Nowość: Włącz alerty cenowe na e-booki i kupuj taniej!

Prof. Turski zachęca do czytników

W serwisie dziennika Polska The Times znajdziemy świąteczny wywiad z profesorem Łukaszem Turskim, wybitnym fizykiem i przewodniczącym rady programowej CN Kopernik. Prof. Turski od wielu lat zajmuje się popularyzacją nauki. 

Tematem wywiadu jest przyszłość książek – i jak się okazuje, już na początku trzeba rozprawić się z Zapachowym Mitem.

Mówiono też o tym, że książki znikną zupełnie i będziemy kupować tylko ich wersje elektroniczne. Pan to sobie wyobraża?
Wyobrażam sobie. Papierowe książki znikną.

Ja sobie nie wyobrażam nie trzymać książki w ręku, przeglądać kartek, czuć ich zapachu.
Ten mityczny zapach papieru! Nie, nie. Książki papierowe oczywiście pozostaną jako luksusowe produkty. Zostaną piękne albumy, ale książka użytkowa przestanie istnieć z bardzo prostego powodu. Ponieważ książka w wersji elektronicznej jest znacznie bardziej intelektualnie twórcza.

Dalej widzimy ładną apologię czytników…

Te elektroniczne czytniki, jak to się mówi po polsku, zupełnie zmieniły sposób czytania książek. I to, że są wyświetlone na e-papierze, który notabene jest bardzie ekologiczny od zwykłego papieru, np. nie wymaga rąbania drzew, nie powoduje emisji CO2, chloru – to jest już zupełnie inna rzecz.

Dalej o różnych zaletach e-książek. W wywiadzie nie pada nazwa Kindle, ale jest dla mnie oczywiste, że prof. Turski korzysta akurat z niego.

Bo jest taka reguła, o której wiedzieli już bibliotekarze, że prawie zawsze gdy się szło do biblioteki, to najciekawsze rzeczy nie znajdowało się w tej książce, której się szukało, ale w książce, która stała obok, więc zawsze brało się jeszcze inną książkę. Tak samo jest z szukaniem w internecie – zawsze się jeszcze przy okazji znajdzie coś innego, coś nowego. A poza tym jest słownik. I proszę zwrócić uwagę – we wszystkich tych bombastycznych, poza granicę wyobrażenia, zmianach cyfryzacji, do tej pory nie doczekaliśmy się, aby w czytnikach mieć słownik języka polskiego. Jestem przekonany, że kiedy Amazon wejdzie do Polski za jakiś czas…

…słyszałam, że na razie nie jest tym zainteresowany.

…ale kiedy już wejdzie, to się okaże, że to Amazon zrobi ten słownik. Albo, nie wiem, czy nie byłoby gorsze, gdyby, jak to młodzież mówi, Amazon olał to zagadnienie. I to jest sprawa, która mnie martwi. A przecież w Polsce są firmy zajmujące się pograniczem elektroniki i literatury, które byłyby w stanie taki słownik zrobić. Tylko my po prostu tego nie robimy, ponieważ mamy Ministerstwo Cyfryzacji. W Stanach Zjednoczonych nie ma takiego ministerstwa i jakoś tam idzie.

Tu jedna rzecz do sprostowania – bo słownik języka polskiego dla Kindle już istnieje – chociaż wyłącznie nieoficjalnie. Jakoś PWN nie ma ochoty zarobić na dziesiątkach tysięcy posiadaczy czytników…

I dalsze zalety chmurki Amazonu:

Na przykład wreszcie, od momentu kiedy powstały elektroniczne książki, mam swoje (to zabrzmi, jakbym się chwalił) całe wydanie Kanta. I po angielsku, i w oryginale niemieckim. I mogę go ze sobą wziąć na wakacje, nie ryzykując, że mnie na lotnisku obłożą karą za nadbagaż. Już nie mówiąc o tym, że bym po prostu nie uniósł tych książek. A to wszystko siedzi w maleńkim urządzeniu. Poza tym te książki czytam wszędzie, gdzie chcę. One się synchronizują. Wieczorem czytam w łóżku na czytniku, a kiedy rano ugrzęznę w kolejce do dentysty, to mogę ten sam rozdział zacząć czytać w telefonie.

W drugiej części dłuższy wywód o czytaniu przez dzieci i wybieraniu mądrych lektur.

Ja teraz wykorzystuję literaturę, żeby nauczyć młodego człowieka zupełnie czegoś innego – jak należy czytać książkę. Bo ją trzeba czytać inaczej. Gdy miałem książkę papierową, musiałem się pytać wujka, babci, nauczyciela, a ten nigdy nie miał czasu, bo miał wiele innych ważniejszych zajęć. Ale gdy mam elektroniczną wersję, to dziecko szybciej się nauczy. Ale elektronika to nie jest zastąpienie czytania czy spowodowanie, że czytanie jest nieważne, czy nauczyciel jest nieważny. […]

A „Faraon” to przecież genialna książka. Przykład, trzech kapłanów uczonych: Herhor, Samantu i Pentuer to trzy różne twarze nauki. Do dziś trwają dyskusje na temat, jaka jest społeczna rola nauki, a Prus powiedział nam o niej więcej niż twórcy strategii lizbońskiej i procesu bolońskiego razem wzięci.

Zachęcam do przeczytania wywiadu w całości, sporo bardzo interesujących stwierdzeń – do przemyślenia, jak forma elektroniczna książki wpływa na jej popularyzację.

