tzigi pisze:

        To ciekawe – kupuję bardzo dużo używanych książek: część na Allegro, ale większość w antykwariacie w Łodzi. Nowości pojawiają się tam często w dzień-dwa po premierze. Ale rzeczywiście są tańsze – taka wszak jest idea antykwariatów. A co do spadku wartości – kupując używaną książkę oczekuję tego, że wreszcie będzie w cenie, którą uważam za właściwą: np. powieść około 300 stron obecnie kosztuje 40 zł, dla mnie dobrą ceną jest 25 zł i takiej oczekuję w antykwariacie.

        0
      • rudy102 pisze:

        Co do gier na CD to się nie dziwię – mamy 2015 rok, stare gry kupuje się za grosze na gog.com a nie zawala mieszkanie archaicznymi nośnikami.
        Co do książek – ciekaw jestem przykładowych tytułów.

        0
      • Dawid Miarka pisze:

        Z książkami papierowymi używanymi jest ten problem, że duży koszt stanowi przesyłka. Stąd w praktyce książka która nowa stoi po 30 zł, na allegro jako używana zejdzie za 10-15zł. Aż tak źle jak piszesz nie ma, tylko trzeba o książki w miarę dbać, a nie robić tak żeby wyglądały jak wyjęte psu z gardła ;). Inna sprawa, że książki oprócz tych bardziej chodliwych po prostu ciężko sprzedać w internecie, co wynika ze sposobu przeglądania ofert. Dobrze się szuka jak wiesz konkretnie czego poszukujesz. Na świecie czytników nie raz wybadałem jakąś książkę, którą normalnie bym nie był zainteresowany, ale jakbym miał tak przeglądać allegro z losowymi książkami, porównywać oceny i recki na LC itp… w życiu by mi się nie chciało tego robić w tę stronę.

        Oczywiście są też książki z tzw. klęską urodzaju. Np. cała seria Zmierzch, to chodzi w używkach w groszowych cenach, bo jak był boom to wszyscy to kupowali jak szaleni, a teraz już tylu nowych chętnych nabywców na używki co sprzedających nie ma.

        0
  10. Mateusz "Koovert" Wołczyk pisze:

    Klient stałby się tak naprawdę dystrybutorem, mógłby sprzedawać ten sam plik wiele razy i zarabiać na różnicach w cenie, np. kupuję plik w promocji za 9,90 i po kilku dniach sprzedaję za 15 zł co i tak będzie dobrą ceną bo „nowy” kosztuje 30 zł.
    Myślę, że mogłoby to doprowadzić wręcz do tego, że znalazłyby się takie osoby, które kupowałyby „nowe” ebooki w promocji tylko po to żeby je odsprzedać za kilka dni trochę drożej.

    Jakoś nie słyszałem, żeby Lidl płakał, że po tym jak skończy się promocja jego towary były sprzedawane na Allegro drożej. Delikatnie mówiąc, nie przemawia do mnie ta argumentacja.
    Jeżeli „na promocji” księgarnia zarabia, to może powinna się cieszyć z większego obrotu? A jeżeli jest ona dla niej nieopłacalna, to może przeszarżowała z ceną? Może powinna też uwzględnić to, że taki „konik” może nie sprzedać wszystkich egzemplarzy, więc de facto sprzeda więcej? Może powinna być zadowolona, że „konik” płaci ej „już”, a klient końcowy kupi to „kiedyś w przyszłości”, więc ma środki szybciej?
    I, chyba najważniejsze, jeżeli taki proceder byłby powszechny i opłacalny to trzeba by pomyśleć nad zmniejszeniem cen „okładkowych”? Wtedy promocją byłoby 5-10% obniżki i mało komu chciało by się bawić w ten sposób? Wtedy więcej ludzi kupiłoby książkę tak po prostu, a nie polowało na promocje? Tak, Robert pisał kiedyś o dziwności sytuacji z promocjami i jej wielkościami. Po części się z nim zgadzam i to jest właśnie ta część.

