Nowość: Włącz alerty cenowe na e-booki i kupuj taniej!

Premiera: „Geniusz i świnie” oraz wywiad z Piotrem Lipińskim

Ponad dwa lata temu omawiałem dla Was historię reportera, Piotra Lipińskiego, który jedną ze swoich książek znalazł na chomiku i postanowił wydać jej część w formie e-booka.

Tak doszło do publikacji „Piątej komendy”. Był to klasyczny self-publishing. Lipiński przygotował sam pliki, ustalił cenę i wpuścił je do dystrybucji. Promocją też sam się zajął i to skutecznie, bo książka trafiła nawet na listę TOP5 księgarni Virtualo. Jakiś czas później wydał też swój wcześniejszy reportaż czyli „Humer i inni”.

Parę dni temu w formie e-booka ukazała się biografia „Geniusz i świnie. Rzecz o Jacku Karpińskim” – jej bohaterem był genialny wynalazca, który przegrał z realiami komunistycznego państwa, ale i z samym sobą…

Dlaczego polski Bill Gates nie odniósł sukcesu? Reporterska opowieść o Jacku Karpińskim, który w latach 70. zbudował komputer szybszy niż pecety 10 lat później i z tego powodu miał tylko kłopoty.

Dlaczego geniusz nie odniósł tak oczywistego, wydawałoby się, sukcesu? Bo żył w komunistycznym PRL-u? I jego komputer mógł stać się konkurencją dla radzieckiego? A może miał zbyt trudny charakter? Łatwiej by mu pewnie było za granicą, ale tam, choć propozycji nie brakowało, pracować nie chciał. Czy dlatego, że wychowany został na patriotę i nie tylko walczył – był żołnierzem legendarnego batalionu „Zośka” – ale też pragnął pracować dla kraju? I pracował, choć władze usuwały go z kolejnych zakładów jako wroga ludu.

Piotr Lipiński szuka odpowiedzi na te i inne pytania, choćby o współpracę z tajnymi służbami; bada archiwa, rozmawia z ludźmi, którzy Karpińskiego znali, oraz z samym bohaterem swej opowieści. W efekcie książka jest nie tylko portretem intrygującej osobowości i obrazem specyficznego okresu naszych dziejów, ale też pasjonującą opowieścią o cenie twórczości i ryzyka, które wymaga ofiar, ale nadaje życiu smak.

Tytułowe świnie, czy raczej hodowla świń, to zajęcie, któremu Karpiński poświęcił się pod koniec lat 70. gdy został odsunięty od pracy konstruktora. Zostając rolnikiem, w ten sposób demonstracyjnie odciął się od ówczesnej rzeczywistości.

Książkę zacząłem czytać trochę nietypowo, bo od końca. Chciałem wiedzieć, co Karpiński robił pod koniec życia – i już po upadku PRL. Został wtedy doceniony, bywał zapraszany do szkół, doradzał ministrom. Niestety wynalazki dalej nie wychodziły – nieprzeczytana umowa z bankiem i niespłacony kredyt na rozkręcenie działalności kosztowały go utratę domu. Osiemdziesięcioletni bohater przyznaje na kilka lat przed śmiercią, że aby się utrzymać tworzy strony internetowe…

Z okazji premiery postanowiłem zadać Piotrowi Lipińskiemu parę pytań.


Brałem niedawno udział w warsztatach dla autorów prowadzonych przez Legimi i Microsoft. Jednym z najważniejszych przykładów sukcesu self-publishingu w Polsce była Twoja historia z wydaniem „Piątej komendy”. Jak patrzysz na ten przypadek dzisiaj?

To było bardzo ciekawe doświadczenie, które na dokładkę służy mi do dzisiaj, a jak sądzę, jeszcze więcej będę z niego czerpał korzyści w przyszłości. Najważniejsze było to, że bardzo wcześnie – jak na Polskę – zetknąłem się z rynkiem e-booków. Dzięki temu dziś negocjując z „papierowymi” wydawcami mogę posługiwać się konkretnymi argumentami, gdy ustalamy autorski procent od sprzedaży wersji elektronicznej. Nie mogę niestety mówić o stawkach, bo wydawcy zawsze proszą o dyskrecję, ale gdyby nie moje wcześniejsze doświadczenia zapewne nie wiedziałbym, że część kosztów wydania wersji e-bookowej i papierowej znacznie różni się. A stąd moje przekonanie, że autor zasługuje na wyższy procent od sprzedaży e-booków niż od książki papierowej.

