Za drogo? Ustaw alerty cenowe na e-booki i kupuj taniej!

Kolejne e-booki Lema już w sprzedaży. Fantastycznie!

E-booki Lema w Publio

Parę dni temu cieszyliśmy się wszyscy, że pierwsze e-booki Stanisława Lema pojawiły się w księgarni Woblink. Dzisiaj możemy się cieszyć jeszcze bardziej, bo tych e-booków jest coraz więcej.

Lema do swojej oferty dodało też Publio i oprócz tych, które już były wydane – mają 6 kolejnych tytułów:

Te akurat książki mają już oryginalne okładki z ostatnich wznowień.

Co tu więcej dodać – fantastycznie, że kolejne luki w wydawaniu polskiej klasyki się zapełniają. Po raz kolejny wypada pochwalić politykę cenową. Przy tych cenach raczej nikt nie powie, że e-booki w Polsce są za drogie.

Czytaj dalej:

Artykuł był przydatny? Jeśli tak, zobacz 6 sposobów, na jakie możesz wspomóc Świat Czytników. Dziękuję!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Książki na czytniki. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.
Hosting: Zenbox

34 odpowiedzi na „Kolejne e-booki Lema już w sprzedaży. Fantastycznie!

  1. majdanczyk pisze:

    czekam na „powrót z gwiazd”.

    0
  2. loe pisze:

    14,90 to ciągle za dużo, sczególnie, że pieniądze nie trafią na konto autora, bo ten już nie żyje. 9,90 to MAXIMUM, jakie można żądać za ebooka.

    0
    • kolec pisze:

      O ile jestem w stanie sobie wyobrazić czytelnika e-booków Lema, to jest to ktoś raczej po czterdziestce, kto dawno już zgromadził w wersjach papierowych większość – jeśli nie wszystko – z tego, co napisał jego ulubiony za młodu autor i teraz chciałby mieć kilka ulubionych książek zawsze pod ręką na czytniku czy laptopie. Pytanie brzmi: ile (i czy coś w ogóle) powinien kosztować dostęp do skarbnicy narodowego archiwum naszych najlepszych pisarzy, których najlepsze dzieła mają po kilkadziesiąt lat!
      Opłaty z tytułu praw autorskich w końcu wygasają, a digitalizacja dorobku tych kilku/nastu światowej sławy pisarzy, jakich Polska się dorobiła, powinno być finansowane z podatków. Nasz nie przymierzając Wawel, nasze bory i puszcze;), nasze jeziora, autostrady i… najwięksi pisarze właśnie są własnością wspólną, narodową, a ta nie powinna podlegać wycenie i opłatom jak inne dobra konsumpcyjne.

      1
    • ZSZS pisze:

      Całkowicie się z Tobą zgadzam. Moim zdaniem ceny eBooków powinny oscylować pomiędzy 3 a 10 zł (górna granica zarezerwowana dla naprawdę wartościowych perełek). Patrząc na to ile obecnie procent zysku ze sprzedaży książki przypada na autora i jakie są rzeczywista koszta wdrożenia i dystrybucji eBooków, podany przeze mnie zakres cen jest jak najbardziej realny, nawet przy obecnej stawce Vat.

      Szczerze powiedziawszy to przy takich cenach nawet DRM by tak bardzo nie raził (choć wciąż wywoływał by niesmak).

      Drugą sprawą jest kosmiczny okres działania praw autorskich. Moim zdaniem prawa autorskie powinny trwać nie dłużej niż dekadę, z możliwością przedłużenia tego okresu o kolejną dekadę za inicjatywą autora. Prawa te ponadto powinny być niezbywalne (nie można ich przetransferować na wydawnictwo) oraz powinny wygasać nie później niż 2-3 lata po śmierci autora.
      Nie rozumiem dlaczego rodzina autora może żyć kilkadziesiąt lat po jego śmierci z wpływów z jego książek, a rodzina dowolnej zmarłego dowolnego innego zawodu nie ma takich praw (jedynie w wybranych przypadkach może dostać emeryturę, jak każda rodzina).

      Dlatego rozumiem osób „pożyczających” książki z Torrentów czy innych Chomików i dopóki ceny eBooków będą tak horrendalnie wysokie to co najmniej połowa moich książek będzie „darmowych”.