    Idąc dalej, w kwestii powtórnego oznaczania znakiem wodnym. Wydaje mi się, że technicznie dwa różne znaki wodne mogą ze sobą współpracować, tj. występować niezależnie.
    Zgadzam się z tym, że potwierdzenie legalności nie jest możliwe bez współpracy z dystrybutorem. Ale też, jakkolwiek brutalnie to zabrzmi, na jej potwierdzeniu nie musi zależeć dystrybutorowi! Wystarczy mu deklaracja sprzedającego użytkownika. (Na tej właśnie zasadzie działają czy to chomiki, czy kwejki.) Współpraca nie jest więc konieczna. Owszem, takie umywanie rąk nie jest zbyt odpowiedzialne, dlatego dobrą praktyką pośrednika było by wysłanie informacji o sprzedającym i kupującym do pierwotnego dystrybutora. W przypadku naruszeń licencji (którą tamten udzielił) miałby wtedy szansę interweniować. Jeżeli negowałby takie działanie, sam wykluczyłby się z kontroli nad plikiem, na czym tylko by stracił. A że było by to pracochłonne, pewnikiem zależało by mu, żeby sam pośrednik to weryfikował. A to już wymagało by współpracy obydwu podmiotów, tylko wtedy dążyłby do niej sklep i jemu by na niej zależało, a nie dopraszał się pośrednik. To w ramach „lepiej przepraszać, niż prosić”.

    0
  11. SlaveckM pisze:

    Wkurza mnie nazywanie ebooków „usługą”. Przecież to jest towar, jak każdy inny i tak powinien być traktowany. Po zakupie jest moją własnością i mogę z nim zrobić to, co tylko mi sie spodoba: wyrzucić, sprzedać, pożyczyć, podarować, zakopać w ogródku, poprzestawiac w nim wyrazy albo strony, czytac do góry nogami albo od końca i nikomu nic do tego.
    A już zupełnie śmieszna jest uwaga, że klient mógłby, co za zbrodnia, zarobić 5 złotych na odsprzedaży ebooka. Ale gdyby podzielić się tymi 5 złotymi z wydawnictwem lub księgarnią, które wezmą drugi raz kasę za towar, do którego nie mają już żadnych praw, bo go wcześniej sprzedali, to już przymkną oko na fakt odsprzedaży.

    0
    • Cyber Killer pisze:

      Nie tyle że klient zarobi na odsprzedaży, ale problem mają z tym że księgarnia/wydawca nie zarobi na sprzedaży kolejnej kopii.

      0
      • SlaveckM pisze:

        W ten sposób to wszyscy mogą narzekać. Że jak kupie uzywany samochód to nie kupię nowego, że jak kupię film na blue-ray to nie pójdę kina, jak kupie piwo w sklepie to nie pójdę do pubu i tak bez końca. Masakra jakaś, bo przeciez tak naprawdę nie ma żadnej gwarancji, że klient, ktory kupuje używane kupiłby nowe wobec braku używanego.

        0
    • Mateusz "Koovert" Wołczyk pisze:

      @SlaweckM
      Mnie też. Ale świat zmierza (a przynajmniej próbuje zmierzać) w tę stronę. Co powiesz na kuwetę, albo samochód, który staje się usługą niż przedmiotem?
      http://di.com.pl/news/51210,0,Kuweta_dla_kota_ma_DRM_a_ludzie_probuja_je_obejsc_Lekka_przesada-Marcin_Maj.html
      Gdzieś na orbicie tego zagadnienia jest jeszcze koncepcja aut elektrycznych, do których baterie są jedynie wypożyczane (tym razem bez linku).
      Do szeroko rozumianych „nas” – konsumentów, zależy co się utrze jako norma.

      0
  12. Dumeras pisze:

    I właśnie z powodu kłopotów z odsprzedażą ebooka (i jego pożyczaniu) w moim odczuciu cena wersji elektronicznej powinna być odczuwalnie niższa od papierowej.
    Czasami sprawdzam to sobie prostym algorytmem. Cena okładkowa papieru to 40zł, w księgarniach bez problemu można kupić za 35zeta. Jeśli to nowość i szybko bym ją przeczytał, to na sprzedaż wystawiałbym za 20zł (czy za tle sprzedam to inna bajka, jak tytuł szybko pójdzie na kolejne przeceny to mi cena spadnie). Mamy już połowę ceny okładkowej. I poniżej tego progu powinny znajdować się ceny ebooka.
    Oczywiście mogą być wyjątki, np. piękne wydanie papierowe, bogato i kolorowo ilustrowane – ebook odpada. W papierze 1000str, nieporęczne i nie przeczytam, bo za cholerę mi się do torby nie zmieści – warto kilka złociszy dołożyć do ebooka i nie obrażę się jak będzie tylko trochę tańszy od papieru. Ebook jest z backlisty, papier już nie dostępny w obrocie, też inaczej spojrzę na cenę. Staroć, ale dopiero wyszła w ebooku, ale są wznowienia w papierze też inaczej podchodzę.
    Ogólnie – połowa ceny okładkowej (standardowego wydania w miękkiej oprawie).