„Geniusz i świnie” ukazał się nakładem tradycyjnego wydawnictwa JanKa. Czemu tym razem nie wydałeś tego samodzielnie?

Tu powód jest bardzo prosty – za słabo znam się na rynku książki papierowej. Książka „Geniusz i świnie” musiała ukazać się w tradycyjnej formie już choćby z tego powodu, że wciąż nakłady papierowe sprzedają się znacznie lepiej niż e-bookowe. O ile jednak rynek książki elektronicznej wciąż się w Polsce rodzi, można więc na nim szybko nabierać doświadczeń, to wydawcy papierowi działają skutecznie od dawna i nawet nie myślę o tym, żeby próbować z nimi konkurować.

Poza tym od jakiegoś czasu mam znowu wielką ochotę na pisanie – to właściwie ważniejszy powód. Przez parę lat publikowałem stosunkowo mało nowych tekstów, dzięki czemu mentalnie odpocząłem i teraz każdy pisany tekst sprawia mi wielką radość. A self-publishing ma jedną wadę – odbiera autorowi czas na pisanie książek. Samowydawca to nie tylko autor – to też marketingowiec, handlowiec, PR-owiec, generalnie biznesmen. To wszystko jest bardzo interesujące, ale jeśli mam wybierać między pisaniem a biznesmenowaniem, to zdecydowanie wybieram to pierwsze.

Jak sądzisz, która forma – elektroniczna czy papierowa będzie się cieszyła większym powodzeniem?

To jest bardzo intrygujące pytanie, niedługo po wydaniu wersji papierowej sam zacząłem go sobie zadawać. Bo generalnie doświadczenia moich znajomych wydawców i pisarzy wskazują, że w Polsce e-booki to wciąż pewnego rodzaju nisza. Szybko rosnąca, ale wciąż niezbyt wielka, sięgająca chyba najwyżej kilku procent nakładu papierowego.

Ale zacząłem sobie zadawać pytanie o powodzenie ebooka „Geniusz i świnie”, bo od razu po wydaniu wersji papierowej – ukazała się wcześniej – sporo ludzi pytało mnie właśnie o wersję ebookową. Nie spodziewałem sią aż takiego zainteresowania. Zapewne więc wersja papierowa sprzeda się w większym nakładzie, bo ten rynek wciąż dominuje, ale być może w przypadku „Geniusza…” odsetek sprzedanych ebooków będzie stosunkowo spory. Akurat tematyka – opowieść o charyzmatycznym polskim informatyku – jest tu atutem, bo książka może zainteresować w pierwszym rzędzie ludzi zainteresowanych nowoczesnymi technologiami i korzystających z nich.

Ale na przykład Kindle widzę coraz częściej wśród ludzi, którzy wydają się tradycjonalistami. Czyta na nim coraz więcej ludzi zajmujących się i pisaniem, i wydawaniem książek. Generalnie tych, którzy zawodowo dużo czytają i zaczynają doceniać komfort wynikający z tego, że taniej i wygodniej przechowywać wydania elektroniczne. Sam zawsze z tym miałem kłopot – ile półek nie zaplanowałem pod książki, to i tak zawsze przychodził moment, kiedy kolejne tytuły musiały mieszkać już na podłodze.

Wciąż wydajesz książki, jednak na stałe publikujesz także jako bloger na Spider’s Web. Tam od razu docierasz do setek czytelników, podczas gdy powodzenie książki jest niepewne. Czy pisanie bloga i książki to są w ogóle porównywalne doświadczenia? 

To jest właściwie głównie kwestia gatunku literackiego czy dziennikarskiego, a nie formy publikacji, papierowej czy elektronicznej. Moje książki to literatura faktu, a dokładnie rzecz biorąc reportaż historyczny. A to, co piszę jako bloger dla Spider’s Web to po prostu felietony o nowych technologiach. Tak samo pisałbym je dla papierowej gazety. Nie stosuję wobec siebie taryfy ulgowej dlatego, że ukażą się na blogu technologicznym, a nie w papierowej gazecie.