      0
      • asymon pisze:

        15zł za „Dzienniki Gwiazdowe” czy „Solaris” to dla ciebie horrendalnie wysoka cena?

        0
        • Oberkelner Stepanek pisze:

          Biorąc pod uwagę, że te książki są w prawie każdej miejskiej bibliotece, to jest to sporo. Całkiem porządnie wydane Solaris było z Gazetą Wyborczą za jakieś 25 złotych.

          0
      • pioterg666 pisze:

        „Nie rozumiem dlaczego rodzina autora może żyć kilkadziesiąt lat po jego śmierci z wpływów z jego książek, a rodzina dowolnej zmarłego dowolnego innego zawodu nie ma takich praw (jedynie w wybranych przypadkach może dostać emeryturę, jak każda rodzina).”
        No rozwaliło mnie trochę to zdanie :) A jak sobie wyobrażasz, że dzieci pielęgniarki, lekarza, murarza itp będą czerpać zyski z ich pracy za 50 lat? No chyba że lekarz opublikuje lub opatentuje jakąś supernową metodę leczenia. To chyba oczywiste, że jeśli ktoś chce kupić jakieś dzieło nawet za 50 lat to rodzina autora z tego żyje – w końcu to jest spadek.

        0
      • Xzaara pisze:

        Ja również uważam ze ceny e-booków powinny być niższe i że prawa autorskie nie powinny blokować wolnego dostępu do dzieł przez tak długi okres.

        Natomiast nie zgadzam się z końcówką wypowiedzi. Wysokie ceny to jedna sprawa, prawa autorski druga a  „wypożyczanie” czegokolwiek z torrentów to osobne zagadnienie.

        Wysokie ceny nie tłumaczą wcale popytu na torrenty i „chomiki”. Jest to tak samo błędne przekonanie, jak twierdzenie wydawców, że gdyby nie piractwo, to zyski byłyby horrendalnie wyższe.

        W odróżnieniu od gier i filmów, książkę można sobie za darmo wypożyczyć z lokalnej biblioteki i to zupełnie zgodnie z prawem. Wychodzi więc na to, że cena nie gra tu roli a wygoda. Taka sama różnica jest pomiędzy tanią książką od wydawcy a darmową książką od „chomika”. Za darmo zawsze jest lepsze od tanio. Zatem problem tkwi w naszej mentalności pokutując od czasów PRL kiedy to okradanie zakładu czy państwa było modne i powszechne. Nadal tak jest: tłumaczymy sobie, że ściągnięcie czegoś sieci jest ok, w końcu jak tam sobie leży to szkoda nie wziąć, w końcu winę ponosi udostępniający i nikt nas za to nie będzie ścigał, w końcu nikt na tym nie straci itd. Jednakże nazywajmy rzeczy po imieniu – jest to piractwo.

        0
      • KonradK pisze:

        Nie rozumiem dlaczego rodzina autora może żyć kilkadziesiąt lat po jego śmierci z wpływów z jego książek, a rodzina dowolnej zmarłego dowolnego innego zawodu nie ma takich praw (jedynie w wybranych przypadkach może dostać emeryturę, jak każda rodzina).

        Jest tu faktycznie nierówność, ale inna niż ta, którą sugerujesz. Materialny dorobek zostawiony w spadku nie staje się automatycznie własnością publiczą po iluś latach od śmierci osoby, która miała do niego prawa. A tak się dzieje utworami.
        Nic nie stoi na przeszkodzie, aby pracujący w jakimkolwiek zawodzie odkładali , czy inwestowali a nie jedynie konsumowali zarobki.