    0
  13. Marcin pisze:

    nazywanie kupowaniem używanej książki usługą to jak kupić używany telefon bo jest do dzwonienia i nazwać ten zakup usługą.

    0
  14. KonradK pisze:

    Piracką hipokryzją jest istnienie bibliotek w obecnej formie i propagowanie korzystania z nich niczym cnoty. Tak jakby dla autorów i wydawców wystarczającym wynagrodzeniem była popularność a gratyfikacja pieniężna miała służyć jako zwrot kosztów przygotowania nośnika, w zasadzie tym drugim.

    Dopiero gdy elektroniczna forma pozwala na banalnie łatwe kopiowanie (jak to było od samego początku w przypadku kaset i płyt) nachodzi refleksja, że kurcze no nie, no przecież my tu głównie treść sprzedajemy a nośnik, to po to, by jakoś ją dostarczyć. Albo dopiero wtedy, gdy nośnika nie ma, jak w przypadku plików do pobrania.

    Jeśli prawo nie uwzględnia, że przedmiotem transakcji jest treść i nie daje możliwości zawierania umowy ze zrzeczeniem się prawa do odsprzedaży, różne rzeczy są możliwe a prawo zwyczajowe z kazusem biblioteki je uświęci.

    0
    • HuFu pisze:

      Piracką hipokryzją jest istnienie bibliotek w obecnej formie i propagowanie korzystania z nich niczym cnoty.

      Równie dobrze można mówić, że piracką hipokryzją jest zmuszanie operatorów telefonicznym do łączenia z numerami alarmowymi za darmo. Przwecież oni na tym tracą. Nie zawsze czyjś zysk jest najważniejszy. Istnieją bardziej szczytne cele. Może tak właśnie jest z bibliotekami. Aby umożliwić dostęp do dóbr kultury ludziom, których nie stać na nie. Społeczeństwo jako całość odniesie wtedy więcej korzyści.

      0
  15. KonradK pisze:

    Jeżeli tam, gdzie mieszkasz, biblioteki wypożyczają książki w sytuacjach alarmowych, dla ratowania czyjegoś zdrowia, życia, czy bezpieczeństwa, to nawet mówisz do rzeczy.
    Bo wtedy nieodpłatne korzystanie z czyjejś własności intelektualnej służy temu samemu, co nieodpłatne korzystanie z łącz.

    Może tak właśnie jest z bibliotekami. Aby umożliwić dostęp do dóbr kultury ludziom, których nie stać na nie.

    Dokładnie. Bo z wypożyczalniami płyt z filmami na DVD tak już nie jest; muszą kupić płyty z licencją na wypożyczanie, droższe.

    Mogę kupić interesującą mnie książkę, albo dziadować i pożyczyć ją z biblioteki. I niech autorzy i wydawcy książek łoją na mój rozwój kulturalny, inaczej niż wydawcy filmów na DVD, którzy są z tego zwolnieni.

    0
    • HuFu pisze:

      Biblioteka publiczna nie zarabia na wypożyczaniu książek w przeciwiweństwie do wypożyczalni DVD. To zasadnicza różnica. Gdyby ktoś zakładał prywatną bibliotekę w której się płaci za wypożyczanie to co innego. Wtedy też powininen mieć licencję na wypożyczanie.

      0
      • KonradK pisze:

        Taka jest różnica, że jedni zarabiają a inni nie.
        Czy darmowa wypożyczalnia DVD mogłaby obejść licencję? Albo czy wydawca książek mógłby zastrzec prawo do wypożyczania książki a biblioteka musiała to respektować? I czy w ogóle istnieją licencje, o jakich piszesz, na wypożyczanie książek?
        Jeżeli przynajmniej to drugie byłoby spełnione, nie byłoby przymusowej dobroczynności, do której jedni są zobligowani a inni nie.

