Za drogo? Ustaw alerty cenowe na e-booki i kupuj taniej!

Nominacje do nagrody ArtRage – moje opinie

Dzisiaj poznaliście zwycięzcę nagrody Art Rage na najlepszą książkę roku 2017. A teraz będzie parę słów ode mnie.

Jak wspominałem, zostałem jednym z jurorów tej nagrody. Pomyślałem, że podzielę się z Wami nie tylko tym, kto wygrał (to już wiecie), ale też swoimi wrażeniami z lektury wszystkich nominowanych pozycji.

Dylematy jurora

Gdy szef Art Rage, Michał Michalski zaprosił mnie do udziału w jury, początkowo chciałem odmówić. Podobnie jak przy paru innych okazjach. Bo nie uważam się za blogera literackiego, moje gusta są dość plebejskie i daleko mi do bycia krytykiem literackim. Nie czuję się na tyle przygotowany i oczytany, aby wyrokować, która książka jest lepsza.

Z drugiej strony, oddanie prawa do wyboru krytykom literackim kończy się nieraz tym, że wygrywają rzeczy, które podobają się wyłącznie krytykom.

Postanowiłem sobie więc dać szanse, tym bardziej że zmusi mnie to do przeczytania dziesięciu nowych polskich powieści. To działka, którą od lat po prostu pomijam.

Wybór nie jest ani łatwy, ani sprawiedliwy, bo co, jeśli jakiegoś gatunku nie lubię, a taki mi się trafi? Proza polska to bardzo pojemna kategoria. Pocieszam się, że w innych konkursach jest podobnie, każdy ma swoje gusta i nie wzniesie się ponad nie, nie mówiąc o tym, że członkowie jury mogą się znać z autorami i wtedy decyzje podejmują na gruncie towarzyskim.

Chciałem przeczytać wszystko, bo pamiętałem opowieść Richarda Feynmana o tym, jak oceniał podręczniki do matematyki. Zawziął się, przeszedł przez wszystkie i odkrył, że był jedynym w komisji, który to zrobił. Bo inni wybierali to co znali, albo oceny wystawiali losowo, licząc, że pozostali postąpią inaczej.

Książki dostałem już parę miesięcy temu, ale jak to bywa, czas był na wszystko inne. Termin zaczął się zbliżać – co zrobiłem? Stworzyłem na Kindle kolekcję „Nominacje BookRage 2017”. To było jeszcze przed rebrandingiem tego serwisu. :)

Wrzuciłem książki do Excela, spisałem ile mają lokacji na Kindle i na podstawie % raportowanych przez czytnik oceniałem, ile mam już całości. Tak to wyglądało w trakcie.

Przy okazji widać, jak te książki różnią się objętością. „Zombie” i „Exodus” są kilka razy dłuższe niż trzy najkrótsze pozycje. Takich „Przemytników” łyknąłem w 2 godziny, a Orbitowski zajął mi tydzień.

Może kogoś będzie razić takie ilościowe podejście, ale dodam, że 10 lat temu w ten sam sposób mierzyłem postępy w czytaniu Nowego i Starego Testamentu, co zajęło mi – wówczas jeszcze w papierze – około 1,5 roku. :-)

Stara zasada zarządzania, że łatwiej zapanować jest nad jakimś procesem, jeśli go sobie ujmiemy liczbowo. Takie czytanie na akord oczywiście ma swoje wady, ale… sprawiło mi sporo przyjemności, bo mi często trudno jest wejść do powieści, tymczasem, gdy się rozkręcę (i nad głową mam jeszcze bat Excela), okazuje się, że większość omawianych tytułów okazała się całkiem ciekawa.

Ogólne wrażenie

Nie wiem, czy to taki wybór jury, czy może moda na nostalgię połączoną z psychoanalizą, ale większość nominowanych pozycji powraca na jakiś sposób do przeszłości, szczególnie dzieciństwa. Wydarzeń, które w jakiś sposób ukształtowały bohaterów, albo po prostu wiszą nad nimi, decydując o ich postępowaniu.

No i w większości przypadków omawiane pozycje są ponure. W zasadzie tylko dwie przyjmują nieco bardziej optymistyczny ton.  Czytałem zwykle parę książek na raz i gdy w pewnym momencie nagromadziło się tych strasznych wydarzeń, pomyślałem, że ambitna proza polska chce być taka, jak ambitny polski film, w którym przez 20 minut dwoje bohaterów w ciemności pali papierosa i prowadzi dialog o życiu. Na szczęście nie zawsze tak było.

