Porównaj ceny i formaty 250 000 e-booków z 27 serwisów.

Ile kosztuje digitalizacja książki? Wyjaśnienia z Wolnych Lektur

Wokół wczorajszego wpisu o zbiórce Wolnych Lektur na opracowanie „Damy Kameliowej” pojawiło się kilka komentarzy z wątpliwościami co do podanej kwoty. Dlaczego digitalizacja książki ma kosztować 1300 złotych? Czy to dużo, czy mało?

Dzisiaj pod wpisem ukazał się komentarz Jarosława Lipszyca, szefa Fundacji Nowoczesna Polska. Zdecydowałem się go opublikować także jako osobny artykuł, bo sądzę, że wyjaśnia on sporo rzeczy i warto poświęcić mu uwagę.


Wyliczenia kosztu digitalizacji każdej pozycji podzielone jest na 4 części – skanowania, redakcyjną, informatyczną i organizacyjną. Jako podstawę przyjmujemy koszt redakcji wyliczony na podstawie ilości stron maszynopisu digitalizowanej pozycji. Koszt informatyczny i organizacyjny obliczany jest jako procent kosztu redakcyjnego. Nie dzieje się to arbitralnie, ale wynika z wyliczeń tych kosztów z lat poprzednich.

1. Skanowanie. W praktyce skanowanie jest zazwyczaj dokonywane na sprzęcie w siedzibie Fundacji lub od naszych partnerów. W obydwu wypadkach związane są z tym koszty, chyba że skan pozyskujemy nieodpłatnie na mocy umowy partnerskiej. W pierwszym wypadku są to koszty sprzętu (skaner Atiz BookDrive Mini + aparaty fotograficzne + stacja robocza i oprogramowanie, w sumie koszt całkowity wyposażenia stanowiska wyniósł niecałe 50000 PLN) i koszty pracy osoby skanującej tekst. Ze względu na trudności z wyliczeniem amortyzacji sprzętu pomijamy tą pozycję, uwzględniamy tylko realny koszt pracy. Z doświadczenia wiemy, że sprawny skanerzysta może digitalizować ok. 100 stron na godzinę. Koszt godziny pracy skanerzysty wyceniamy na 24 PLN. W przypadku pozyskiwania skanów od partnerów korzystamy z cennika Biblioteki Narodowej: http://www.bn.org.pl/download/document/1282318847.pdf na 20PLN za 100 skanów.

2. Redakcja. Proces redakcyjny składa się z kilku kolejnych etapów. Pierwszy to redakcja techniczna, a więc formatowanie tekstu w WL-XML i stworzenie zestawu metadanych. Dzięki otagowaniu tekstów WL-XML możemy automatycznie eksportować teksty do wszystkich formatów (HTML, PDF, MOBI, EPUB). Żeby ocenić o co chodzi warto zajrzeć np. na stronę redakcyjną „Pana Tadeusza”: http://wolnelektury.pl/media/book/xml/pan-tadeusz-czyli-ostatni-zajazd-na-litwie_5.xml . To zadanie musi być wykonywane przez odpowiednio przeszkoloną osobę. Koszt redakcji technicznej uzależniony jest od typu utworu: prozę przygotowuje się stosunkowo szybko, poezja i dramat są bardziej czasochłonne. Koszt tej pracy jest szacowany poprzez szacowanie koniecznego czasu pracy na podstawie ilości stron maszynopisu tekstu źródłowego, a wyceniany jest na 24PLN za 100 stron skanów w przypadku prozy i 72PLN w przypadku dramatu i poezji. Znacznie droższa jest redakcja merytoryczna, która oprócz korekty obejmuje także uwspółcześnienie pisowni, tworzenie przypisów, tagowanie motywów literackich itd. Oznacza to, że każdy tekst redagowany jest ta tym etapie minimum dwukrotnie. Realny czas pracy redaktorów na tym etapie to ok. 5 stron maszynopisu na godzinę (i 2,5h w przypadku dramatu). Koszt tej pracy wyceniamy na 480PLN za 100 stron maszynopisu.

3. Informatyka. Te prace wyceniane są ryczałtowo jako 40% kosztów redakcji. To jest oczywiście przybliżenie, ale wynika z kosztów działania projektu na przestrzeni ostatnich lat: http://nowoczesnapolska.org.pl/dokumenty/ . Koszty utrzymania serwerów są tutaj pomijalne: kluczowe są koszty rozwoju oprogramowania do digitalizacji, udostępniania, narzędzi eksportu i dodatkowych funkcjonalności. Jeśli chodzi o zakres tych prac to każdy (no, powiedzmy każdy) kto dysponuje minimum kompetencji informatycznych może to ocenić na stronie https://github.com/fnp/wolnelektury gdzie na bieżąco publikujemy cały kod serwisu: zarówno jego części redakcyjnej jak i witryny internetowej. Obecnie pracujemy nad serwisem wielojęzycznym udostępniającym książki w języku oryginału i tłumaczeniu symultanicznie, bo to są narzędzia wspomagające nauczanie języków obcych o które prosili nas nasi użytkownicy.

4. Organizacja. Te prace wyceniane są ryczałtowo jako 30% kosztów redakcji. Składają się na nie koszty wynajęcia lokalu w którym prowadzone są prace, koordynacji zadania, sprawozdawczości, sekretariatu, księgowości, materiałów biurowych, drukowania, telefonów, internetu itd. To niestety są realne koszty funkcjonowania organizacji i staramy się, by były jak najniższe, ale pewnych kategorii kosztów przeskoczyć się po prostu nie da.