        0
  3. bomb pisze:

    asymon to jest wysoka cena biorąc pod uwagę ze wersja papierową dostaniesz nawet 19 zł

    0
  4. Skrzat kuchenny pisze:

    1. „Wyniki badań czytelnictwa za rok 2010, przeprowadzonych przez Bibliotekę Narodową i TNS OBOP, nie podnoszą na duchu – mówi dyrektor BN dr Tomasz Makowski – szczególnie niepokoi fakt, że aż 20% osób z wyższym wykształceniem (…) w ogóle nie czyta, a więc nie podnosi i nie aktualizuje swoich kwalifikacji zawodowych.” Zaledwie 44% badanych deklaruje jakikolwiek kontakt z książką, choć pytanie nie dotyczy jedynie literatury pięknej, ale obejmuje też wszystkie rodzaje książek użytkowych takich jak książki kucharskie, czy poradniki urody. Po raz pierwszy w przeprowadzonym w 2010 roku badaniu pytano nie tylko o książki, ale również o dłuższe niż trzy strony artykuły czy opowiadania przeczytane np. w internecie. Na tak sformułowane pytanie 46% respondentów w odniesieniu do ostatniego miesiąca odpowiedziało negatywnie. Badanie to pokazało, że 20% absolwentów wyższych uczelni oraz 27% uczniów i studentów nie czyta praktycznie nic. ”
    2. Dane z innego źródła – „… w 2008 roku tylko 36% Polaków przeczytało przynajmniej jedną książkę. W roku 2010 przeczytanie jednej lub większej liczby książek zadeklarowało 44% Polaków. Nadal jednak jest to stan daleki od ideału. Książek nie czytają przede wszystkim osoby z wykształceniem podstawowym i zawodowym, mieszkańcy wsi, osoby starsze, rolnicy, emeryci i renciści oraz ubodzy. Jednak w zeszłym roku (2011) ani jednej książki nie przeczytało także aż 25% osób z wykształceniem wyższym, 33% uczniów i studentów, 36% kierowników i specjalistów, 50% pracowników administracji i usług.
    3. Znalazłem gdzieś informację, że w Polsce jest ok. 160 tys. czytników ebooków, z czego szacunkowo 60 tys. to kindle.
    4. Tu i ówdzie, z ust autorów, wydawców, usłyszeć można info, że nakład 3.000 egzemplarzy, sprzedanych egzemplarzy książek, to ho-ho!, albo jeszcze lepiej.

    5. Załóżmy, że powyższe dane są realnymi danymi. Mając to założenie w pamięci, zadajmy sobie pytanie – czy są w Polsce książki, obojętnie w jakim miejscu – w bibliotece, w domu, na półce, czy gdzie indziej, czy w ogóle są takie książki, które przeczytało, powiedzmy w ostatnich trzech latach, a jest nas ponoć 38 milionów, 15 mln. Polaków, 5 mln, milion ?

    Czy są takie książki, które są lub były i zostały przeczytane powiedzmy na 100 tys. z tych 160 tys. czytników w naszym kraju ? Niezależnie czy kupione, czy pożyczone z chomikowej czy innej internetowej biblioteki.

    Przeczytałem niedawno, bodajże po raz trzeci, „Niezwyciężonego” – Lema. Myślę, że to niedoceniona powieść.
    Mam ją w dwóch papierowych egzemplarzach. Kilka innych książek Lema też mam w wersji papierowej.
    Niezwyciężonego przeczytałem przy okazji „przerabiania” go sobie na ebooka, chciałem go po prostu mieć na kindlu.
    Nie wiem, czy doczekałbym się wydania oficjalnego, jak na razie, ani Woblink, ani Publio go nie mają.

    Nie wiem, czy kiedykolwiek sięgnę do tych książek Lema, które stoją u mnie na regałach.
    Dlatego też nie kupię ich w wersji mobi.
    Prawdopodobnie, gdyby były w promocji za darmo i łatwo byłoby je ściągnąć bez specjalnych procedur rejestracji, logowania, to bym je ściągnął, choćby po to, by zobaczyć, jak zostały „zrobione”, czyli jak zostały wydane.
    Niemniej nie sądzę, bym je znów przeczytał, a czytam dużo, czasem 5-7 książek tygodniowo.

    Czemu o tym akurat piszę ? ;)

    Autorzy, wydawnictwa, księgarze larum podnoszą, łzy leją z powodu strat, jakie mają na skutek istnienia „bibliotek niezależnych”, takich jak chomik.
    Rzeczywiście, na chomiku książek jest bardzo dużo, bardzo dobrych i zwykłego „chłamu”, makulatury. Mam tu na myśli nie tylko jakość „techniczną” ebooków, ale też i poziom tej „literatury”, czyli jej wartość „artystyczną”, jesli to dobre określenie.