Warto zauważyć, że prof. Turski jest fizykiem i w pewnym momencie określa siebie jako literackiego profana – ale sądzę, że właśnie od miłośnika literatury (a nie specjalisty) mogliby się sporo nauczyć nasi spece od edukacji. Odnoszę wrażenie, że ludziom, którzy wybierają lektury szkolne brakuje swoistego dystansu – bo przecież takim tematem zajmują się całe życie. A może by tak zrobić plebiscyt wśród czytelników?

PS. Za namiary na artykuł (i jego przedruk w Angorze) dziękuję Tomkowi Sz.

Czytaj dalej:

Artykuł był przydatny? Jeśli tak, zobacz 6 sposobów, na jakie możesz wspomóc Świat Czytników. Dziękuję!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Książki na czytniki. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.
Hosting: Zenbox

67 odpowiedzi na „Prof. Turski zachęca do czytników

  1. Marcin pisze:

    „do tej pory nie doczekaliśmy się, aby w czytnikach mieć słownik języka polskiego”

    Jak myślicie, jak długo jeszcze ludzie będą kojarzyli czytnik wyłącznie z Kindle?

    0
    • Jagum pisze:

      Dopóki nie wyjdzie coś lepszego, praktyczniejszego niż Kindle. :)

      0
      • YuukiSaya pisze:

        Kwestia gustu

        0
      • tzigi pisze:

        Nie znam czytnika mniej praktycznego od Kindle’a (a staram się być na bieżąco w temacie). Nie dalej jak w zeszłym tygodniu pożyczałam mojego KT (mam też Onyx Angel Glow – i jego używam) znajomej, która wracała na Erasmusa do Rumunii. I było mi strasznie głupio, bo cały opis funkcjonalności sprowadzał się do: „tego nie zrobisz, tamtego nie zrobisz, tego też się nie da”.

        0
        • Algha pisze:

          Zastanawiam się, czego się nie da zrobić na Kindle. Hmm.
          Wrzucić książkę się da, przeczytać również …
          Jak dla mnie komplet jeżeli chodzi o CZYTNIK. Na papierowej książce też się niewiele więcej dało.

          0
          • tzigi pisze:

            Przeczytać? Wygodnie – tylko mobi. Na cięższym pdf-ie Kindle się zawiesi (wypróbowane niestety wielokrotnie). A mi właśnie do tego był potrzebny (do skanów starodruków) – znajomej takoż (chciała sobie zeskanować w Polsce książki potrzebne do pracy magisterskiej, żeby nie wozić kilku kilogramów papieru w tę i z powrotem).

            Na papierowej książce mogę robić notatki odręczne – na Kindle’u tylko z klawiatury – mogę zatem używać tylko znaków łacińskich (a często notatki robię po starogrecku i po hebrajsku), a w dodatku na pdf-ach będących skanami nie mogę w ogóle robić notatek.

            Nie ma struktury folderów – miałam cały czas bałagan na KT. Spróbuj posegregować ~300 plików wrzuconych na raz korzystając tylko z ekranu dotykowego. Nie dalej jak wczoraj taki zestaw wrzuciłam na Onyxa – wszystkie tomy Loeb Classical Library dostępne w domenie publicznej. Swoją drogą to jest kolejny problem z Kindlem – tam by mi się po prostu nie zmieściły, bo nie można rozszerzyć pamięci tego urządzenia.

            Kontynuować? Albo może inaczej: Kindle to wspaniały czytnik dla kogoś, kto chce po prostu wrzucać na niego kupione w księgarniach internetowych powieści i czytać je – tylko ja akurat beletrystykę kupuję papierową, a czytnik mi jest potrzebny do pracy naukowej. Do tego Kindle jest najgorszym wyjściem możliwym.

            0
            • baszar pisze:

              Ale jaki % czytaczy potrzebuje czegoś więcej niż oferuje kindle? Technologia ma być prosta i łatwa w użytkowaniu. Niewielu ludziom chce się/potrafią rozgryzać zawiłości nowego gadżetu. Nadmiar funkcji wcale nie musi być zaletą. Patrz: smartfony. O wiele gorsze jako telefony od starych cegieł, a wielu użytkowników nie zmienia nawet domyślnego dzwonka.

              0
            • 8 o'clock pisze:

              Masz bardzo sprecyzowane wymagania: klawiatura w hebrajskim i starogreckim, struktura folderów, duża pojemność pamięci. Narzekasz na Kindle’a tak jakby to była jego wina, że kupiłaś sobie nieprzydatny gadżet. To tak, jakby przykładowo fotograf o określonych wymaganiach kupił sobie pierwszy z brzegu komputer i miał pretensje, że karta graficzna za słaba, ekran za mały, albo biochemik nie taką wirówkę. Nie chodzi o zawiłości nowego urządzenia tylko o to, że nie ma sprzętu uniwersalnego dla każdego i dlatego – na szczęście – w każdej kategorii mamy jego rozmaitość.

              0
              • tzigi pisze:

                Akurat klawiatura hebrajska czy starogrecka byłaby niepraktyczna. Niewygodnie się tego używa na komputerze – dlatego wolę pisać w LaTeX-u – więc co powiedzieć o wprowadzaniu z ekranu czytnika? Chodziło mi o możliwość odręcznego pisania adnotacji/zakreślania kawałków tekstu.

                A jakim „specyficznym wymaganiem” jest rozszerzalna pamięć? Po prostu chcę móc zmieścić tam potrzebne mi książki. Co w tym „specyficznego”?