Kiedyś powiedziałem, że interesuje mnie każdy news, pod warunkiem, że ma przynajmniej pół wieku. To odpowiada tej części mojej natury, która koncentruje się na reportażu historycznym. Ale zawsze tkwiło we mnie przekonanie, że interesuje mnie też każdy news, który pojawi się za pół wieku. Czasami – choć dość rzadko – pisałem też reportaże o nowych technologiach, a teraz mogę przedstawiać swoje przemyślenia w Spider’sWeb. W gruncie rzeczy jednak czy to przeszłość czy przyszłość najbardziej interesują mnie procesy, przemiany. Intrygowało mnie to, co z ludźmi robił komunizm, ciekawią mnie zmiany psychologiczne zachodzące u ludzi pod wpływem korzystania z Internetu czy telefonów komórkowych.

Wracając do pytania: pisanie bloga i książek jest w tym sensie podobne, że jedno wpływa na drugie. Regularne publikowanie blogowych felietonów zmusza do dyscypliny, pomaga w czymś, co niekiedy w rozmowach ze znajomymi nazywamy „rozpisaniem”. Po prostu szybciej się pracuje. Z kolei praca nad książka zmusza do szerszego spojrzenia na każdy temat, a to pomaga również kiedy człowiek zasiada do napisania czegoś mniejszego. 

Wróćmy do samej książki. Sportretowany przez Ciebie Jacek Karpiński był człowiekiem z niesamowitym talentem, który nie mógł go wykorzystać w czasach PRL, nie powiodło mu się również w Szwajcarii i trzeciej RP. Wyobraź sobie, że oto dziś spotykasz genialnego polskiego konstruktora, który wydaje się być w podobnej sytuacji jak Karpiński. Jakich rad byś mu udzielił?

Na pewno radziłbym mu, aby starał się zebrać wokół siebie zespół ludzi, którzy znają się na swojej pracy i wykonują ją z pasją. To, co udało się Karpińskiemu, było w znacznym stopniu możliwe dzięki temu, że potrafił odnaleźć ludzi, którzy podzielali jego pasję. To, że Karpiński nie poradził sobie w warunkach wolnorynkowych w Szwajcarii i w Polsce po 1989 roku wynikało pewnie w dużym stopniu z tego, że już zbyt wiele chciał osiągnąć w pojedynkę, bez wybitnych współpracowników.

Pewnie radziłbym też współczesnemu młodemu geniuszowi, żeby poświęcał część swojego czasu na poznawanie biznesu. Albo znalezienie kogoś zaufanego, kto się zna na biznesie.

Zdaję sobie sprawę, że z punktu widzenia genialnego konstruktora uczenie się biznesu jest pewnego rodzaju stratą czasu. Bo przecież lepiej, żeby w pełni skoncentrował się na swojej wynalazczej pracy. Ale można przecież też spojrzeć na to z innej strony – im lepiej będzie radził sobie w świecie biznesu, tym będzie miał większą szansę, aby wprowadzić w życie swoje rewolucyjne wynalazki. Nie namawiam w żadnym razie do porzucenia pasji wynalazczej na rzecz biznesu. W końcu sam też wolę poświęcać więcej czasu na pisanie niż na wydawanie książek. Ale dzięki zdobytej wiedzy o self-publishingu i e-bookach czuję się dość pewnie w dzisiejszej rzeczywistości. Warto pamiętać o pewnym rodzaju ideału: człowieku renesansu. To w gruncie rzeczy synonim kogoś, kto ma bardzo szeroką wiedzę, a nie tylko specjalistyczną. Człowiek nie musi znać się na wszystkim, ale przez całe życie powinien uczyć się czegoś nowego.


Dziękuję Piotrowi za wywiad, e-booka Geniusz i świnie. Rzecz o Jacku Karpińskim znajdziecie w ulubionych księgarniach w cenie 13-16 zł.