    Poczytałem też pisma pewnej kancelarii niby prawniczej, pisma z pretensjami do właścicieli „bibliotek”, w których wymieniono „naruszenia”, czyli przypadki ściągnięcia konkretnych książek. Zaskoczyła mnie skala owych „naruszeń”

    To kilka, kilkanaście, w nielicznych przypadkach kilkadziesiąt pobrań danej książki.
    A biblioteka, zaiste, jest ogromna.

    Niezależnie jednak od skali pobierania książek z internetu, jeśli skonfrontuje się ją z poziomem czytelnictwa w naszym społeczeństwie, to wygląda to tak, jak przerzucanie ogromnej masy zakurzonych woluminów z jednego zapomnianego magazynu, do drugiego, do zawilgoconej piwnicy, do której i tak nikt nie zagląda.

    Nawet jak ktoś sobie ściągnie tysiąc, dwa tysiące książek, to i tak ich nie przeczyta.
    Ludzie ściągają, bo to teraz modne, samo „mieć” jest teraz cool, a mieć, to nie to samo, co przeczytać.

    Dlatego też uważam, że to lanie łez przez wydawców, autorów, księgarzy i wszelkiej maści innych łez wylewaczy, to zwykłe lanie wody ;)

    Problem prawdziwy jest w tym, że Polacy książek nie czytają. I póki co, czytać nie będą, bo mają inne, ciekawsze i ważniejsze rzeczy do robienia. Na co innego innego też, niż książki, wolą wydawać swoje pieniądze.

    Nie będą czytać, nawet gdyby co tydzień listonosz przynosił im darmowego bestsellera, na dodatek owiniętego czerwoną wstążka z kokardką ;)

    0
  5. Skrzat kuchenny pisze:

    „No rozwaliło mnie trochę to zdanie :) A jak sobie wyobrażasz, że dzieci pielęgniarki, lekarza, murarza itp będą czerpać zyski z ich pracy za 50 lat? No chyba że lekarz opublikuje lub opatentuje jakąś supernową metodę leczenia. To chyba oczywiste, że jeśli ktoś chce kupić jakieś dzieło nawet za 50 lat to rodzina autora z tego żyje – w końcu to jest spadek.”

    Nie rozumiem, skąd to deprecjonowanie roli murarza, czy lekarza.
    Piramidy stoją już chyba ze 4 tysiące lat, a ile książek z tamtych czasów się zachowało ?
    Co jest łatwiej, przeżyć życie bez dachu nad głową, czy bez książki w ręku ?
    Szczególnie w naszym klimacie ?

    Dzięki lekarzom, pielęgniarkom, żyjemy teraz co najmniej 20 lat dłużej, niż żyło się 70 lat temu, a 70 lat to tzw. okres ochronny.

    Tak sobie myślę, że jeśli jest jakieś moralne, etyczne, społeczne uzasadnienie 70-letniego okresu ochronnego w prawie autorskim, to dlaczego takiego samego uzasadnienia nie ma dla okresu, dajmy na to 500 letniego, albo 700 letniego ?

    W czym i dlaczego są gorsi spadkobiercy Kochanowskiego, Reja, Mickiewicza i wielu innych wielkich Polaków, od spadkobierców teraźniejszych ?

    Hm…, jakbym napisał o Gallu Anonimie to pojechałbym po bandzie ? ;)

    0
    • pioterg666 pisze:

      Absolutnie nie deprecjonuję niczyjej roli / zawodu. Zastanawiam się tylko, jak sobie wyobrażasz, że z pracy niech będzie tym razem – taksówkarza (jego roli również nie deprecjonuję jakby co) będą żyły jego dzieci dajmy na to jeszcze 20 lat po jego śmierci? Zawody które wymieniłem polegają na pracy „tu i teraz” i za to dostają zapłatę. Artysta tworzy dzieło, które jest dostępne i można go „używać” po latach. Oczywiście o ile jest na nie popyt.. A to, że murarz wybuduje budynek mieszkalny – dostaje za to wypłatę, a spółdzielnia / miasto / państwo zarabiają potem na czynszu bo to nie jest własność murarza, chociaż to on brał czynny udział w tworzeniu. Okres przez który obowiązuje prawo autorskie jest ustalane przez nas wszystkich – mamy demokrację, to my wybieramy władze, które taki okres ustaliły. Nie podoba się to zawsze przecież można wystąpić z inicjatywą społeczną. Ba – można założyć swoje ugrupowanie. Jak Twój program by brzmiał, że po roku wszystkie prawa autorskie znikają to masz co najmniej jeden głos – mój :)