                No a struktura folderów? To po prostu potrzeba porządku – gdyby kolekcje Kindle’a można było wygodnie układać na komputerze (a nie poprzez Calibre, który jest chyba najmniej intuicyjnym programem, jaki znam), to nie zależałoby mi na strukturze folderów.

                A czyja to wina, że Kindle jest niepraktyczny? No przecież nie moja (NB: jak tylko zorientowałam się, że wbrew głosom zachwalającym go na tym blogu, Kindle jest po prostu słaby, to kupiłam sobie Angel Glow – swoją drogą ani jedno, ani drugie nie miało być „gadżetem” tylko sposobem na to, żeby nie zadrukowywać ryzy papieru miesięcznie skanami) – tylko Amazonu, który nie dał temu urządzeniu wielu praktycznych funkcji.

                I jeszcze najważniejsze na koniec: piszesz w drugiej osobie liczby pojedynczej, a ja właśnie podawałam przykłady, że Kindle okazał się niepraktyczny nie tylko dla mnie (filologa), ale także dla znajomej wyjeżdżającej na Erasmusa (etnologa). Powiem ci więcej: mam jeszcze inną bardzo bliską znajomą, której poleciłam eink, jako rozwiązanie problemu zadrukowywania ton papieru materiałami naukowymi. Ona akurat była na tyle przewidująca, że od razu wybrała czytnik innej firmy. A studiuje medycynę.

                Czy zatem „mam bardzo sprecyzowane wymagania”? Nie. „Mam wymagania”. Chcę od czytnika czegoś więcej niż bycia wygodną ladą do zakupów w Amazonie. Chcę, żeby czytnik zapewnił mi wygodę pracy z biblioteką. A Kindle tego nie robi.

                0
              • Doman pisze:

                No właśnie – prace z biblioteką. Zwykły czytacz nie potrzebuje pracować z biblioteką. Czytam sobie książkę za książką, czasem 2 na raz, więc nawet kolekcji nie używam, wystarcza mi lista ostatnio używanych pozycji, prawie nie zapuszczam się poza pierwsza stronę. Przy moim tempie pamięć kindla starczy na przynajmniej na 2 lata zapasu lektur. Nigdy też nie rozumiałem potrzeby ludzi drukowania wszystkiego co się rusza, przez studia zadrukowałem może z 200 stron, głównie na potrzeby egzaminów, bo często można było korzystać z materiałów papierowych, ale komputerów już nie (ze zrozumiałych względów).

                Przy takim używaniu ważniejsze czynniki to cena, czas pracy na baterii, szybkość usypiania/wybudzania, stabilność itp.

                0
              • 8 o'clock pisze:

                Tzigi,
                nie krytykuje specyficznych wymagań, wręcz przeciwnie. Jest dla mnie tylko kompletnie niezrozumiałe, czemu nie przeczytałaś specyfikacji przed zakupem, bo tam jasno jest napisane, w kilku krótkich zdaniach, że notatki wprowadza się z klawiatury, jaką ma pojemność i że nie ma możliwości poszerzenia pamięci. Jak wyglądają kolekcje – nie foldery – też wiadomo (ja wiedziałam przed zakupem, chociaż w ręku nie miałam czytnika). Wiadomo też, że czytniki Amazonu dedykowane są do mobi, nie do skanów kilogramów książek. Owszem, taki pdf można gościnnie przeczytać, tak samo jak można wejść w internet, ale K. nie jest do przeglądania stron.
                A czyja to wina, że Kindle jest niepraktyczny? No przecież nie moja Kindle JEST praktyczny – dla mnie. Niepraktyczny dla Ciebie. I to dokładnie Twoja wina, że kupiłaś dla siebie niepraktyczne urządzenie, nikt Cię nie oszukał, to Tobie nie chciało się zainteresować, co kupujesz. A na dodatek zwalasz odpowiedzialność na innych – bo inni na blogu zachwalali. Będę zachwalać, na blogu czy nie na blogu, bo ja jestem z K. bardzo zadowolona, ale ja nikogo nie namawiam do czytania na nim skanów książek, tworzenia struktury folderów i wprowadzania odręcznie notatek. Amazon też nie namawia. A dlatego zwracam się do Ciebie w drugiej osobie l. poj., bo rozmawiam z Tobą, nie powołuję się też na moich (zadowolonych dla odmiany) znajomych. Nota bene, rozsądna osoba, Twoja znajoma z medycyny, która myśli przed zakupem, nie po. A żeby nie dźwigać papierów (nie książek) ze sobą, większość ludzi używa pendrive’a. Można też trzymać pliki w internecie, w Rumunii na pewno taki jest, tymczasem wyposażyłaś znajomą w coś, co jej się nie przyda (też bym się wstydziła). Dobrze że wyjaśniasz, do czego Twój Kindle się nie przyda, lepiej byłoby bezpośrednio pod artykułem na temat Kindle Touch. Niestety, tam pisałaś, że jesteś bardzo zadowolona.