Z zaskoczeniem odkryłem też faktyczny brak fabuły występujący w wielu pozycjach. Jakoś się przyzwyczaiłem, że książka ma mnie przeprowadzić z punktu A do punktu B, tymczasem nieraz lektura okazywała się zbiorem wielu różnych historii, ale bez tej głównej historii. Ma ją sobie pewnie stworzyć czytelnik, ale czasami miałem wrażenie, że jakbym przeniósł rozdział IX w miejsce II, to niewiele by się stało.

Książki

No i teraz krótkie wrażenia na temat każdej z nominowanych pozycji. Przypominam, że wszystkie kupimy w trwającym do 26 lutego pakiecie BookRage, każdą też można nabyć indywidualnie – linki prowadzą do porównywarki.

Zombie – Wojciech Chmielarz

Dla porządku – jest to druga część „cyklu gliwickiego”, da się ją przeczytać bez znajomości pierwszej, ale chyba lepiej zacząć od „Wampira” – czego ja nie zrobiłem i co jakiś czas dopadały mnie odniesienia do wydarzeń z przeszłości.

Na pierwszych stronach poznajemy prokuratora, Adama Górnika, który skrywa tajemnicę – ma wciąż w pamięci to, jak mając 15 lat zabił szkolnego chuligana, Korsarza. Ale oto w miejscu, w którym go zakopał, policja odkrywa świeże zwłoki dziewczynki… A sam Korsarz dzwoni do niego i twierdzi że wrócił… Górnik odrzuca paranormalne rozwiązania problemu i wynajmuje lokalnego detektywa, Dawida Wolskiego, który ma dowiedzieć się, kto pod tego Korsarza miałby się podszywać.

Zaczyna się wędrówka przez odrażające miejsca i spotykanie odrażających ludzi. Również przez wspomnienia. Jak wyglądało życie pod koniec podstawówki, gdy każdy dzieciak różnie sobie radził z wejściem w dorosłość, a jednocześnie wszyscy bali się kreatur takich jak Korsarz? Ciężko w tej książce mieć sympatię do kogokolwiek. Każdy ma jakiś swój interes, chce go osiągnąć, bez względu skutki uboczne. Wolski jest tak wkurzającym cwaniaczkiem, że jak po raz kolejny ktoś go zleje, to aż się uśmiechamy. Ale wkrótce przekonamy się, że nie bez powodu dostał takie zlecenie.

 

Pozwól rzece płynąć – Michał Cichy

Zabawne, że dopiero w połowie książki zorientowałem się, że wielokrotnie słyszałem o niej wcześniej, nie znając jej tytułu. Bo od ponad roku mieszkam na warszawskiej Ochocie, a to jest opowieść właśnie o życiu w tej dzielnicy, o przedwojennym budynku, w którym wszyscy się znają i nawet okoliczni menele mają swoje imiona, historie i losy. Zazdroszczę, bo mieszkam w znacznie nowszym bloku, w którym nie znam nawet sąsiadów z klatki, a na coroczne zebranie lokatorów spośród 200 lokali przychodzi 12 osób…

Podążając kilkoma tropami (oraz po przeczytanym wywiadzie) z pewnym trudem udało mi się zidentyfikować, gdzie mieszka autor, o których miejscach jest mowa. I co jest istotne – to w zasadzie nieważne. Bo takie domy, wspomnienia i miejski świat opowiedziany od zimy do wiosny znajdziemy wszędzie. Wychowałem się na Pradze Północ i tam wyglądało to wszystko podobnie. Te same panie w sklepach, ci sami panowie pod sklepami, te same gubiące się psy i odległe odgłosy pociągów. Cichy pokazuje, że ciekawe życie może się toczyć w każdym miejscu, nie potrzebujemy egzotycznych podróży i wystarczy tylko zmysł obserwacji.

 

Bestia najgorsza – Michał Cetnarowski

Jedyny zbiór opowiadań w tym zestawie. Miałem z nim najwięcej problemów. Język. Długie zdania, obsesyjne wyliczenia, powtórzenia, forma przerastająca treść. No wiem, że niektórzy tak piszą, przez to nigdy nie przeczytałem Prousta, ale to jest absolutne przeciwstawienie tego, jak ja piszę. Język ma ułatwiać dostęp do treści, a nie go utrudniać bez powodu. A szkoda, bo pomysłów sporo. Choćby tytułowe opowiadanie – facet, który postanawia zmienić serca i umysły Polaków przez wprowadzenie coraz większego chaosu – poznajemy go w momencie, gdy wysadza Pałac Kultury. Najlepsze chyba jest opowiadanie ze wspomnieniami żony, która próbuje dojść do tego, dlaczego jej mąż zniknął. A może i nie zniknął?