Jak powstało wyliczenie dla „Damy Kameliowej”? Zaczęliśmy od estymacji objętości tekstu korzystając ze skanów w bibliotece Polona: http://polona.pl/dlibra/doccontent2?id=38625&dirids=1 . Powieść ma 242 strony skanów druku, co przekłada się na ok. 120 zestandaryzowanych stron maszynopisu (dla jasności: strona maszynopisu to jednostka miary oznaczająca 1800 znaków drukarskich) czystego tekstu.

Koszt skanowania w tym wypadku wynosi 0PLN, bo skany pozyskujemy nieodpłatnie od Biblioteki Narodowej na mocy umowy partnerskiej. Redakcja techniczna to to 242 skany dramatu, czyli ok. 8h pracy, w sumie 192PLN. Redakcja merytoryczna 120 str. maszynopisu to 24h czasu pracy, w sumie 576PLN. Koszt informatyczne wycenione są jako 40% ogólnej sumy kosztów redakcji, a organizacyjne jako 30%, co w sumie daje 1306PLN.

W naszych działaniach kierujemy się zasadą maksymalnej transparencji. Nasze sprawozdania merytoryczne i finansowe są dostępne na stronie fundacji oraz Ministerstwa Pracy.

Bardzo dziękujemy za okazane nam zaufanie i wsparcie. Mamy już 1170 PLN, więc… wygląda na to, że od jutra zabieramy się za redagowanie „Damy” :-)


Tyle Jarosław Lipszyc. Dodam jeszcze parę słów ode mnie.

To, że coś jest za darmo, nie oznacza że jest darmowe. Przy opracowaniu cyfrowych form e-booków, są to koszty organizacji oraz czasu osób zaangażowanych w cały proces. Nawet jeśli skan dostaliśmy gotowy, pozostają pozostałe koszty. Zresztą dobrze wiemy, czym różni się goły skan np. z Internet Archive czy PBI od opracowanej książki.

Owszem, są projekty oparte w całości o pracę wolontariuszy, oddających za darmo swój wolny czas – np. Wikiźródła, ale tam też mamy koszty serwerów, na które Fundacja Wikimedia organizuje co roku zbiórkę.

Podane przez Jarosława koszty mogą być pewną wskazówką dla osób, które narzekają na to, że polskie wydawnictwa czasami opóźniają się z digitalizacją, albo robią ją wybiórczo. Poza często bardzo trudnymi kwestiami licencyjnymi, pozostaje koszt przygotowania e-booka, który wcale nie jest nieznaczący, szczególnie jeśli jedyną wersją cyfrową jaką wydawnictwo dysponuje jest plik PDF. Pytanie „czy jeśli wydam dwa tysiące na digitalizację, to wydatek zwróci się w postaci przychodów z e-booka” nie było wcale takie dziwne w czasach gdy bestsellery sprzedawały się w liczbie… 100 sztuk. Teraz ze sprzedażą jest już lepiej i decyzje o przygotowaniu e-booka powinny być łatwiejsze.

Czytaj dalej:

Artykuł był przydatny? Jeśli tak, zobacz 6 sposobów, na jakie możesz wspomóc Świat Czytników. Dziękuję!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Książki na czytniki i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.
Hosting: Zenbox

85 odpowiedzi na „Ile kosztuje digitalizacja książki? Wyjaśnienia z Wolnych Lektur

  1. Bartek pisze:

    Robert bardzo dobry tekst i dobra robota. Takich informacji powinno być znacznie więcej bo dzięki nim może otworzą się oczy ludzi na temat tego, że przygotowanie ebooka to realny koszt, który wcale nie musi się zwrócić w „ogromnej sprzedaży”.

  2. mich pisze:

    Zdigitalizować można książkę, a  e-booki już są zdigitalizowane, dlatego na tak postawione w tytule pytanie odpowiedź brzmi: 0,00 PLN. Zresztą to w ogóle nie po Polsku.

    Nie mogłem się powstrzymać, przepraszam :) .

  3. Tak szczerze – dalej wydaje mi się drogo. Myślę tutaj w szczególności o koszcie redakcji… 5 stron maszynopisu na godzinę za 24zł ? Wydaje mi się, że można zrobić to ZNACZNIE szybciej…

    Być może tylko mi się wydaje ;)

    • Robert Drózd pisze:

      Pewnie że można zrobić szybciej – efekty mamy czasami w postaci e-booków w księgarniach, gdzie pojawiają się problemy z formatowaniem, literówkami czy układem… :)

    • asymon pisze:

      Bez cienia ironii polecam siąść i samemu spróbować. Ewentualnie tylko ostatni etap – pożyczyć z biblioteki książkę i samemu zrobić korektę marnej jakości ebooka znalezionego na „chomikuju”, najlepiej takiego o uregulowanych prawach autorskich.

      Moja żona zwykła mówić „najgorzej, jak się coś komuś wydaje” :-)

      • Podeślij mi tego ebooka do sformatowania – za połowę tej stawki przygotuję go dla Ciebie w sobotę :)

        • alfa pisze:

          @Krzysztof Kubiak
          Rzeczywiście, wydaje ci się.
          Nie zrozumiałeś, na czym polega zadanie. Po pierwsze: to nie jest samo tylko „formatowanie e-booka”. Praca rozpoczyna się od zestawu plików graficznych z obrazami stron drukowanej książki (jeśli WL otrzyma gotowe skany, jeśli nie – dochodzi skanowanie książki). Po drugie, z takich plików z grafiką trzeba zrobić nie zaledwie „sformatowanego” e-booka, ale przede wszystkim TEKST, który będzie wolny od błędów OCR, błędów drukarskich, jakie były w wersji książkowej, uwspółcześniony co do pisowni, opatrzony przypisami. Otagowanie i uzyskanie wynikowego formatu, to tylko część pracy. Ta łatwiejsza.