                0
              • tzigi pisze:

                I wyobraź sobie, że przeczytałam. Kindlami interesowałam się od czasów Kindle 2. Tylko zawsze mi nie odpowiadały (brak ekranu dotykowego dyskwalifikuje dla mnie każde urządzenie poza laptopem). I kiedy pojawił się Touch ze specyfikacji wyglądało, że będzie dobrze (wtedy nie miałam jeszcze dostępu do baz artykułów naukowych – i nie wiedziałam, że będę go miała, a więc, że będę miała tyle plików do wrzucenia na niego). Kupiłam go jak tylko był dostępny w Ameryce (jeszcze zanim Amazon wypuścił wersję międzynarodową). Na początku byłam zadowolona – wreszcie nie musiałam nosić tony papieru. I używałam Kindle’a przez dłuższy czas. Ale szybko zorientowałam się, że wszystkie teksty, które mi są potrzebne do pracy naukowej i tak drukuję na papierze. Skończyło się na tym, że Kindle’a podnosiłam może raz w miesiącu na kilka godzin, kiedy miałam chwilę, żeby poczytać tych kilka rosyjskich mobi, które kupiłam z Litres (głównie Siergiej Sadow, którego niestety już nie wydają w Polsce). To nie było coś, co mogłam przewidzieć. Ze specyfikacji KT wyglądał dobrze. A w użyciu kolekcje są dużo gorsze niż wyglądają na papierze. Podobnie robienie adnotacji – strasznie ciężko jest na ekranie Toucha zaznaczyć dokładnie ten tekst, który mnie interesuje – a już brak jakiejkolwiek możliwości dodawania adnotacji na skanach bez trybu tekstowego to nie jest coś, co byłoby opisane w specyfikacji amazonowskiej (podobnie zresztą jak brak możliwości czytania kolejnych stron w pdf-ie z zachowaniem powiększenia strony). A kupowałam w momencie, w którym nie było dostępne nic poza amazonowskim opisem (zamawiałam dosłownie kilka dni po premierze – w październiku 2011).

                Nie przeceniałabym rozsądku mojej znajomej po medycynie – ją też najpierw interesował Kindle (taką niedźwiedzią przysługę zrobił światu amazon, że uczynił Kindle’a synonimem czytnika) i kiedy spróbowała użyć mojego KT, od razu stwierdziła, że to się do niczego dla niej nie nadaje. Gdybym nie miała czytnika, żeby mogła go wypróbować, to pewnie by miała ten sam problem, co ja.

                I ostatnie: nie wyposażyłam znajomej od Erasmusa w Rumunii w coś, co się jej „nie przyda” tylko w coś niepraktycznego. Czytnik (i to obojętnie czy Kindle, czy inny) i tak jej się przyda. Trzymanie plików w internecie tu nie pomoże – wszystko zaczęło się od tego, że skarżyła mi się, że nie daje rady czytać z ekranu komputera (bo ją szybko bolą od tego oczy) – więc Twoja wspaniała propozycja odpada. Nigdy nie pisałam, że Kindle „się nie przydaje” – pisałam, że jest „niepraktyczny” – niewygodny w użytkowaniu do czegokolwiek innego niż czytania plików mobi. Zobacz, od czego zaczęła się dyskusja – od stwierdzenia „Nie znam czytnika mniej praktycznego od Kindle’a”. I nadal to potwierdzam. Już dla kolejnej znanej mi osoby Kindle okazał się bardzo słabym rozwiązaniem. Pewnie gdyby nie było lepszych czytników, to po prostu bym narzekała, że Kindle jest niewygodny – a teraz mogę pisać, że są o wiele lepsze.

                0
            • Robert Drózd pisze:

              No i dobrze to zdefiniowałaś – przeciętnemu człowiekowi, który chce po prostu czytać powieści Kindle wystarczy. Jak testowałem Onyxy to zwykle zwracałem uwagę na to, że są to czytniki dla osób, które mają określone wymagania. Właśnie praca naukowa nie jest typowym korzystaniem z czytnika i do niektórych zastosowań będą lepsze modele.

              Choć ja na Kindle czytam bardzo dużo książek zawodowych i trudno mi sobie wyobrazić korzystanie bez podkreślania i eksportu podkreśleń.

              0
            • baszar pisze:

              @tzigi 10 stycznia 2014 o 11:29
              Zawierzenie specyfikacji producenta jest nieco naiwne. Kupując nowy sprzęt zaraz po premierze można się nieźle naciąć. Osobiście wole poczekać aż pierwsza fala klientów spokojnie potestuje i opisze swoje wrażenia. Obecnie pierwsze filmiki (unboxingi) pojawiają się praktycznie równo z premierą.

              A co do czytnika „do pracy naukowej”; czekam na coś takiego od 10 lat (odkąd po raz pierwszy miałem okazje pobawić się sensownym ekranem dotykowym). Tzn. duży, kolorowy, niemęczący wzroku ekran z dobrą obsługą notatek odręcznych na otwartym systemie operacyjnym. Na razie nikt nie wypuścił na rynek czegoś takiego. Rozwiązania technologiczne już są (kolor – ekran transrefleksyjny) ale najwyżej w postaci prototypów. Pewnym substytutem może być tablet, zaczynają się pojawiać sensowne czytniki z e-papierem na androidzie (małe i bez koloru).

              0
          • Marcin pisze:

            „Wrzucić książkę się da, przeczytać również” – jak w każdym czytniku. A jednocześnie nie ma czytnika „lepszego, praktyczniejszego niż Kindle.”

            Może po prostu uznajmy, że Kindle to czytnik jak każdy inny. W jednych rzeczach lepszy w innych gorszy od konkurencji.

            0
          • Art pisze:

            /Nie dalej jak w zeszłym tygodniu pożyczałam mojego KT
            I było mi strasznie głupio, bo CAŁY opis funkcjonalności sprowadzał się do: „tego nie zrobisz, tamtego nie zrobisz, tego też się nie da”./

            Jeśli CAŁY opis sprowadzał się do tego, czego zrobić nie można, to pożyczenie KT było ZUPEŁNIE bez sensu. Nie do wykorzystania przecież przez pożyczającego.