        0
        • HuFu pisze:

          Czy darmowa wypożyczalnia DVD mogłaby obejść licencję?

          W niektórych bibliotekach publicznych można wypożyczać filmy lub muzykę.

          Albo czy wydawca książek mógłby zastrzec prawo do wypożyczania książki a biblioteka musiała to respektować?

          Nie może dokonać takiego zastrzerzenia. Ale w tego typu regulacjach to właśnie chodzi o to by był obowiązek ustawowy, bo nikt dobrowolnie nie zrzeknie się dodatkowego zysku.

          I czy w ogóle istnieją licencje, o jakich piszesz, na wypożyczanie książek?

          Nie wiem. To pewnie jest już sprawa indywidualna wydawnictwa. Skoro wytwórnie filmów i muzyki mają takie licencje to i wydawnictwa mogły by mieć gdyby tylko chciały. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś chciał otwierać płatną bibliotekę. Gdyby się pojawiła taka próba to kto wie.

          0
          • KonradK pisze:

            W niektórych bibliotekach publicznych można wypożyczać filmy lub muzykę.
            I wypożyczają płyty bez licencji na wypożyczanie?
            Jeśli tak (i zgodnie z prawem), to jednak jest równość.

            0
  16. HuFu pisze:

    Stanowisko Virtualo jest trochę nielogiczne:
    Sprzedaż jednak samego e-booka, w drodze jego zwielokrotnienia, jest niemożliwa …

    Własnie chodzi o to, że jeśli sprzedawca jesy uczciwy to nie ma żadnego zwielokrotnienia, ponieważ kasuje on swoją kopię zaraz po dokonaniu sprzedaży.

    0
    • Mateusz Styś pisze:

      HuFu, ale przecież to jest kompletna utopia, to o czym piszesz. Jak wydawca może liczyć na uczciwość tak masowego klienta, gdy w zasadzie nie ma jak tego śledzić? To może skoro liczymy na uczciwość każdego, to po co watermarki? Może je też zlikwidujmy?

      0
      • HuFu pisze:

        … to po co watermarki? Może je też zlikwidujmy?

        Nie miałbym nic przeciwko. Zresztą każdy wie, że te DRMy, watermarki, itp. przed niczym nie zabezpieczają; można je usunąć w parę sekund.

        0
        • asymon pisze:

          Ale to raczej pytanie, czy autorzy mają coś przeciwko, bo DRM jest (teoretycznie) dla zabezpieczenia ich interesów, nie dla twojej wygody :-)

          Są takie wydawnictwa, np. Tor Books na amazon.com, czy O’Reilly.

          0
      • HuFu pisze:

        Jak wydawca może liczyć na uczciwość tak masowego klienta, gdy w zasadzie nie ma jak tego śledzić?

        Sam fakt niemożliwości sprawdzenia uczciwości klienta to trochę za mało aby od razu negować całkowicie obrót wtórny. Nikt nie ma nic przeciwko sprzedawaniu np. filmów na oryginalnym nośniku. Ale w takim przypadku także nie ma możliwości sprawdzenia czy sprzedający jest uczciwy; może przecież wcześniej skopiować sobie płytę.

        0
        • KonradK pisze:

          Jeśli nabywca płyty sprzedał cokolwiek niezwiązanego z jej treścią, albo w ogóle nie sprzedał czegokolwiek, też nie można stwierdzić na tej podstawie, czy nie wykonał kopii, albo czy nie popełnił jakiegoś przestępstwa.

          Mowa o śledzeniu ma sens dopiero w przypadku kopii personalizowanych.

          0
          • KonradK pisze:

            Kopię przemysłowo wykonanej płyty można zazwyczaj organoleptycznie odróżnić od oryginału i na tej podstawie stwierdzić, co jest przedmiotem (od)sprzedaży, oryginał, czy pirat.
            Plik i jego kopia są natomiast identyczne i bez personalizacji nie byłoby jakiejkolwiek możliwości dokonania takiego rozróżnienia.
            (Tak, to oryginał i to ja go kupiłem, od poprzedniego właściciela, który kupił później inną kopię od kogoś innego).