          Moim zdaniem, jeśli ktoś uważa, że może zrobić ZNACZNIE szybciej redakcję niż 5 stron tekstu na godzinę, to znaczy po prostu, że nigdy tego nie próbował.

          Przy okazji, polecam spojrzeć na początek np. tego utworu z zasobów Wolnych Lektur:
          http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/potop-tom-pierwszy.html

          • Owszem – nie robiłem e-booka ze skanów. Bawiłem się jednak kiedyś na uczelni programem OCR i efekt był naprawdę fajny – błędów było bardzo mało, a w przeważającej większości program sam je zaznaczał zielonym kolorem. Na tej podstawie twierdzę, że 5 stron to mało.

            • alfa pisze:

              Kiedy program sam sprawdza pisownię i kolorem zaznacza błędy, zadanie jest trywialne, prawda?…

              „najgorzej, jak się coś komuś wydaje” – jak mawia żona asymona.

              Oczywiście, program „sam zaznaczał błędy”, więc wiedział, kiedy powinno być „może”, a kiedy „morze”, i czy w danym miejscu powinno być słowo „byt” czy „był”, kiedy „tyła”, a kiedy „tyla”, „cale” i całe”…
              O uwspółcześnianiu (automatycznym?) czy przypisach (też automat zrobi?) nie wspomnę. Ale za to za połowę stawki i „ZNACZNIE” szybciej. Nie wątpię.

              • 8 o'clock pisze:

                O tak, widzę wiele książek, gdzie jest dla mnie, niefachowca, jasne, że korektę robił program tylko, niestety. Razem czy osobno, „ale ja” czy „aleja”?

            • Robert Drózd pisze:

              Uzupełniając wypowiedzi Alfy, dodam, że takie podejście skutkuje takimi e-bookami:
              http://swiatczytnikow.pl/korektor-spi-czyli-o-jakosci-e-bookow/

            • asymon pisze:

              W ramach rewanżu chętnie sprezentuję ci wybranego ebooka w publio.pl, chyba że inne sklepy wprowadziły prezenty. Niestety nie mam aktualnie wolnych 750zł na głupoty :-)

              Może drugi tom „W poszukiwaniu straconego czasu”? http://polona.pl/item/3135624/3/
              Tekst nużący, ale chyba w miarę łatwy do korekty.

              • Doman pisze:

                Nie rozpędzaj się od razu z 750 zł.
                Za digitalizację, czyli OCR z korektą i przygotowanie w popularnych formatów cyfrowych będzie 95 zł. Merytoryczne przypisy i uwspółcześnianie języka (ortografia, gramatyka?) następne 290 zł.
                Kolejne 30%, czyli 115 zł jak postawi u siebie na serwerze soft od wolnych lektur i umieści na nim efekty pracy do wygodnego przeglądania.
                Koszty organizacji ciężko będzie jakoś przeskalować, ale powiedzmy, że na 150 zł wystarczy, że spiszemy umowę o dzieło z przekazaniem praw autorskich z której przychód zostanie wykazany w PIT za kolejny rok.

              • alfa pisze:

                Doman o drugim tomie Prousta, który liczy ok. 270 stron druku, jakieś 200 standardowych str. maszynopisu (ewentualnie „Dama kameliowa”, porównywalnej objętości):
                Za digitalizację, czyli OCR z korektą i przygotowanie w popularnych formatów cyfrowych będzie 95 zł.
                O muj Borze!
                Poniżej 1 zł za stronę… Przebiłeś najniższe stawki studentów robiących korektę na czarno. Samą tylko korektę, bez skanowania, OCR, tagowania…

                Merytoryczne przypisy i uwspółcześnianie języka (ortografia, gramatyka?) następne 290 zł.
                Poniżej 1,5 zł za stronę uwspółcześnienia oraz przypisów merytorycznych i językowych?!? Tyz piknie.

                Toć już przynajmniej honor by zachował, gdyby zrobił to za darmo niż po takich żałosnych stawkach.

            • Bla pisze:

              Najpierw to wypadałoby przeczytać tekst i wykazać się choćby minimalnym jego zrozumieniem…
              5 stron na godzinę odnosiło się do redakcji merytorycznej, a nie „skanowania OCR”. Co wchodzi w skład takiej redakcji też zostało napisane.

    • nayael pisze:

      Dla mnie nie jest dziwne, że tak drogo i tak mało, tylko że za tak mało.

      Mam nadzieję, że za te 24 złote redaktor przynajmniej nie musi się przemęczać.

      • GL pisze:

        tak, też mam nadzieję, że mając stawkę 2 razy wyższą od pracownika budowy (który musi się zaje…. nadźwigać), się chłopok nie namęczy xD

        • nayael pisze:

          Gdyby adekwatność wynagrodzenia oceniać w takich kategoriach, okazałoby się, że prawie każdy, kto nie pracuje fizycznie, zarabia za dużo.

  4. Marcin pisze:

    Digitalizacja książki rzeczywiście wymaga wiele wysiłku. Cena mnie zupełnie nie zaskakuje, a wręcz uważam, że jest niska.

    Dziwią mnie jednak ceny digitalizacji jakie można sobie policzyć na stronie:
    http://www.elib.pl/konwersja.html

    Przykład:
    stron: 400
    przypisów: 20
    ilustracji: 20
    cena: 110.5 zł

    I o co tutaj chodzi? Dlaczego tak tanio?