      0
    • W. pisze:

      Co do murarzy, to jest mnóstwo książek nawet wciąż żyjących ludzi prezentujących poziom przeciętnego murarza ;) bardzo tanio lub za darmo. Ot choćby niejaki Cory Doctorow, jak jesteśmy przy SF.

      Dla wielu z nich e-booki to zbawienie, bo żal było drzew na ich debiuty literackie. ;)

      0
      • Doman pisze:

        Ej, odstosunkuj się od Doctorowa ;) On akurat całkiem nieźle żyje ze sprzedarzy egzemplarzy papierowych i na amazonie. Powieści i opowiadania puszcza z powodów ideologicznych, a nie dlatego, że nikt nie chce tego wydać.

        0
  6. Skrzat kuchenny pisze:

    Sprawdziłem w darmowej Wikipedii – piramida Cheopsa ma 4.570 lat ;)

    0
  7. Skrzat kuchenny pisze:

    „Zawody które wymieniłem polegają na pracy „tu i teraz” i za to dostają zapłatę. Artysta tworzy dzieło, które jest dostępne i można go „używać” po latach. Oczywiście o ile jest na nie popyt.. A to, że murarz wybuduje budynek mieszkalny – dostaje za to wypłatę, a spółdzielnia / miasto / państwo zarabiają potem na czynszu bo to nie jest własność murarza, chociaż to on brał czynny udział w tworzeniu.”

    Nie chce toczyć sporu, ale… ;)

    Pisarz też pracuje tu i teraz, też tu i teraz dostaje za swoją pracę pieniądze.
    Wartość użytkową i rynkową budynek ma na ogół tak długo, póki stoi, póki jest używany.
    Zanim jednak murarz dom zbuduje, to szereg osób musi się posłużyć intelektem, by dom zaprojektować, potem jego budowę nadzorować.
    Własność intelektualna zawarta jest także w budynku.

    Wartość rynkowa książki jest funkcją czasu, wiele książek nie ma jej prawie wcale już w momencie wydania, zalegają w magazynach i na półkach księgarni.
    Niewiele, w stosunku do ogółu wydawanych, ma ponowne wydania.
    W księgarni taniej książki, w Wa-wie, na „Koszykach”, kupowałem papierowe wydania bestsellerów za grosze, czasem na wagę, czasem za złotówkę, za kilka złotych.
    Kupowałem książki, które na odwrocie miały wydrukowaną cenę, np 34,99 za 5-6 złotych albo i za mniej.
    Od wydania takich książek po ich wegetację w salonie taniej książki upłynęło 3-4 lata, zaś w tym czasie wartość mojego metra kwadratowego w Wa-wie wzrosła dwa razy.

    Sprzedawanie majątkowych praw autorskich wydawnictwom nie służy autorom najlepiej.
    Książka to nie tylko wartość materialna, to nie tylko kasa, która można za nią zarobić
    Szczególnie nie służy autorom mało znanym, co przecież nie jest tożsame z małą wartością ich dzieł.

    Obecne prawo autorskie to taka zamrażarka, to taka szuflada, przez 70 lat zamknięta.

    Nasz wieszcz marzył, by jego by jego „księgi zbłądziły pod strzechy”, co w tamtych czasach, w tamtych realiach polskich strzech znaczyć mogło ni mniej, ni więcej, niż – za darmo. Gdyby chodziło mu o kasę, napisałby o salonach ;)

    Myślę, że prawo autorskie winno być podobne do prawa patentowego, czyli autor zgłasza swoje dzieło do instytucji podobnej do Urzędu Patentowego i płaci rozsądne, ale nie za duże pieniądze, za np. 10-letni okres ochronny, z możliwością jego przedłużenia na kolejne lata.