            0
      • Mateusz "Koovert" Wołczyk pisze:

        @Mateusz Styś
        Zamykasz auto jak je zostawiasz na ulicy?

        Jak myślisz, ile czasu zajmie jego otwarcie doświadczonemu złodziejowi? Łącznie ze zneutralizowaniem alarmu.

        I na tym samym polegają prawie wszystkie zabezpieczenia, od znaku wodnego na książce elektronicznej do kontroli na lotniskach: na teatrze bezpieczeństwa. Profesjonalisty ani mocno zmotywowanej osoby nie powstrzymają. Są po to, żeby „nie kusiło”.

        0
        • Mateusz Styś pisze:

          Nie ma co do tego sporu. Ale czy to jest argument, żeby nie „zamykać auta” i pozwolić mniej doświadczonym i mniej zmotywowanym go ukraść? Nie jestem przekonany. Wydawcy rezygnujący z jakichkolwiek zabezpieczeń byliby jak ten kierowca niezamykający auta, bo przecież jest mała szansa, że ktoś go ukradnie.

          Użycie słowa „teatr” byłoby uzasadnione, gdyby zabezpieczenia faktycznie były tylko fikcyjne. W większości wypadków nie są i tylko niewielki ułamek „profesjonalistów” potrafi je obejść (zależnie od branży). Tylko, że tacy profesjonaliści będą zawsze, to jest wkalkulowane. Ale fakt, że 10 osób na 100 potrafi obejść jakieś zabezpieczenie nie zmienia faktu, że pozostałe 90 nie potrafi. Trudno to nazwać teatrem.

          0
          • HuFu pisze:

            Faktem jest także, że często abu usunąć zabezpieczenie nie potrzeba żadnej wiedzy. Wystarczy, że jedna osoba na świecie to umie i napisze gotowy program, który to robi np. w postaci wtyczki do calibre i zabezpieczenie usuwa się samo bez jakiejkolwiek wiedzy. A znalezienie odpowiedniego narz ędzia w internecie to tylko kilka minut w google.

            0
            • KonradK pisze:

              Możliwe, że można usunąć znak wodny z pliku, tak aby kopia nie wskazywała na źródło pochodzenia.
              Ale co trzeba zrobić, aby kopia tak spreparowanego pliku sprawiała wrażenie legalnie posiadanej? Wprowadzić dane nowego posiadacza na podstawie fikcyjnej transakcji zakupu?
              Właściwie do wyobrażenia – kupiłem tę książkę w tej a tej księgarni a że mają tam bałagan i dane o transakcji przepadły wraz z danymi mojego konta, to nie moja odpowiedzialność.

              0
            • KonradK pisze:

              Przynajmniej polskie prawo nie ściga za samo posiadanie nielegalnej kopii utworu. Ścigane jest jedynie rozpowszechnianie*.

              Kogoś, kto nielegalnie rozpowszechnia utwór w postaci pliku, obciąża już sam ten fakt. Bez względu na to, czy plik jest oznaczony, czy nie.

              Znak wodny ma tylko wtedy sens, gdy pierwszy nabywca nie ma prawa do odsprzedaży . W innym wypadku nie sposób byłoby stwierdzić, który z kolejnych nabywców odsprzedał więcej kopii, niż legalnie posiadał. Ani czy zrobił tak pierwszy.

              Oznaczanie pliku nie ma na celu uniemożliwienia sporządzenia kopii. Zaś fakt, że można je (łatwiej, czy trudniej) usunąć, nie uprawnia do odsprzedaży, tak samo jak ominięcie zabezpieczenia przed kopiowaniem płyty, czy kasety, nie uprawnia do rozprowadzania jej kopii.

              *) i chyba faktycznie – kogoś, kto skopiował na własny użytek DVD a następnie odsprzedał oryginał, nie ma za co ścigać w Polsce.