    • Doman pisze:

      Wydaje mi się, że to co robi eLib i co się wyliczyło mieści się w pozycji „redakcja techniczna” wyliczenia Wolnych Lektur.

    • alfa pisze:

      Tanio, ponieważ 100 zł za 400-stronicowego e-booka to w tym przypadku nie nie jest cena digitalizacji, tylko cena samej konwersji tekstu dostarczonego w gotowej postaci cyfrowej do któregoś z formatów e-bookowych. (krok 1: „Nasz autorski automat rozwiązuje standardowe problemy i przyśpiesza proces konwersji„). Czyli dotyczy to innej sytuacji niż kiedy e-book powstaje z postaci drukowanej książki, poddanej skanowaniu, obróbce OCR i tagowaniu. Ponadto wygląda na to, że jest cena bez żadnej korekty i redakcji tekstu — klient może sobie przecież zrobić sam lub zlecić jakiemuś usługodawcy, przed dostarczeniem postaci cyfrowej do „u-ebukowienia”. Ostatni krok: „Każdy e-book jest sprawdzany przez człowieka, aby mieć pewność, że jest najwyższej jakości i wolny od błędów” moim zdaniem oznacza tylko sprawdzenie wyglądu i funkcjonowania e-booka, czyli sprawdzenie poprawności uzyskanego składu, a nie jakości tekstu. Potwierdza to pierwsze zdanie tej strony: „Chcemy, żeby otwierały się bez problemu na każdym czytniku i wyglądały porządnie – jak prawdziwe książki.”

      • Dość ciekawie zakładasz na każdym kroku najgorszy scenariusz z możliwych. Nie mówię, że tak nie jest, natomiast jest to dość krzywdzące dla tej firmy ;)

        A co do wyliczenia – ciekawe jest to, że z początku jest straszliwie dokładne (tyle PLN za tyle kartek) a później dochodzimy do mementu gdy w lewo 40% a w prawo 30%. Razem to drodzy państwo 70%. A i tutaj jest błąd matematyczny bo według instrukcji:

        „Redakcja merytoryczna 120 str. maszynopisu to 24h czasu pracy, w sumie 576PLN. Koszt informatyczne wycenione są jako 40% ogólej sumy kosztów redakcji, a organizacyjne jako 30%, co w sumie daje 1306PLN.”

        Czyli jakbym nie liczył: 576+(576*0,4)+(576*0,3)=576+230+173=979 PLN czyli jakieś 300zł mniej

        • alfa pisze:

          Zakładam nie tyle „najgorszy możliwy” i „krzywdzący dla firmy”, co realistyczny obraz sytuacji. Gdyby cena tej usługi obejmowała faktyczną digitalizację oraz korektę i redakcję, to raczej firma nie zapomniałaby o tym napisać potencjalnym klientom :)

          „Czyli jakbym nie liczył: 576+(576*0,4)+(576*0,3)=576+230+173=979 PLN”
          Oj tam, bo zapomniałeś do kosztów redakcji merytorycznej dodać jeszcze koszty redakcji technicznej:
          (192+576)*1,7 = 1305.6 PLN

          :)

  5. kz pisze:

    Przydałby się artykuł o kosztach przygotowania ebooka aktualnej książki – bo przecież nowo wydawana (napisana) książka nie jest skanowana, wersja do druku już jest w jakiejś formie elektronicznej. Odpada więc koszt skanów (tu i tak nie ujęty), ale też koszt redakcji merytorycznej (opracowania skanów), dochodzi część kosztów korekty (część – większość ? -jest ujęta przy kosztach wersji drukowanej), standardowo narzut administracyjny i redakcja techniczna (przygotowanie plików EPUB/MOBI/PDF).

    • Marcin pisze:

      Też byłbym zainteresowany takim artykułem.

    • Dumeras pisze:

      Każdy tego typu artykuł jest na wagę złota, żeby Kowlaski ciut bardziej zainteresowany tematem mógł się dowiedzieć skąd bierze się cena e-booka i dla czego jest taka wysoka, jak nie trzeba niczego drukować, zawozić do magazynu, hurtowni, księgarni.

  6. asdfgasdf pisze:

    Fajny tekst, pokazuje jak duzo w sieci jest mlodych ludzi ktorzy nigdy nie pracowali i nie ponosili zadnych kosztow zycia a o funkcjonowaniu firmy nic nie wiedza choc chca wszystko za darmo.

    Swoja droga chyba najlepsza fucha to ten operator skanera za 20zl rozumiem netto bo tylko niekulturalni ludzie podaja brutto albo dlugosc penisa z kregoslupem. Niezla pensja jak na w sumie proste do opanowania umiejetnosci i wiedze. Gdyby ktos pytal co wolisz patrzec na automatyczny skaner za 20zl czy redagowac ksiezke za  24 to chyba wolalbym zerkac czy staner sie nie zacina ;)

    tysiac zlotych … co to jest dzisiaj, nic a biorac pod uwage skaner i cala armie innych kosztow to mozna powiedziec ze to 2000pln i to tez jest tanio.

    • vvaz pisze:

      Skaner za 50 tys. nie jest automatyczny. Naprawdę automatyczne zaczynają się od 500 tys. Przekładanie kartek w tempie 50 na godz. kontrolując jakość i na końcu przygotowując do OCR to nie jest przyjemna praca. Potwornie nudna, wymagająca jednocześnie sporej koncentracji bo jeśli coś popsujesz to naprawienie drobnego z pozoru błędu może wymagać godziny roboty efektywnie znacznie obcinając stawkę.