            Z samym techniczną stroną, rzecz jasna, nie można się nie zgodzić, bo to są fakty. Szczególnie irytujące są nawet prościutka grafikaw książkach kupionych legalnie w Amazon, które potrafią być nieczytelne na starcie i w powiększeniu również.
            A to już jest lekce sobie ważenie klienta, bo produkt (książka), w chronionym formacie, powinien na firmowym urządzeniu być w 100% czytelny.

            0
            • 8 o'clock pisze:

              To o czym piszesz to sprawa do reklamacji w Amazonie, może warto?
              Mam tylko dwie amazońskie książki z ilustracjami, jedna to proste rysunki doskonale czytelne, może miałam szczęście, druga to książka z kolorowymi fotografiami. Tą drugą oczywiście oglądam na komputerze, a nie na czarno-białym 6-calowym czytniku. W powiększeniu zdjęcia są b.dobre.

              0
            • Doman pisze:

              O, akurat nurtuje mnie jedna rzecz. Książki raczej czytam po polsku, nie czuję się na tyle dobrze w angielskim, żeby czytać literaturę piękną, w związku z czym na Amazonie prawie nie kupuję. Ale we wszystkich 3 książkach jakie kupiłem są jakieś niedoróbki: a to posklejane wyrazy, spacje przed przecinkami i inne typograficzne niedoróbki, a to nie zawsze działające przypisy, a to losowy akapit powtórzony 20 razy… Czy ja mam po prostu pecha (próbka niewielka) czy ogólnie na Amazonie z tym słabo?

              Przy okazji – ilustracje ma tylko mój ostatni zakup i akurat w nim są bardzo wyraźne, zarówno na czytniku jak i w kolorze na komputerze.

              0
              • 8 o'clock pisze:

                Czytam za mało (bo za wolno, czyli mozolnie), żeby się wypowiedzieć. Mnie przede wszystkim rzucają się w oczy błędy w książkach polskich, drukowanych i elektronicznych. Staram się ich nie widzieć, ale ostatnio zareklamowałam polskiego e-booka, bo poziom błędów przekroczył mój limit. Ciekawa jestem, co z tego wyniknie.

                0
    • Robert Drózd pisze:

      A jakieś inne czytniki mają słownik języka polskiego?

      0
      • Marcin pisze:

        Profesor Turski wygłaszając cytowane przeze mnie zdanie miał na myśli Kindle. Świadczą o tym jego kolejne wypowiedzi. Zalatuje to reklamą Amazonu.

        Nie wiem czy jakieś inne czytniki mają słownik języka polskiego.

        0
        • Tomek Sz. pisze:

          Sugerujesz, że Amazon płacił za ten wywiad panu profesorowi? Ja sam używam kindla (popękanego, 2,5 letniego keyboarda) i jeśli komuś opowiadam o czytnikach, to też chwalę swojego i odnoszę się do amazonu. Dlaczego? bo tego używam na co dzień, bo znam ten ekosystem. Bo potrafię docenić wygodę używania tego czytnika, a z innymi miałem sporadyczny kontakt. Tak samo napiszesz, że profesor reklamuje Bolesława Prusa i jego książkę?

          0
          • Marcin pisze:

            Nie sugeruję, że Amazon płaci. Ale Pan profesor mógłby mówić ogólnie o czytnikach. Czy na prawdę w tym wywiadzie trzeba było wspominać o Amazonie?

            Popękany Kindle po dwóch latach użytkowania? Co tam pęka?

            0
            • nevamarja pisze:

              Mnie tam nie tylko nie razi, ale wręcz cieszy to, że pan profesor wypowiada się na temat tej firmy, z której produktu korzysta. Trudno, żeby wypowiadał się na temat tych czytników, których nigdy nie miał w ręku i tych firm, o których osiągnięciach w tej dziedzinie nie ma bladego pojęcia.

              0
              • Marcin pisze:

                Jeśli Pan profesor z szacownej instytucji mówi o czytnikach to nie musi robić reklamy ani Amazonowi ani jakiemukolwiek innemu producentowi czytników. Rzeczy, o których mówił, dotyczyły również czytników nieamazonowych.

                0
              • Doman pisze:

                Można mówić o czytnikach udając, że nie ma Amazonu, albo o wyszukiwarkach udając, że google nie istnieje :) ale po co. Ciężko o sprawdzone dane światowe, ale nawet statystyki przychylne konkurencji pokazują skalę dysproporcji: http://www.digitimes.com/news/a20121114VL200.html?chid=2
                55% to prawie 3 razy więcej niż 20% drugiego Kobo i ponad 5 razy więcej niż Nook.

                0
    • R pisze:

      Wtedy kiedy mówiąc o Nike, albo Adidas nie pomyślisz o butach sportowych, tak już porostu jest że prekursor sprzętu dobrej jakości zagarnia skróty myślowe i automatycznie nazwa jego firmy lub produktu określa wszystko w danej branży.

      A co do postu niżej reklama tego bym nie nazwał po prostu profesor odwzajemnia się za bardzo dobry sprzęt :), A tak nawiasem całe SC mimo prób jest jedną wielką reklamą Kindla

      0
  2. AJ pisze:

    A przecież w Polsce są firmy zajmujące się pograniczem elektroniki i literatury, które byłyby w stanie taki słownik zrobić. Tylko my po prostu tego nie robimy, ponieważ mamy Ministerstwo Cyfryzacji. W Stanach Zjednoczonych nie ma takiego ministerstwa i jakoś tam idzie.