    Myślę, że wielu autorów nie chciałoby, żeby ich twórczość była chowana po ich śmierci do szuflady czy zamrażarki

    Wszak parafrazując naszego filmowego bohatera narodowego, Pawlaka, sława(o) droższa pieniedzy :)

    0
    • Oberkelner Stepanek pisze:

      Dokładnie! Nie wspomnę już o problemach z tłumaczeniem, bo okazuje się, że spadkobiercy autora sobie tego nie życzą albo mają wygórowane wymagania finansowe – tak było z Joycem.

      0
    • pioterg666 pisze:

      Nie sądzę żebyś toczył spór – ja na pewno tego nie robię. Zwyczajnie dyskutujemy, przecież to jest forum. A robimy to raczej w kulturalny sposób, bez wyzwisk, przytyków i takich tam (przynajmniej ja mam takie podejście i mam nadzieję że mniej więcej tak to odbierasz).
      1)Otóż autor nie pracuje „tu i teraz” i nie dostaje zapłaty „od ręki” za wykonaną pracę. Są pisarze, którzy tworzą swoje prace latami. Nie dostają za to wynagrodzenia na bieżąco przecież. Również to kwestia umowy z wydawcą – pewnie są takie przypadki, gdzie wydawca płaci autorowi a późniejsze zyski całkowicie zagarnia dla siebie. Ale chyba (w sumie to pojęcia nie mam) większość umów jest zawierana w ten sposób, że od każdego sprzedanego egzemplarza książki / płyty autor dostaje jakąś część.
      2)Takie oferty marketowe – w koszykach. Chodzi o to, że chociaż market nie jest klientem końcowym, to kupiona przez jakąś sieć partia książek jest już policzona jako sprzedana z punktu widzenia autora / wydawnictwa. Mogą z tym zrobić co zechcą, sprzedają w cenie makulatury, żeby się pozbyć towaru i odzyskać chociaż część kosztów. Z tych wydanych przez Ciebie 5-6PLN na taką „koszykową książkę” autor już nic nie dostaje. Dostał z kasy wydanej przez sieć.
      3)”Nasz wieszcz marzył..” Owszem – dla niego sława była najlepszą zapłatą, na tym mu zależało i tego chciał. Kto inny (i tu już z całkowitą pewnością – takich jest większość) woli zapłatę w postaci pieniędzy.
      4)Wciąż nie podzieliłeś się pomysłem jakbyś chciał rozwiązać temat czerpania zysków przez dzieci taksówkarza.
      5)70 lat – jeśli Ci się taki okres nie podoba to podałem Ci 2 propozycje rozwiązania. Spróbować zawsze można :)

      0
  8. Skrzat kuchenny pisze:

    „2)Takie oferty marketowe – w koszykach. Chodzi o to, że chociaż market nie jest klientem końcowym, to kupiona przez jakąś sieć partia książek jest już policzona jako sprzedana z punktu widzenia autora / wydawnictwa. Mogą z tym zrobić co zechcą, sprzedają w cenie makulatury, żeby się pozbyć towaru i odzyskać chociaż część kosztów. Z tych wydanych przez Ciebie 5-6PLN na taką „koszykową książkę” autor już nic nie dostaje. Dostał z kasy wydanej przez sieć.”

    Napiszę to jaśniej – swego czasu przy ulicy Koszykowej była duża, jeszcze przedwojenna hala targowa, a w niej między innymi duża księgarnia taniej książki, ale nie tylko książki, można było kupić także muzykę.
    Księgarnia ta nie była częścią żadnego marketu, czy supermarketu. Zupełnie osobna firma.

    „1)Otóż autor nie pracuje „tu i teraz” i nie dostaje zapłaty „od ręki” za wykonaną pracę. Są pisarze, którzy tworzą swoje prace latami. Nie dostają za to wynagrodzenia na bieżąco przecież. Również to kwestia umowy z wydawcą – pewnie są takie przypadki, gdzie wydawca płaci autorowi a późniejsze zyski całkowicie zagarnia dla siebie. Ale chyba (w sumie to pojęcia nie mam) większość umów jest zawierana w ten sposób, że od każdego sprzedanego egzemplarza książki / płyty autor dostaje jakąś część.”