      • adrgfsdafgsdf pisze:

        Ja Twoj punkt widzenia rozumiem ale tak sie jakos w spoleczenstwach zorganizowalo ze taka praca jest szczegolnie w polsce nic nie warta, zobacz na kontrolera butelek na tasmie (w sumie juz zastapiona przez komputer dawno) albo nie wiem segregatora smieci – ciezkie i nudne zajeca za ktore masz 1200netto i brak umowy o prace.

      • adamb pisze:

        Skanowałem niejedną książkę (co prawda nie na takim skanerze jakiego używają WL) i zajmuje to 100 stron/ 20 minut, jakość nadająca się do OCR. Następnie OCR (legalny w szkole) i znajdź/zamień na standardowe błędy OCR i tym sposobem zrobiłem sobie ebooki Camilli Läckberg. Zrobione jako proof of concept i zaoszczędzone dwie stówki. Oczywiście bez przypisów i innych wodotrysków, ale do czytania się nadawały, a po przeczytaniu robiłem poprawki błędów. Moje legalnie zrobione ebooki przeczytały jeszcze dwie osoby (miałem dodatkową satysfakcję), więc rozumiem WL i zbiórkę kasy.

        • Gary pisze:

          adamb
          Czy mógłbyś wrzucić gdzieś tego ebooka poprawionego przez Ciebie po przeczytaniu i podać linka (chomik?)
          Ja także po przeczytaniu poprawiam ebooki żeby były w dobrej jakości więc wiem jak to dużo pracy, ale satysfjacja że ktoś to potem przeczyta a twoja praca się ‚opłaciła’ jest ogromna.

          [...] (usuwam linki, nie podajemy takich danych w komentarzach -rd.)

          Pozdrawiam

    • Ioosth pisze:

      Oczywiście jest to brutto. Nie ma to nic wspólnego z niekulturalnością gdyż jak dobrze się przypatrzysz jest to koszt który przekłada się bezpośrednio na gotówkę którą zbierają WL (oczywiście w tym przypadku skan był za zero – patrzę przez analogię)

      • Jest dokładnie tak jak piszesz. Ta kwota oczywiście jest kwotą brutto, bo musi obejmować podatek i ZUS. Fundacja działa zgodnie z prawem i nie możemy unikać płacenia tych kosztów, takie jest prawo i my go przestrzegamy. Podobnie sprawa się ma w przypadku wynagrodzeń pracowników fundacji: wynagrodzenia w sprawozdaniu są podawane brutto, gdyż takie są wytyczne Ministerstwa Pracy.

  7. kamil pisze:

    Celem obniżenia kosztów fundacji proponuję nieco zmniejszyć wynagrodzenia pracowników bo średnie wynagrodzenie rzędu 10 tys. miesięcznie to niemało.

    • kjonca pisze:

      Czy możesz powiedzieć jak Ci wyszło owe 10 tys?. (brutto? netto?) Serio nie wiem, a aż tak mi się nie chciało wgryzać w ich sprawozdania.

    • slawek pisze:

      Fundacja w sprawozdaniu za 2012 podaje 886.239 zł kosztów wynagrodzeń i średnio 7 osób zatrudnionych czyli tak jakby wychodzi 10.550 zł brutto na łebka :-O
      Jednakże to nie tak prosto bo w podanych kwotach z pewnością są wynagrodzenia tych wszystkich redaktorów i skanerzystów, którzy zapewnie nie są zatrudnieni na etacie tym samym nie są ujęci w sprawozdaniu. Policz sobie ile książek Fundacja ucyfrowiła w 2012 r., oszacuj koszty skanowania i radakcji, odejmij od tych 800 kafli i mniej więcej otrzymasz ile zarabiały księgowe, sekretarki i inni pracownicy etatowi.
      Są podane wynagrodzenia Prezesa Zarządu: 69.013 zł czyli 5750 zł brutto.

      • Radek Czajka pisze:

        Sławku, nie wprowadzaj w błąd.

        Podane w sprawozdaniu koszty wynagrodzeń obejmują zarówno wynagrodzenia tych 7 etatów, jak i 99 współpracowników z tytułu umów cywilno-prawnych.

        Jeśli chcesz wyliczyć średnią pensję tych 7 pracowników etatowych, to w sprawozdaniu jest też wyodrębniona kwota wynagrodzeń z tytułu umów o pracę: 429 373,12 zł. Daje to średnio 5111,58 zł kosztów pracodawcy miesięcznie, co przekłada się, jeśli dobrze liczę, na pensję ok. 4240 brutto (czyli ~3020 zł netto), a więc poniżej średniej pensji w Warszawie.

        • slawek pisze:

          No przecie to mówię ;-) Ale ponieważ kwota z umów o pracę jakoś mi umknęła więc kombinuję z innej strony.
          Dobra, już znalazłem tę kwotę. Jednak z opisu wynika, że są to wynagrodzenia brutto więc niepotrzebnie odejmujesz ZUS, czyli średnio to jednak 5111 zł.

          • alfa pisze:

            Składki ZUS za pracownika płaci również pracodawca ze swoich środków, nie tylko sam ubezpieczony ze swojego brutta. Emerytalna „po połowie”, także większość rentowej, a składki wypadkowa i na Fundusz Pracy są płacone wyłącznie przez pracodawcę.

          • Radek Czajka pisze:

            A faktycznie, to już jest średnie brutto.

            • alfa pisze:

              Chyba jednak za pierwszym razem było dobrze:
              http://wynagrodzenia.pl/kalkulator_oblicz.php
              Żeby zapłacić pracownikowi brutto 4240 zł (czyli netto 3020 zł), pracodawca musi ponieść koszty wynagrodzeń w łącznej wysokości 5114 zł. Bo oprócz samego brutta (z którego pracownikowi są potrącane jego części składek ZUS i podatek), pracodawca wpłaca do ZUS-u 874zł tytułem „swoich” składek za pracownika.