    A co to za niepotrzebne smętolenie. Nie wiem, co tu ma do rzeczy Ministerstwo Cyfryzacji, miałoby brać udział w umieszczeniu słownika prywatnego wydawnictwa na czytniku prywatnej firmy? Podobno mamy ten cały wolny rynek i kapitalizm, to jest sprawa wydawców słowników. To przecież nie musi być nawet PWN, są inni. Tu chyba pokutuje konserwatywne podejście do słowników w Polsce, zarówno co do treści, jak i formy.

    0
    • asymon pisze:

      @AJ No właśnie, a powiedz, co dobrego przez 2 lata zrobiło Ministerstwo Cyfryzacji? Tak samo nie wiem, po co nam Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, skoro jest Ministerstwo Edukacji? Czy to może ten sam efekt, co w piosence Kazika „Los Angeles ma około 20 – a Warszawa ponad 700 radnych” (niesprawdzone)

      Wracając do meritum, jest duże prawdopodobieństwo, że jeśli powstanie amazon.pl, będzie też oryginalny, amazoński polski słownik, jest tak z innymi językami. A słownik polsko-angielski jest np. w czytnikach Pocketbook.

      0
      • FallenLeaf pisze:

        Czy na konkurencyjnych czytnikach jest obsługa słowników, tak jak w Kindle?

        0
      • AJ pisze:

        Co to wszystko ma do rzeczy? Cokolwiek robi MC, nie powinno fundować słownika firmie, której się nie chce założyć oddziału w Polsce. A z Kazikiem nie wyjeżdżaj, bo ci czytnik przez okno wyrzuci.

        0
        • FallenLeaf pisze:

          Nikt nie mówi, żeby fundować to prywatnej firmie. Jeżeli jest taka techniczna możliwość, to należałoby przygotować słownik w formacie otwartym, ogólnodostępnym, z którego będą mogli korzystać posiadacze innych czytników, popularyzując w ten sposób pośrednio język polski. Inicjatywa godna poparcia.

          0
          • AJ pisze:

            Słownik w formacie otwartym, ogólnodostępnym, który producenci i dystrybutorzy czytników będą umieszczali w swoich produktach? BTW, a sam słownik skąd, bierzemy od prywatnej firmy czy piszemy od nowa? :-)

            0
          • Robert Drózd pisze:

            Dokładnie tak. Opublikowanie słownika na wolnej licencji w formacie stardict, z którego można konwertować do formatów natywnych wielu marek.

            Ewentualnie… zachęcanie firm przez Ministerstwo do działań, które przydają się użytkownikom czytników.

            0
            • LPG pisze:

              ale przecież profesor właśnie o tym pisze! Że czekamy na darmowy stardick czy tam inny, który zrobi nam łaskawie Ministerstwo Tego i Owego. A właśnie chodzi o to, że to powinna wydać firma, która zaryzykuje swój kapitał i jeśli się powiedzie i ludzie będą kupować, osiągnie sukces. Kapitalizm, a nie darmocha i „się należy”.

              0
            • Doman pisze:

              Czy to na pewno dobry pomysł, żeby ministerstwo za pieniądze podatników podkopywało pracę PWN-u?

              0
        • asymon pisze:

          Co to wszystko ma do rzeczy? Cokolwiek robi MC, nie powinno fundować słownika firmie,

          LOL, naprawdę nie łapiesz o co chodzi w tym tekście o Ministerstwie Cyfryzacji? Przeczytaj cały wywiad, zwróć szczególnie uwagę na wypowiedź:

          Bo wszystkie te, istniejące od czasów Gomułki, tylko zmieniające nazwę ministerstwa elektronizacji, telekomunikacji, cyfryzacji nigdy nic nie zrobiły. Żadnego założenia, planu, jakie miały, nigdy nie wprowadziły w życie. Ponieważ z definicji zajmują się czymś, co jest już przestarzałe. Ministerstwo Cyfryzacji to jest kompletna bzdura, powiedziałem nawet o tym panu ministrowi Boniemu, że my się nadymamy jak australijskie ropuchy, a o przyszłości, o rozwoju i wykorzystaniu informatyki i tak decydują w Kalifornii. Chyba się na mnie obraził.

          Już OK? :-)

          0
          • AJ pisze:

            OK. :-) Teraz tym bardziej mi się nie chce czytać całego tego wywiadu, ale MC mogłoby się zająć na przykład tym, żeby właśnie nie było wszystko samopas, jak tam sobie zdecydują w Kalifornii.

            0
          • faure pisze:

            Jak to nic ie nic zrobiło? Jak co miesiąc pobrało forsę z budżetu panstwa. Dla ministra, dla jego sekretarki, dla drugiej sekretarki, dla wiceministra, dla jego sekretarki, dla drugiej sekretarki, dla doradców, dla urzednikow.

            0
      • Doman pisze:

        Los Angeles radnych ma 15, ale dostają megawysokie diety. Do tego patrząc na efekty ich rządzenia niezbyt wypada stawiać LA jako przykład dobrze zarządzanego miasta: http://wo.blox.pl/2008/04/Nie-wierze-piosenkarzom.html

        0
  3. marcin pisze:

    Papierowe książki nie znikną, tak jak nie zniknęły płyty CD ani tym bardziej winyle (których teraz sprzedaje się w USA więcej niż CD).