    Wykonana praca, to z punktu widzenia wydawnictwa gotowa książka. Jeśli Autor nie zawarł wcześniej umowy z wydawnictwem, jakie ma znaczenie fakt, że autor pisał ja przez kilka lat.
    Nie znam oczywiście rozmaitych umów autorów z wydawnictwami, ale mogą być np. takie – przychodzi autor do wydawnictwa, przedstawia gotową książką w tzw. rękopisie – plik lub domowy wydruk, komuś z wydawnictwa się to spodoba – pada propozycja – panie Kowalski, zaryzykujemy. Wydrukujemy ja w trzech tys. egzemplarzy plus 25 szt egzemplarzy redakcyjnych. Płacimy panu 1,50 od sztuki, czyli 4.500 PLN, płatne w terminie 30 dni od dnia premiery.

    Znani maja lepiej, wydawnictwa zamawiają, płacą zaliczki i określają termin dostawy skończonej książki.
    Niektórzy znani nie wyrabiają się z zamówieniami i w ten sposób powstała instytucja ghost-writera.

    „4)Wciąż nie podzieliłeś się pomysłem jakbyś chciał rozwiązać temat czerpania zysków przez dzieci taksówkarza.”

    Nie wiem, dokąd nas zaprowadzi dyskusja o dzieciach taksówkarza, więc przezornie i pokornie przyznaję – zapędziłeś mnie w kozi róg.
    Zostawmy taksówki, bo nas Robert stąd wypędzi ;)

    0
    • Slawek pisze:

      Z tą halą przy ulicy Koszykowej w Warszawie, to jak najbardziej prawda. Sam tam bywałem na początku lat dziewięćdziesiątych. Oprócz książek były jeszcze kasety magnetofonowe – przy okazji – czy ktoś pamięta, w którym roku kiedy zniknęły ze sklepów? A ceny rzeczywiście były dużo (kilka, czasem kilkanaście razy) niższe niż te na okładkach.

      0
      • Robert Drózd pisze:

        Tania książka w hali na Koszykach podupadała w ostatnich latach i znacznie częściej chodziłem do księgarni Dedalusa parę metrów wcześniej.

        A kasety to jeszcze parę lat temu czasami w sklepach widywałem. :) Zresztą skoro wróciła moda na winyle, może i kasety wrócą?

        0
        • kinek pisze:

          Robert raczej kasety nie powrócą, a przynajmniej nie w takiej formie
          Winyle się trzymają, bo mają lepszą jakość dźwięku niż takie CD, o kasetach nie powiesz tego samego

          0
          • loe pisze:

            Winyle mają INNĄ, charakterystyczną, jakość dźwięku, niekoniecznie lepszą od CD. Ot, kwestia gustu.

            0
            • Robert Drózd pisze:

              Mi się też wydaje że to bardziej kwestia opakowania – jednak płyta winylowa robi wrażenie. Sam nie mam od paru lat gramofonu, nowego nie miałbym nawet gdzie postawić, ale trzymam swoją kolekcję, żeby sobie czasami obejrzeć okładki. :)

              0
    • KonradK pisze:

      Murarz, który pracuje na własnej budowie, może przekazać w spadku to, co udało mu się za życia wybudować. Jeśli wybudował, również zaoszczędzone zyski np. z wynajmowania budowli. Zatrudniony tylko zaoszczędzone wynagrodzenie; pracując nie nabywa prawa do części budowli.

      Pisarz jest murarzem pracującym na własnej budowie, chyba że pracuje na zlecenie i prawa autorskie przechodzą na zleceniodawcę a on otrzymuje tylko wynagrodzenie.

      Jeden i drugi przekazują w spadku tylko to, co wypracowali dla siebie. Nie wyniki pracy, które odsprzedali.

      0
  9. Skrzat kuchenny pisze:

    „Wolną Kulturę” przeczytałem z tzw. zapartym tchem i też wszystkim ją polecam :)

    0
  10. majdanczyk pisze:

    to co z „powrotem z gwiazd”? ktoś może jakoś pomóc?

    0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przed dodaniem komentarza zapoznaj się proszę z zasadami komentowania. Jeśli chcesz mieć swój obrazek przy podpisie, zarejestruj swój adres mailowy na stronie gravatar.com.

Zapisz się także do newslettera Świata Czytników


Komentarze do tego artykułu można śledzić także w formacie RSS.