              • kangur pisze:

                Ale na koncie załóżmy „404 Wynagrodzenia” księgujemy wyłącznie kwotę brutto z umowy o pracę, natomiast koszty ZUS pracodawcy (ub. społ., fundusz pracy, fgśp) księgujemy na koncie „405 Ubezpieczenia społeczne i inne świadczenia”. Czyli jednak ponad 5 brutto.

              • alfa pisze:

                Słusznie, kangurze. Przegapiłem pozycję B.VI z rachunku zysków i strat Fundacji. A jest oddzielnie, jak byk.

              • Marta pisze:

                Podaję inne rubryki ze sprawozdania: Wysokość przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia (brutto) wypłaconego pracownikom organizacji [...]: 5 111,58. Wysokość najwyższego miesięcznego wynagrodzenia (brutto) wypłaconego pracownikom organizacji [...]: 9 232,85. I inna ciekawa rubryka: Wysokość przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia (brutto) wypłaconego członkom organu zarządzającego organizacji: 5 447,41 . No to rzeczywiście kokosy! :D Ostatnio wpadł mi w ręce przy okazji porządków mój aneks do umowy w dużej firmie spedycyjno-logistycznej z 2007 roku. Na stanowisku specjalisty ds. personalnych (rekrutacje i szkolenia) miałam… 5 600,00 brutto. W 2007. A w 2008 na okresie próbnym na stanowisku asystentki zarządu w dentystycznej sieciówce 7 500,00 brutto.

    • adrgfsdafgsdf pisze:

      celem kazdej polskiej fundacji jaka mialem nieprzyjemnosc poznac jest spokojne zycie ;) ludzie mysla ze slowo fundacja laczy sie ze slowami darmowosc, bieda, poswiecenie, dobry czlowiek a tymczasem pierwsze co to zakup aut, komputerow i nieruchomosci ostatnio nawet widzialem w na rynku w krakowie siedzibe fundacji ktora pomaga dzieciom …

      • Radek Czajka pisze:

        W FNP są komputery (poleasingowe ThinkCentre, http://allegro.pl/listing/listing.php?string=thinkcentre&buyUsed=1 ), nie ma żadnych aut ani własnych nieruchomości. Jest siedziba, w której już brakuje miejsca do pracy, o takich ekscesach jak np. biurko dla prezesa nawet nie wspominając. Biedy przy tym nie ma, jest za to (przynajmniej z punktu widzenia programisty) ciekawa, pożyteczna praca nieco poniżej rynkowych stawek.

      • W takim razie zapraszam do nas na kawę, myślę że w tej sytuacji będziesz zaskoczony. Wiemy, że trzeci sektor nie ma najlepszej prasy, i my również znamy wiele organizacji pozarządowych które słowo „misja” traktują z dystansem. Ale na szczęście znamy też setki organizacji pozarządowych, które faktycznie działają na rzecz publicznego dobra. Mamy nadzieję, że efekty które osiągamy uzasadniają nasze istnienie.

  8. slawek pisze:

    Jak słyszę o „uwspółcześnianiu pisowni” to nóż mi się w kieszeni otwiera.
    Tylko czekam aż któś się weźmie za uwspółcześnianie „Żywotów Pań Swawolnych” Brantome w przekłądzie Boya. To dopiero będzie wyczyn!

    • Robert Drózd pisze:

      Oj, nie byłbym tak zdecydowany w poglądach – na pewno chciałbyś, aby książki z Wolnych Lektur były formatowane w sposób jak niżej?

      Jestem przekonania, że niemożna stworzyć żadnej kreacyi, nie poznawszy dobrze ludzi, podobnie jak nie można mówić jakimkolwiek językiem, nie nauczywszy się go wprzódy.
      Nie mam jeszcze lat, w których się tworzy — zadawalniam się więc opowiadaniem.
      Uprzedzam jednak czytelników o prawdziwości tej historyi, której wszystkie osoby — z wyjątkiem bohaterki — żyją dotąd.

      To początek „Damy Kameliowej” z Wikiźródeł, gdzie obowiązuje zasada kompletnej wierności wobec oryginału. Ale w przypadku publikacji skierowanych do masowego odbiorcy stosuje się poprawienie interpunkcji czy reguł pisowni zgodnie ze współczesnymi zasadami.

      • asymon pisze:

        Z drugiej strony, podobno na polonistyce czytają „Na srebrnym globie” Żuławskiego, właśnie zwracając uwagę na piękny, lekko archaiczny język młodopolski.

      • slawek pisze:

        Jakież to urocze! ;-)
        OK, powiedzmy, że rozumiem tę potrzebę. Jednak zastanawiam się jak uda się przeprowadzić uwspółcześnianie np. Norwida? Przecież to zamorduje jego teksty. Nawet jak uwspółcześniacz dorówna talentem Norwidowi efekt IMHO będzie wątpliwy.
        Tak naprawdę denerwują mnie takie przypadki jak ten z cyklem „Królowie Przeklęci”. Właśnie wychodzi nowe wydanie no i czytamy: „W Wydawnictwie Otwartym pojawił się pomysł poszerzenia grona fanów prozy Maurice’a Druona o nowego, młodszego odbiorcę. Tłumaczenie Anny Jędrzychowskiej – skądinąd bardzo dobre – jest mocno archaizowane, my natomiast odmładzamy język. Zrezygnowaliśmy między innymi z archaizacji w składni, przez co książka jest łatwiejsza w odbiorze.” Co to za bulszit? Czy postaci mają mówić „zajebiście” i „k…a”, żeby było „łatwiej w odbiorze”?