 

Duchy Jeremiego – Robert Rient

Tutaj znowu nie umiałem sobie poradzić z językiem. Narratorem jest 12-letni chłopak, którego opowieść brzmi dla mnie niespójnie i sztucznie. Czasami jest naiwnie jak u kilkuletniego dziecka, czasami mamy cwaniactwo nastolatka, sypiącego wulgaryzmami, aby być bardziej pewnym siebie, czasami zwykły dorosły język, tak jakby autor się zapominał. Tego chłopaka dopada cała masa rzeczy, z którymi musi sobie poradzić. Matka choruje na raka, muszą się przeprowadzić do dziadka chorego na Alzheimera. Wreszcie dowiaduje się, że jest Żydem, a nad całą rodziną kłębią się demony przeszłości. I kolejna niespójność – bohater strasznie to wszystko przeżywa, a ponieważ chce pomóc matce, zostaje… dilerem narkotyków w swojej szkole. Co jest potraktowane przez autora jako coś normalnego, parę zdań później zajmujemy się czym innym. Bardzo męcząca lektura, autor chciał chyba wywołać u czytelnika wiele emocji, u mnie były to głównie irytacja i osłupienie.

 

Rdza – Jakub Małecki

Zaczynamy również od perspektywy dzieci. 7-letni Szymek który w wypadku samochodowym traci rodziców oraz Tośka, jego babcia, która jako dziecko przeszła przez okropności wojny. Te dwa wydarzenia są klamrą spinającą sagę rodzinną na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Małe zwycięstwa, codzienne bohaterstwo, pojedyncze decyzje rzutujące na całe życie, ale też realizacja marzeń. Pocieszanie się sztampowym „wszystko będzie dobrze”, choć na pewno nie zawsze jest.

Pojedyncze motywy zachwycają, jak historia brata Tośki, wioskowego pijaka, który przez całe życie odczuwał inaczej zapachy, a po sześćdziesiątce nauczył się niemieckiego, aby pierwszy raz wybrać się za granicę i zakupić „Pachnidło” w oryginale. Brakuje mi jednak większej spójności tych wszystkich wydarzeń, odniosłem wrażenie, że czasami zostały dopchnięte kolanem, równie dobrze mogłoby być ich dwa razy więcej lub mniej.

 

Przemytnicy – Konrad Janczura

Realistyczny kawałek o tym, jak wygląda życie na podkarpackiej wsi, wszystko z punktu widzenia chłopaków, którzy zajmują się drobnym przemytem. Można grać w Wiedźmina, albo LOL-a, flirtować na FB, a w nocy jeździć po papierosy na ukraińską granicę.

Jedna z recenzentek powiedziała, że po pięciu stronach chce się jej wyć, że nienawidzi Polski. Tu nie ma co wyć, to tak wygląda. Do czego zresztą główni bohaterowie się przyzwyczajają. Jeśli jednak pragną czegoś więcej, muszą wyjechać. Chyba że nie będą mieli wyboru.

 

Exodus – Łukasz Orbitowski

Głównego bohatera poznajemy w momencie gdy rzuca wszystko i rusza przed siebie. Wybiera z banku wszystkie pieniądze, wyrzuca dowód, niszczy telefon, wsiada do pociągu do Berlina, a stamtąd na południe Europy. Będzie pił, bił, mieszkał z bezdomnymi, łowił ryby. I dalej uciekał. Nieraz zostanie pobity, oszukany, okradziony. Jednocześnie na zasadzie retrospekcji poznajemy historię jego małżeństwa, dochodząc wreszcie do tego wspomnienia, które kazało mu uciekać. I czy aby pierwszy raz?

Najlepsze w tej epopei są reporterskie obrazki z berlińskiego hostelu, obozu dla uchodźców na Bałkanach czy sielskiej greckiej wyspy. Mniej przekonuje mnie fabuła, a na końcu uznałem, że autor mnie jednak trochę oszukał. Niemniej, jeśli mamy dużo cierpliwości, warto tę całą podróż z Orbitowskim odbyć.

 

Przyducha – Maciej Piotr Prus

Zaczyna się to jako historia przeciętnego faceta, który wyróżnia się tylko tym, że w barze na krakowskim Kazimierzu poznał wybitnego autora i dramaturga, tajemniczego Filipa Fronta. Zaczął z tej znajomości czerpać korzyści, gdy Front dał mu klucze do mieszkania i poprosił o popilnowanie go na czas wyjazdu. Wyjazdów było coraz więcej, a fani ze świata krążyli po Krakowie, szukając śladów artysty. Czemu by więc nie na tym nie zarobić? Nikt nie wie, jak wygląda Front, dlatego gdy któraś fanka bierze naszego bohatera za niego, ten wczuwa się tak, że… nim zostanie.