    Będą to jednak znacznie mniejsze nakłady. Książka papierowa, podobnie jak płyta winylowa będzie traktowana jako mały „snobizm” i kolekcjonerski gadżet.

    Całkowitego wyparcia papieru bym się nie spodziewal w najbliższym dziesięcioleciu.

    0
    • Janusz Banaszyński pisze:

      Nie mów hop… :)

      0
      • marcin pisze:

        Zegarków na rękę też nie wyparł fakt, że teraz każdy ma zegarek w telefonie, na tablecie, w czytniku i cholera wie gdzie jeszcze.

        Oczywiście większość ludzi kupuje książki dla ich treści, ale zawsze będzie część, która będzie chciała mieć fizyczny nośnik, tak jak chce mieć płytę winylową czy zegarek na ręce.

        0
        • nevamarja pisze:

          O ile dobrze liczę, zegarek miałam po raz ostatni na ręku jakieś 12 lat temu. Ładny był więc go zatrzymałam, ale najprawdopodobniej nigdy więcej go nie założę. Przyszłość papierowych książek nie zapowiada się aż tak tragicznie, a jednak podobnie. Tym, co może je utrzymać przy życiu, jest przede wszystkim ludzka potrzeba posiadania i kontemplowania posiadanego dobra. Całkiem serio wyobrażam sobie tulenie w ramionach papierowej edycji ulubionej książki podczas czytania wygodnej wersji elektronicznej. Już po 2 miesiącach od zakupu Kindle Paperwhite wiedziałam, że nie ma powrotu do papieru (czytnik jest poręczniejszy, bardziej funkcjonalny; no i zwyczajnie się w nim zakochałam), no chyba że w drodze wyjątku. To piszę ja – bibliotekarka z powołania, która ma książkami zawalone pół domu i coraz częściej żałuje, że czytników nie wymyślono wcześniej, bo wcale nie miała potrzeby fizycznego posiadania WSZYSTKICH tych woluminów. 1/3 by wystarczyła. [Nie, nie mogę rozdać nadmiaru. Raz, że za nie zapłaciłam, dwa, że one tu mieszkają przecież].

          0
          • marcin pisze:

            > Tym, co może je utrzymać przy życiu, jest przede wszystkim ludzka potrzeba posiadania i kontemplowania posiadanego dobra.

            O to mi właśnie chodziło :-) Papierowa książka będzie bardziej przedmiotem kolekcjonerskim, edycją specjalną, czymś dla zapaleńców. Dokładnie dlatego winyle wyprzedziły płyty CD w USA – bo jak już kupować przedmiot kolekcjonerski, to najlepiej oldschoolowy ;-) Do tych winyli często jest zresztą dołączany kod na pobranie muzyki z itunes czy innej, podobnej usługi.

            Taką samą rolę spełniać będzie książka papierowa.

            0
            • nevamarja pisze:

              Właśnie tak powinna wyglądać przyszłość. Do każdej fizycznie zakupionej książki dołączony kod na ebooka (tak jak do każdego winyla mp3). To, czego nie chcemy mieć na półce, zakupione i składowane wirtualnie. W domach więcej przestrzeni, łatwy dostęp do każdej treści, a ukochane książki w zasięgu wzroku. :)

              0
    • Dam pisze:

      Wyparcia papieru nie będzie, bo mimo wszystko czytnik e-booków jest w Polsce dobrem luksusowym. W USA Kindle z reklamami to dla amerykanina wydatek porównywalny z naszymi 50 zł. U nas Kindle kosztuje tyle, co większość pracujacych będzie dostawać jako miesięczną emeryturę.

      0
      • YuukiSaya pisze:

        Jak weźmiesz pod uwagę kto czyta i kto kupuje, to wcale bym nie była zdziwiona, gdyby papierowa książka została dobrem luksusowym – ot, taka dekoracja dobrego domu, biblioteczka z ładnie wydanymi tomiszczami.

        0
        • Dam pisze:

          No to wtedy będzie duży kłopot. Książkę papierową można zdobyć w różny sposób, kupić starszą za 2 zł, pozyczyć itd. E-booki może zdobyć można nawet łatwiej, ale potrzeba do tego drogiego jak na polskie warunki sprzętu. Na dodatek sprzętu, który trzeba co jakiś czas wymieniać.

          0
          • marcin pisze:

            Ten przymus wymiany to chyba wewnętrzny… :-)

            0
            • Dam pisze:

              Kiedyś miałem plan żeby nie wymieniać telefonu po 2 latach, tylko wziąć lepszą ofertę bez telefonu, skończyło się na tym, że po 2 latach i 1 miesiącu, musiałem wysłupłać parę stów na allegro, bo mój ulubiony telefon sobie padł.

              0
              • marcin pisze:

                Ja mam ten sam telefon od lat czterech, rozważam jedynie kupno nowej baterii, a tak to działa bez zarzutu :-)

                0
      • RobertP pisze:

        Z tym dobrem luksusowym to duża przesada. Ok. 300zł – cena taniego tabletu z hipermarketu, cena taniej komórki z Androidem bez abonamentu. Mniej niż Sony PSP , jakieś trzy razy mniej niż Sony PS3 lub Xbox. Cena dwóch hitowych gier na PC.