        • Doman pisze:

          Przecież nie chodzi o uwspółcześnienie słownictwa tylko dostosowanie się do reform ortografii, główniej tej z 36 roku.

        • martyna pisze:

          Przyznam szczerze, że nie porównywałam obu tłumaczeń, ale co do samego pomysłu – nie posunął się chyba aż tak daleko ;), a w samym zamierzeniu, żeby książkę czytało się współczesnemu, młodemu odbiorcy trochę łatwiej nie ma chyba nic złego. Mówimy tutaj przecież o przekładzie, a nie o przepisaniu np. jakiegoś klasycznego dzieła polskiego na współczesny język (nie myślę tutaj o uwspółcześnieniu pisowni). To też robi różnicę, bo jednak wiele zależy w tekście od tłumacza i zamiana tłumaczenia na inne nie musi odbić się źle na samym dziele.

      • tzigi pisze:

        Ależ oczywiście, że tak jest lepiej. Uwspółcześnianie pisowni to zbrodnia dokonana na tekście. Boy genialnie stylizował – „Żywoty Pań Swawolnych” czy teksty Villona w jego przykładzie świetnie oddają dawny francuski takim, jakim czyta go współczesny Francuz (jestem romanistką, więc wiem, co mówię). Tak samo uwspółcześnianie „Damy Kameliowej” jest bez sensu. Pisownia powinna zostać taka, jakiej chciał twórca/tłumacz.

        • alfa pisze:

          Uwspółcześnianie pisowni to zbrodnia dokonana na tekście.

          Sęk w tym, że autor lub tłumacz na ogół stosowali takie reguły pisowni, jakie obowiązywały w ich czasach. Gdyby pisali współcześnie, stosowaliby współczesne, n’est ce pas?

          Czy tylko z tego powodu, że żyli kiedyś, a nie dziś, mamy we współczesnych wydaniach ich utworów, przeznaczonych dla zwykłego odbiorcy — takiego samego, do jakiego kiedyś były adresowane, pozostawiać bez zmian wszelakie „bezemnie”, „pozatem” albo „historje”? To może jeszcze w tekstach Krasickiego nie rezygnujmy, broń Boże, z „długiego s”, bo w pierwotnych drukowanych wydaniach przecież występuje, zgodnie z ówczesną normą?

        • inatheblue pisze:

          Nawet nie masz pojęcia, jak wyglądają nieuwspółcześnione wersje np. poezji barokowej, bo w nowych wydaniach (w tym nowych – PRLowskich) zostawia się elementy stylizacji. Tego się nie da czytać w oryginale, poważnie :). Uwspółcześnianie „Damy kameliowej” nie idzie automatem, relacjonowano mi przygody z opracowywania przedwojennych książek – niektóre formy zostawia się dla smaku, uwspółcześniane są te, które niewiele wnoszą, za to zaburzają odbiór. Do tego trzeba mieć duży słuch językowy i zapewniam, że nie każdy, nawet wyszkolony polonista go ma – to jest po części wrodzona zdolność. Nie zrobi tego człowiek z łapanki.
          A 1300 złotych to jest suma na waciki, ja się dziwię, że ludzie mają z tym problem.

    • alfa pisze:

      Ale-bo… Uwspółcześnianie pisowni to normalna praktyka. Trzeba odróżnić dwie rzeczy: a) dostarczanie tekstu dokładnie takiego samego, jak w pierwszym wydaniu danego utworu (łącznie z błędami druku!) od b) dostarczania tekstu w postaci (pisowni) odpowiedniej dla współczesnego zwykłego czytelnika. Oba te podejścia godne są i sprawiedliwe, ale do różnych celów, dla różnych odbiorców. Dla przeciętnego czytelnika tekst utworu się uwspółcześnia, co bynajmniej nie oznacza, że koniecznie zmienia się słownictwo lub składnię.

      Oryginalny wstęp do tłumaczenia „Kandyda” przez Boya-Żeleńskiego wyglądał tak:

      W pierwszej epoce swojej długiej i bogatej twórczości, Wolter nietyle troszczył się o to, aby społeczeństwo reformować i ulepszać, ile aby, w takiem jak jest, zająć najpocześniejsze miejsce. Prowadziły wówczas do tego celu trzy drogi: talent, majątek i szlachectwo. Pierwszego ma poddostatkiem i szafuje nim zręcznie, nie wahając się rozmieniać go w potrzebie na drobną monetę salonowej galanterji i igraszki; drugi osiąga rychło, obracając przezornie schedą ojcowską, wyzyskując koneksje i stosunki, i zdobywając, już za młodu, podstawy materjalne, które mu zapewnią na całe życie niezależność a nawet bogactwo.

      A przecież to tekst wydany w roku 1931, nie ma nawet 100 lat! Oczywiście, zaznaczone przeze mnie miejsca powinny zostać dostosowane do dzisiejszej pisowni i rzeczywiście w edycji Wolnych Lektur zostały dostosowane. W przypadku tekstów staropolskich czy barokowych uwspółcześnienie jest znacznie delikatniejsze, pozostawia tekst możliwie bez zmian, z odpowiednimi przypisami, np.:

      Człowiek nie urzekł, wiedząc, że tak wiele
      Tych całowanków. Bo cudze wesele
      Rodzi jad ciężki w sercu zazrośnego.

      Ten potem, z miesca wypadwszy swojego,
      Srodze człowieka szczęsnego zaraża,
      Czym wszytkie jego rozkoszy przekaża.