              0
          • Mateusz "Koovert" Wołczyk pisze:

            Sformułowanie „teatr bezpieczeństwa” nie zostało przeze mnie wymyślone. Google myślę pomoże. Owszem, nie są to działania ani w stu procentach skuteczne, ani w stu – nieskuteczne. Chodzi o to, że fakt zaprezentowania zabezpieczenia w większym stopniu wpływa na osiągnięcie pożądanego zachowania, niż jego rzeczywista skuteczność.
            Żeby to dobitniej wyjaśnić, wyobraź sobie bramki z lipnym wykrywaczem metalu. Osoba z nożem raczej tam się nie będzie pchała. Osoba posiadająca e-booka od wydawnictwa mówiącego o znaku wodnym, a go nie stosującym, też nie wrzuci go na chomika. A stosując te zabezpieczenia chcący i tak wniesie nóż, a pirat i tak zdejmie zabezpieczenie.
            Na marginesie: pożądane zachowanie (na przykładzie kontroli lotniskowej) może polegać zarówno na tym, żeby ktoś nie wniósł bomby, ale też żeby reszta pasażerów była przekonana, że bomby wnieść się nie da.

            A wracając do pierwotnej myśli. Sprzedając książkę też możesz ją skserować i zostawić sobie kopię. Tak, wiem, że to wymaga więcej pracy (chyba, że masz naprawdę dobre ksero) a jakość nie będzie aż tak dobra, ale też możesz.

            0
  17. krzyszp pisze:

    Prawda jest taka, że odsprzedaż ebooka powinna być legalna, wszak ebooki to utwory, nie programy, więc niezbywalnym prawem jest jego odsprzedaż tak samo, jak w przypadku książki papierowej. To, że wydawcom się to nie podoba i mają lobbystów w odpowiednim miejscu nie oznacza wcale, że mają rację! Niezależnie od aktualnych przepisów…

    Dużym organizacjom zawsze wydaje się, że kształtują rzeczywistość, ale prawdą jest to tylko do pewnego stopnia… stopnia wkurzenia ich klientów…

    0
  18. Mateusz Styś pisze:

    Bardzo konkretne wyjaśnił to Mateusz Tobiczyk z Woblinka. Używamy pojęcia „używany” ebook, podczas gdy jego wartość z tytułu posiadania go przez nas wcale nie spada.

    Zupełnie inaczej jest w przypadku licencji na przeróżne programy, które z czasem tracą na wartości ze względu na pojawianie się coraz to nowszych wersji.

    Nie odsprzedajemy ebooków, tak samo jak nie odsprzedajemy plików mp3. Mamy z tym problem tylko dlatego, że porównujemy je do ich fizycznych odpowiedników. Zakup płyty w plikach mp3, to nie zakup płyty CD, a zakup e-booka, to nie zakup książki. Przestańmy te rzeczy do siebie porównywać, to rozwiążemy nasze „problemy” z prawem i odsprzedażą.

    0
    • tzigi pisze:

      Słusznie mówisz, ale wtedy trzeba też stosować się do takiej retoryki przy sprzedaży e-booków i plików mp3: kupujesz nie książkę i nie płytę, a pliki, więc coś gorszego (topisz w tym jednorazowo pieniądze i ich nie odzyskasz). Z tego powodu my, jako sklep sprzedający te pliki, wystawiamy na nie cenę równą mniej niż połowie ceny książki i płyty czyli realnych, pełnowartościowych przedmiotów, a nie jakichś marnych podróbek. Tylko w takim przypadku postępowanie jest uczciwe wobec klienta. Zestawienie „nie porównujmy wersji elektronicznych do fizycznych odpowiedników przy odsprzedaży” z „to ta sama zawartość, więc cena powinna być ta sama” jest skrajną hipokryzją.