Wszystko na tle współczesnego Krakowa oraz Polski w bliżej nieokreślonej, acz nieodległej przyszłości. I właśnie ta dystopijna przyszłość wysunie się na pierwszy plan książki. Wkrótce też zaczniemy podejrzewać, że wszystko, co spotyka głównego bohatera ma drugie dno. Bardzo podobała mi się atmosfera „Przyduchy”. Na początku wydaje się, że będzie to thriller połączony z groteską (okładka trochę już zdradza), potem bardziej political-fiction.

Zresztą fragment z opisu też dużo o tym tytule mówi:

Przyducha następuje wtedy, gdy zmniejsza się ilość tlenu w zbiorniku wodnym. Ryby wykonują gwałtowne ruchy, podpływają blisko powierzchni, próbują łapać powietrze, w końcu giną. Podobny proces dotyka bohaterów powieści „Przyducha” Macieja Piotra Prusa. Atmosfera świata, a w tym wypadku światem jest Kraków, zagęszcza się, przestrzeń do życia się kurczy, z dnia na dzień rozpada się znana rzeczywistość.

 

Po trochu – Weronika Gogola

12 rozdziałów, 12 opowieści o poznawaniu świata przez pryzmat… 12 śmierci. Autorka wraca do czasów, gdy miała kilka lat, wychowywała się na rodzinnej wsi, a tam co jakiś czas ktoś umierał. Książka jest jednak pogodna, przepełniona wspomnieniami, które wielu czytelników pewnie uzna też za swoje. Pamiętacie, gdy mając parę lat usłyszeliśmy jakieś słowo, a potem wyobrażaliśmy sobie jego znaczenie, dochodząc do absurdalnych wniosków?  Albo zastanawiały nas różne dziwne powiedzenia starszych? Gogola je pracowicie odtwarza, często znajdując w nich po latach nową mądrość.

Czasami może tylko za dużo tych imion, postaci, historii, tak jakby wszystkie musiały się zmieścić. Ale możemy sobie te 12 rozdziałów dawkować, nie ma potrzeby czytania ich w jednym ciągu.

 

Hello World – Michał R. Wiśniewski

I tu wypada przyznać się do porażki. Bo nie potrafiłem przez tę książkę się przebić. Wprawdzie jest to pierwszy mi znany tytuł prozy polskiej, gdzie niektórzy bohaterowie mówią przy użyciu emoji i gdzie pojawiają się takie zawody jak UX Designer, ale chaos jaki wprowadza ta lektura mnie chwilowo pokonał.

Mamy bowiem pięć równoległych planów – od mniej więcej lat 80. XX wieku do lat 40. XXI wieku, które pewnie gdzieś się na końcu spotkają. Może więc przegapiłem najlepszy nominowany tytuł? Ale obiecuję, że dokończę.

Mój wybór

Zacznę od tego, że nie było w tym zestawie książki, która tak kompletnie mnie zachwyciła, że bez cienia wątpliwości ją wybrałem.

Jeśli zastanowić się, która z tych pozycji ma przesłanie uniwersalne, do której będę chciał wrócić za rok, to… wybieram „Pozwól rzece płynąć”.

I tak – ją też wybrała większość jurorów. :-) Mam świadomość, że niektórzy czytelnicy mogą spostrzeżenia autora uznać za zbyt banalne, bardzo jestem ciekaw, jak odbiorę ten tytuł przy ponownym przeczytaniu.

Musieliśmy wybrać dwa tytuły, jako drugi zdecydowałem się na „Zombie”, mając świadomość, że to jednak pozycja odmienna gatunkowo – bo mamy rasowy kryminał, tyle że z tłem obyczajowym. Ale ze wszystkich pożerałem ją chyba najmocniej.

Rozważałem jeszcze „Rdzę”, „Przemytników”, „Przyduchę” i „Po trochu” – te cztery tytuły z pełnym przekonaniem polecam. „Exodus” już z pewnym wahaniem.

Było też parę słabszych książek, ale ten czytelniczy maraton, jaki dzięki nominacjom Art Rage sobie zrobiłem w styczniu i lutym był całkiem przyjemnym doświadczeniem. :-)

Mam nadzieję, że ta zabawa zostanie powtórzona w przyszłym roku, no i będzie w niej chciało brać udział więcej wydawców. Bo pamiętajmy – kryterium przyjęcia do nominacji było to, że wydawca zgodzi się na publikację w modelu pakietowym.