        0
        • Dam pisze:

          No wiesz, mi ZUS wyliczył prognozowaną emeryturę na 350 zł miesięcznie. Raczej nie widzę szans, abym mógł ją sobie jakoś wydatnie zwiększyć, a wręcz są szansę, że będzie mniejsza. Według danych GUSu pensję w podobnym wymiarze otrzymuje ok. 70% pracujących, przynajmniej więc w Polsce, papierowi raczej nic nie zaszkodzi.

          0
    • baszar pisze:

      A propos „zapachu papieru”. Ostatnio, po dosyć długiej przerwie (ze 2 m-ce) od książki fizycznej czytam tom w twardej oprawie (a takiego tomiszcza to pewnie z 6 m-cy w ręku nie miałem). I jest to dla mnie w porównaniu z czytnikiem niewygodne. Nie chce się rozkładać, w sumie ciężkie, do trzymania trzeba używać dużej siły. Te marginesy jakieś takie duże. Papier cienki czasem trzeba się namęczyć ze zmiana stron. Dobrze, że przypisy są dolne a nie końcowe :)

      0
      • Herenghe pisze:

        Ja ostatnio przekonałem się o problemach z czytaniem książki tradycyjnej jak chciałem przeczytać książkę do pracy i równocześnie usypiać córę.
        Skończyło się tym, że czytałem dla przyjemności na czytniku a książka leży do dzisiaj i jakoś nie mogę się za nią zabrać.

        0
    • asymon pisze:

      To naprawdę bez znaczenia, jak czytamy, obiema rękami podpiszę się pod tym zdaniem: Ale najważniejsze jest, by dużo dobrych książek czytać w dowolnej formie fizycznej, na papierze czy czytniku, czytać ze zrozumieniem, które jest dziś inne niż kiedyś. Dyskusja „na czym czytać” jest sprawą drugorzędną.

      0
  4. YuukiSaya pisze:

    Szalenie podobał mi się fragment o „Przygodach Tomka Sawyera”, bo faktycznie jest to chyba najciekawsza propozycja podejścia do literatury, która nie dotyczy rzeczywistości nam znanej. Bo inaczej czyta się te wszystkie cegły, gdy ma się świadomość, że… takie było życie. Co ciekawsze, da się to również zastosować do filmu, który również bywa mocno osadzony w konkretnej rzeczywistości społeczno-politycznej. Coś takiego chyba próbował robić mój polonista w liceum i chyba niektórym z mojej klasy to zostało – a w dobie internetu mały research jest szybki i prosty.

    Poczułam się też zachęcona do lektury Faraona, bo jakoś mnie ominęła ta przyjemność ;)

    0
    • Robert Drózd pisze:

      Mnie ten fragment zdziwił, bo jako dziecko niespecjalnie interesowało mnie życie w dorzeczu Missisipi a książka bawiła tak czy inaczej. Chociaż np. niektóre rzeczy związane ze szkółką niedzielną zrozumiałem jak zacząlem się trochę orientować w protestantyzmie.

      Chyba najtrudniejsze w odbiorze dla dzisiejszych dzieci w tej książce będzie to, że dziś po prostu już nie nie wychodzi na podwórko, żeby z dzieciakami z całego osiedla w cokolwiek grać.

      0
      • Enliq pisze:

        Jako dziecko to może też nie miałem tej potrzeby, ale dzisiaj po skończonej lekturze otwieram wikipedię i sprawdzam miejsca, fakty, ludzi, itp. Książka zyskuje przez to nowy wymiar. Zgadzam się z profesorem.

        Poza tym zawsze byłem wielkim fanem mangi (japońskich komiksów). I czytając je teraz, po dwuletnim pobycie w Japonii odbieram je zupełnie inaczej niż jeszcze kilka lat temu. Uważam, że znajomość opisywanych w książce (lub komiksie) realiów daje dużo więcej przyjemności z lektury.

        0
  5. domurst pisze:

    A ja mam pytanie nieco związane z artykułem – nie irytuje was rozrzucenie jednego wywiadu na cztery podstrony? Chciałbym sobie wysłać cały wywiad na czytnik za pomocą send-to-kindle a tak trzeba to zrobić w 4 osobnych plikach. Kiedyś trafiłem na stronę, która po wklejeniu linka do właśnie takich, podzielonych artykułów generowała całość, ale posiałem link – zna ktoś coś podobnego?

    0
    • LPG pisze:

      spróbuj readability albo jego córki, readlists – ten pierwszy może sobie poradzi ze złożeniem kilku podstron, a ten drugi poradzi sobie na pewno, bo zrobi gazetkę nawet z kilku niezależnych artykułów/podstron.

      0
  6. slawek pisze:

    PWN zarabia na marnych podręcznikach za ciężkie pieniądze kupowanych pod przymusem przez rodziców więc po co mu się trudzić opracowaniem jakiegoś tam słownika sprzedawanego za drobne?

    0
  7. Wilson pisze:

    Co do „Zapachowego Mitu”…

    Ostatnio kupiłem papierową książkę – po raz pierwszy od dość dawna. Byłem zmuszony, bo nie jest ona dostępna w postaci ebooka.

    I co?

    I ta książka ŚMIERDZI! Śmierdzi „kwasem” typowym dla taniego papieru. I to śmierdzi tak bardzo, że naprawdę ciężko się to czyta.

    Taka ciekawostka na marginesie…

    0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przed dodaniem komentarza zapoznaj się proszę z zasadami komentowania. Jeśli chcesz mieć swój obrazek przy podpisie, zarejestruj swój adres mailowy na stronie gravatar.com.

Zapisz się także do newslettera Świata Czytników


Komentarze do tego artykułu można śledzić także w formacie RSS.