      Konia z rzędem temu, kto nigdy nie kupił słabej książki. Porównajmy teraz 2 sytuacje:
      1. Kupuję w Empiku powieść X. Zaczynam czytać, po 100 stronach (obojętne – może być po 2, może być po lekturze całości) stwierdzam, że jest nieciekawa/nudna/źle napisana/źle przetłumaczona/w inny sposób mi nie odpowiada. Wracam do Empiku, zwracam książkę, dostaję bon na te same pieniądze (taki model biznesowy) i mogę za to kupić inną książkę albo chociażby czekoladki czy grę planszową.
      2. Kupuję tę samą książkę w księgarni, która ma znacznie bardziej restrykcyjną politykę zwrotów. Tak samo reaguję negatywnie na treść, idę do antykwariatu i sprzedaję książkę (albo wystawiam na allegro). Dostaję za to (jeśli książka była zupełną nowością i nadal wygląda jak nowa) w zależności od szczęścia od połowy do 2/3 kwoty, za którą nabyłam książkę (zakładając, że nabyłam za okładkową, a nie w promocji).
      3. Kupuję tęże książkę w księgarni elektronicznej, a raczej, przepraszam, kupuję plik z treścią tejże książki. Żeby móc przeczytać od razu, pozbywam się prawa do zwrotu w ciągu 14 dni. Czytam i reaguję negatywnie na treść. Zostaję z ebookiem, z którym nic nie mogę zrobić. W przypadkach 1 i 2 zostają mi pieniądze – w 1 do wydania w Empiku, ale ta sama kwota (czyli mogę spróbować innej książki albo kupić coś do zabawy – czy to grę planszową, czy zabawkę, czy cokolwiek innego, albo wreszcie kupić drogie, bo drogie, ale jedzenie – czekoladki, czy Coca-Colę, czy może wyposażenie do domu – grunt w tym, że realnie na książkę nie wydałam ani złotówki – a do tego jako punkty Payback zwróciła mi się jeszcze 1/100 jej wartości), w 2 przypadku zostaje mi w kieszeni w najgorszym razie około połowy ceny okładkowej. W 3 przypadku w kieszeni zostanie mi różnica między ceną okładkową wydania fizycznego, a ceną (czy to promocyjną, czy zwyczajną) wersji elektronicznej. Cóż z tego wynika? Otóż to, że (pomijając wszystko inne) bezpieczną finansowo wersją zakup ebooka staje się dopiero wtedy, kiedy cena tegoż to najwyżej połowa ceny papieru.

      A wystarczyłoby dodać możliwość odsprzedaży i już cena może być ta sama.

      0
      • Mateusz Styś pisze:

        Świetny komentarz i bardzo słuszna uwaga odnośnie ceny. Ta rzeczywiście powinna być niższa również zważywszy na to, że e-booka nie możemy odsprzedać. I tutaj dochodzimy do ważnej rzeczy. Nie powinniśmy dyskutować o tym, czy e-booka można odsprzedać, czy nie, bo to moim zdaniem powinno być poza dyskusją, ale raczej trzeba się skupić na tym, co z takiego stanu rzeczy powinno wynikać dla klienta.

        Odnośnie możliwości oddania nietrafionego zakupu pozwolę sobie przytoczyć przykład z mojego życia zawodowego. Kilkukrotnie zdarzało mi się kupować licencje na używanie czcionek ekranowych; niekiedy były to bardzo drogie czcionki. W przypadku takiego zakupu otrzymuję plik z czcionką i plik tekstowy z licencją; absolutnie zero zabezpieczeń. Teoretycznie mogę zrobić dowolną ilość kopii tychże plików, a następnie napisać do sklepu, że czcionka mi się nie podoba i chcę ją jednak oddać. Dla mnie to jest zupełna abstrakcja. Podobnie w przypadku e-booków.

        Taki Amazon ma co prawda zdaje się nawet 7-dniową politykę zwrotu e-książek, ale to jest sytuacja gdy te zakupione pozycje znajdują się w ich ekosystemie i tylko niewielki procent czytelników ma wiedzę, jak je z niego wydostać. Poza tym często blokują oni możliwość oddawania e-booków osobom, które robią to nagminnie.

        Wciąż uważam, że nie możemy e-booków porównywać do książek i odwrotnie. Bo jest nam na rękę, że e-wydania są mocno przeceniane (przecież nie ma kosztów druku), ale nie potrafimy zaakceptować, że wiążą się z tym też pewne minusy, jak fakt, że nie możemy ich później odsprzedać.

        0
        • tzigi pisze:

          Wszystko pięknie tylko to zdanie „e-wydania są mocno przeceniane” moim zdaniem mija się z prawdą. E-wydania bywają w miarę porządnie przeceniane. Książki, której nie mogę pożyczyć znajomym (bo nie mają czytnika) i której nie mogę odsprzedać (jak pokazuje to powyższy artykuł i cała dyskusja) nie kupię za więcej niż 15 zł jeśli jest nowością w dniu wydania, za 10 zł jeśli jest w miarę niestarą pozycją i za 5 zł, jeśli posiadam wersję papierową. I to wszystko zakłada nie, że śledzę promocje, żeby coś złapać, tylko, że kupuję, kiedy mam ochotę. W innym przypadku wydawanie pieniędzy na e-booki jest z mojej perspektywy przepłacaniem. Ale – tak jak mówię wyżej – jest tak tylko w optyce polskiej konstrukcji prawnej, gdzie ebook jest o wielokroć mniej warty niż książka z racji swej nieodsprzedawalności.