Wasze zdanie

A wy co sądzicie o zwycięzcy i o tytułach z tego zestawienia? Zapraszam do ankiety i komentarzy.

W ankiecie można zaznaczyć dowolną liczbę pozycji.

Które z książek nominowanych do nagrody Art Rage polecasz?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Przypominam też o plebiscycie, który trwa do 22 czerwca, a mogą wziąć udział nim wszyscy, którzy zakupili pakiet.

Czytaj dalej:

Artykuł był przydatny? Jeśli tak, zobacz 6 sposobów, na jakie możesz wspomóc Świat Czytników. Dziękuję!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Książki na czytniki i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.
Hosting: Zenbox

11 odpowiedzi na „Nominacje do nagrody ArtRage – moje opinie

  1. Jak dobrze czytać takie szczere recenzje :) Lubię, gdy ktoś wprost przyznaje, że coś mu się nie podobało, albo pewne elementy były po prostu słabe. Gdybyś napisał, że wszystko pozytywnie Cię zaskoczyło, aż nie wiedziałeś co wybrać, bo takie dobre, to nawet bym nie przeczytała artykułu do końca…
    Z nominowanych książek nic nie czytałam, bo nie sięgam zbyt często po nowości. Jednak po przeczytaniu Twoich recenzji mam ochotę sięgnąć po „Po trochu”, „Przyduchę”, „Rdzę”, „Przemytników” i „Pozwól rzece płynąć”.

    17
  2. Michał pisze:

    Fajny i szczery artykuł. Zestawiając to z takimi recenzjami w „Magazynie Książki” to ja dwa inne światy ;)

    5
  3. asymon pisze:

    @RD Nie rozumiem chyba tego wykresu, on jest aktualny? Polecasz „Rdzę” Jakuba Małeckiego, choć przeczytałeś tylko 2% książki? Czyżbyś czytał ostatnio Bayarda?

    0
    • Robert Drózd pisze:

      No nie, to jest zrzut sprzed paru tygodni, gdy niektóre książki były już przeczytane, a inne dopiero w trakcie.

      4
  4. MB pisze:

    W ankiecie brakuje mi: – Nie wiem; – Żadna

    3
  5. Anna pisze:

    Z tego wszystkiego przeczytałam tylko Zombie. Mogę polecić, ale nie wszystkim się podoba. Bo jednak główny bohater jest kanalią, a nie każdy lubi czytać książki bez pozytywnego bohatera. Dla mnie to było ok, bo zapewniło mi sporą dawkę emocji, a to cenię w książce najbardziej. Resztę tych książek chętnie przeczytam.

    1
    • Bociek pisze:

      Jest kanalią i to nie byle jaką! Główny bohater to zdecydowany atut tej powieści.

      1
      • Anna pisze:

        Tak, masz rację, dla mnie Dawid to atut tej serii. Chociaż go nie lubię jako człowieka, to lubię jako głównego bohatera. A że tak naprawdę nie istnieje, to mogę bezpiecznie się cieszyć z tego, że istnieje w książce. :)

        0
    • Magdalaena pisze:

      No właśnie we mnie zostało zniesmaczenie Dawidem po Wampirze i Zombie wydaje się być jeszcze gorsza.

      1
  6. zipper pisze:

    „To działka, którą od lat po prostu pomijam.”

    A błąd :-) Też kiedyś miałem takie podejście, że „co tam polskie będę czytał”, a się okazuje, że bardzo często są to najlepiej napisane, przynajmniej pod względem jężyka, powieści jakie można dostać na rynku.

    W dużej mierze wynika to niestety z tego, że polskie przekłady znanych autorów są ostatnio robione „po taniości” i „na szybko”, przez co wiele tracą. Ale zabawę językiem naprawdę najlepiej można odczuć czytając dzieła Polaków.

    Ostatnio świetnie się bawiłem czytając „Ślady” Małeckiego, albo „Kocham cię, Lilith” Radka Raka. Nie są to może przełomowe dzieła, ale podczas czytania czułem się świetnie.

    2
  7. Kamisiek pisze:

    Ten zarzut, że polska literatura jest ponura, jest bardzo trafny. Tak samo porównanie do polskiego kina. Mnie nawet opisy tych książek nie zachęcają do przeczytania. Nie wiem dlaczego u nas ambitna proza na ogół oznacza dziwactwa i depresyjny klimat.

    3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przed dodaniem komentarza zapoznaj się proszę z zasadami komentowania i polityką prywatności

Komentarze do tego artykułu można śledzić także w formacie RSS.