Czytaj dalej:

Artykuł był przydatny? Jeśli tak, zobacz 6 sposobów, na jakie możesz wspomóc Świat Czytników. Dziękuję!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Książki na czytniki i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.
Hosting: Zenbox

6 odpowiedzi na „Premiera: „Geniusz i świnie” oraz wywiad z Piotrem Lipińskim

  1. Doman pisze:

    Trochę offtopicznie, ale zawsze mnie skręca jak czytam o „Polskim Billu Gatesie” i muszę się wywentylować. To porównanie jest po prostu z …., no słabe. Już nawet nie chodzi o to, że Gates był od programów a Karpiński od sprzętu. Gates nie stworzył potęgi Microsoftu dlatego, że był zdolnym programistą. Jako zdolny programista prowadził kilkuosobową firemkę piszącą interpretery i kompilatory, która ze względu na to, że dobrze wstrzeliła się w moment rozkwitu mikrokomputerów była dobrze znana w tej branży i tylko tam. Potęga MS wzięła się z tego, że Oprócz bycia zdolnym programistą Gates miał jeszcze smykałkę do biznesu (no i matkę ze znajomościami w IBM-ie). Karpiński nie miał ani smykałki do biznesu ani dojść, więc to że urodził się po gorszej stronie żelaznej kurtyny niewiele już mogło zaszkodzić.

    0
    • Robert Drózd pisze:

      Właśnie dlatego ciekawe były dla mnie lata 90. gdy nie było już PRL, ale tym razem Karpiński podpadł bankowi, bo nie przeczytał dokładnie umowy i zgodził się na zabezpieczenia, których nie miał. Odnoszę też wrażenie, że wiele rzeczy, które robił to były próby zawojowania dziedzin, gdzie inne firmy miały ogromne działy R&D i nad danym zagadnieniem pracowały setki osób. Rozpoznawanie tekstu, mowy itd.

      0
  2. Robertp pisze:

    Doman ma rację Bill Gates maprawdę to Bill Gates III Jego tata grał w golfa z właściwymi ludźmi, młody Bill miał praktyki w Kongresie – oprócz talentów techniczych miał też sieć znajomości.
    A panKarpiński miał grację czołgu http://wo.blox.pl/2009/04/Bajka-o-polskim-Gatesie.html

    0
  3. Eczytacz pisze:

    Niestety porównywanie Karpińskiego z Gatesem wydaje się być kompletną pomyłką. Wielu konstruktorów i wynalazców nie miało smykałki do interesów i kończyło w nędzy. Jeśli się miało układy i dojścia, to nawet w PRL można była coś osiągnąć i mieć premię na starcie budowy postkomunistycznego kapitalizmu. Przykładem jest choćby Mieczysław Wilczek, zaledwie 5 lat młodszy od Karpińskiego.
    Zajęcia się hodowlą świń w latach 70-tych nie traktowałbym jako „odsunięcie się od współczesnej rzeczywistości” tylko próbą rozwinięcia biznesu w perspektywicznej w branży. Wilczek w tym prowadził hodowlę perliczek.

    0
    • Doman pisze:

      Nie koniecznie w biedzie, ale wielu jest inżynierów, którzy po prostu dobrze sprawdzali się jako członkowie zespołów R&D czy nawet kierownicy techniczni zespołów i wcale nieźle z tego żyli pozostając w cieniu i nie przebijając się do powszechnej świadomości. I to nawet nie chodzi o jakieś antytalenty biznesowe, którym nic nie wychodzi. Jak już się chwaliłem czytałem w tym roku książkę o historii Commodore. Wielu z dawnych pracowników do których dotarł autor ma teraz nieźle prosperujące firemki, niektórzy osiągnęli nawet spore sukcesy (Bob Yannes, twórca układu dźwiękowego do C64, stworzył po odejściu z Commodore start-upa wykupionego potem za pkaźna sumkę przez samego Creative’a). Ale to wszystko oczywiście blednie w porównaniu z potęgami Microsoftu, Apple’a, czy swego czasu Atari i Commodore. Do tego trzeba mieć coś więcej.

      0
  4. Peekok pisze:

    Może polski Steve Wozniak? ;)

    0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przed dodaniem komentarza zapoznaj się proszę z zasadami komentowania. Jeśli chcesz mieć swój obrazek przy podpisie, zarejestruj swój adres mailowy na stronie gravatar.com.

Zapisz się także do newslettera Świata Czytników


Komentarze do tego artykułu można śledzić także w formacie RSS.