          0
    • smolny pisze:

      „Zakup płyty w plikach mp3, to nie zakup płyty CD, a zakup e-booka, to nie zakup książki”
      No dobre, czyli kupując i odsprzedając książkę handluję odpowiednio uformowanym papierem, otrzymując pieniądze zgodne ze stopniem zużycia papieru?
      Pomijając książki „specjalne”, gdzie rzeczywiście mogą być istotne właściwości materiału na którym przekazano treść, to zwykle kupuję treść, niezależnie od nośnika. Podobnie z muzyką, przy odpowiedniej jakości bez różnicy jak zapisaną: winyl, taśma magnetyczna, płyta cd, hdd. Rozumiem że sposób dostarczenia mi pliku (czy książki, czy muzyki) może w jakimś stopniu wpływać na ostateczną cenę jaką zapłacę, ale nie powinien dyktować całości tej kwoty.
      Ale to już wydaje się było wcześniej rozważane.
      Ja wolę e-booki z oczywistych względów. I jeśli są odpowiednio tanie (np promocje) wolę je kupić (i czytać w sposób dla mnie najwygodniejszy) niż pożyczyć papierową książkę w bibliotece. Przy drogich książkach korzystam z tego, co mogę pożyczyć (papier lub audiobook). Czyli w moim przypadku, nikt nie zarabia na sprzedaży drogich książek (beletrystycznych).
      Przy cenach za jakie kupuję e-booki, nie boli mnie tak bardzo że nawet nietrafionych nie mogę (legalnie) odsprzedać. Choć oczywiście głosuję za tym, żeby taką opcję zalegalizować. Zdarzyły mi się tak beznadziejne zakupy, że chętnie bym zamanifestował swoje niezadowolenie odsprzedając je za 1PLN :)

      0
    • Mateusz "Koovert" Wołczyk pisze:

      Dlaczego wartość posiadanego przez nas tytułu e-booka nie spada? Nie jest już nowością, jest go więcej na rynku, więcej osób zainteresowanych już go ma/przeczytało, więc popyt spada.

      A co jeżeli mowa o programie, który nie ma nowszej wersji?

      A dlaczego nie odsprzedajemy plików MP3?

      0
  19. slawek pisze:

    Jak słusznie zauważył Pan z Woblinka nie ma utraty wartości używanego ebooka. Dlaczego więc miałby ten ebook być sprzedawany po cenie niższej niż w sklepie? Z drugiej strony czytelnik z książki skorzystał, dlaczego więc miałby otrzymać cenę taką jaką zapłacił przy kupnie? Może „używane” ebooki powinny być sprzedawane po cenie nominalnej, z czego poprzedni włąściciel uzyskiwalby tylko część sumy, reszta dla autora, wydawcy i dystrybutora?

    0
    • Mateusz "Koovert" Wołczyk pisze:

      Dlaczego „używany” e-book miałby być sprzedawany taniej niż w sklepie?
      Chociażby dlatego, że prawnie inaczej wygląda sprzedaż konsumencka (sklep->czytelnik) a inaczej na linii osoba->osoba.
      Niższa cena wynika między innymi z mniejszych praw kupującego w drugiej sytuacji.

      Sprzedaż po cenie nominalnej? Kontrola cen? Kłania się ta dziwaczna ustawa o książce, za którą lobbują wydawcy! Poza tym dlaczego ktoś miałby wtedy kupić używaną, a nie nową e-książkę?

      0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przed dodaniem komentarza zapoznaj się proszę z zasadami komentowania. Jeśli chcesz mieć swój obrazek przy podpisie, zarejestruj swój adres mailowy na stronie gravatar.com.

Zapisz się także do newslettera Świata Czytników


Komentarze do tego artykułu można śledzić także w formacie RSS.