      Mikołaj Sęp Szarzyński, „Do Anusie”

      • Rafał pisze:

        A ja bardzo żałuję że nie ma na wolnych lekturach do wyboru wersji uwspółcześnionej i oryginalnej. Mam jedną książkę Boya z lat 30 i uwielbiam zanurzać się w tej starej ortografii. A za barok w oryginale też bym się zabrał, nie boję się. Przepisywałem kiedyś kawałki Zielnika Syreniusza i długie „ſ” po kilku minutach stawało się czymś naturalnym i zwyczajnym.

  9. AJ pisze:

    Jak czytam tu speców od edytorstwa, to myślę, że lepiej dorzucić grosik Wolnym Lekturom, przynajmniej chyba wiedzą, co robią.

  10. patyczak pisze:

    Heh, 50kPLN za skaner, tutaj jak widać sam „mechanizm”, bo aparaty trzeba kupić osobno… Jakaś kosmiczna kwota. Skanery takiej konstrukcji można kupić za 500$ plus 2 aparaty, które mogą być zwykłymi najtańszymi „małpkami” z allegro po 200PLN sztuka. Sam budowałem takie skanery (no dwa, z czego jeden był tylko połówką…) i jak widzę 50kPLN to żałuję, że rynek nie jest zbyt szeroki na takie urządzenia, bo żyłbym jak ten słynny lodziarz i jego wypasione córki – jak pączek w maśle.
    100 stron na godzinę kiedy skaner robi skan dwóch stron jednocześnie to też jakiś ślamazarny ten skanerzysta. Przecież to jest 50 podwójnych skanów czyli 1 skan na ponad minutę!?
    Na własny użytek skanowałem sobie 5 tomów przygód Komisarza Drwęckiego i skanowanie tą połówką skanera (książka co chwilę się przesuwała, walczyłem z odbiciami „lewych” źródeł światła itp itd) zajmowało mi jakieś 1,5h na około 300 stron. Zerknąłem na źródłowe pliki i widzę, że momentami miałem 9s na stronę. Potem obróbka skanów – wycinanie treści, korekta kontrastu, jasności, prostowanie itp itd to 1-2h. Potem OCR na 4 rdzeniowym laptopie 1-1,5h.
    A potem jakieś dwa dni po 3-4h na korektę i formatowanie. Zgrubną, bo żeby to dokładnie zrobić to w zasadzie trzeba książkę przeczytać w trakcie korekty, a przecież nie o to chodzi żeby czytać na ekranie monitora zamiast na Kindelku.
    Podsumowując – najbardziej czasochłonny i co za tym idzie drogi, jest etap od wyjścia z OCR do gotowego ebooka, ale cena skanera w powyższych wyliczeniach… załamuje.

    • kjonca pisze:

      „Skanery takiej konstrukcji można kupić za 500$ plus 2 aparaty, które mogą być zwykłymi najtańszymi „małpkami” z allegro po 200PLN sztuka. ”

      Możesz podać namiar? Sam mam sporo „książek” do wskanowania i rozważam jak sobie to trochę zautomatyzować. Ale 50K to trochę dużo :)

      Inna sprawa, że nie wiem jak wyczytałeś, że 50K jest za sam mechanizm. Ja tam widzę, że to jest za „całe stanowisko” (skaner + aparaty + soft +…)

      • Ja tez poprosze o link. Serio, jesli jest cos tanszego od Atiza z identyczna funkcjonalnoscia za 500$ to jest to dla nas wazna wiadomosc. W chwili kiedy kupowalismy niestety niczego takiego nie bylo.

          • alfa pisze:

            „DIY Book Scanner” czyli skaner samodzielnie robiony, dla majsterkowiczów („składa się z dwóch źródeł światła, dwu aparatów fotograficznych oraz `kilku kawałków drewna i akrylu’”). Raczej nie występuje w postaci „do kupienia” jako gotowe urządzenie.

            • tzigi pisze:

              Wiesz, umiem czytać i nie musisz mi tego wyjaśniać. Za to przypuszczam, że na podstawie tego projektu już jacyś ludzie sprzedają gotowe skanery i wtedy to tak wychodzi jak napisałam. A DIY Book Scanner jest względnie prosty do zrobienia, więc nie jest to nieprawdopodobne.

              • alfa pisze:

                Ogólna idea niczym się przecież nie różni od ogólnej idei profesjonalnego sprzętu tego typu. A co do sprzedaży „DIY skanera”, to owszem, tak jak przypuszczasz, „ludzie sprzedają”… A konkretnie sam autor. Sprzedaje do samodzielnego montażu, uczciwie przestrzegając:
                First and foremost, this is a beta. It’s not a consumer product like you might buy in a store.
                [...]don’t buy this kit if you don’t want to learn how to build things
                [...]
                Getting to a complete, working scanner will require some perseverance on your part – building this kit is just the first step. Configuring it, and figuring out the best software workflow are individual to your project and also require time and effort.

                Na dodatek ten zestaw nawet nie jest kompletny, bo brakuje szklanych płyt, aparatów fotograficznych, a nawet mechanizmu wyzwalającego do aparatów (w pierwszej partii oferowano mechanizm z hamulców rowerowych, ale większości osób uznała go za niesatysfakcjonujący)…

                Cały „projekt” tego skanera powstał z przeznaczeniem to be installed in „Hackerspaces” which are new community workshops for builder-types to come together and share skills — czyli dla dłubaczy-majsterkowiczów. To NIGDY nie miało być urządzenie dla zwykłego klienta, który płaci i wymaga odpowiednio porządnego produktu.

                Samochody też można samodzielnie konstruować, wiesz…

        • patyczak pisze:

          Hej, przepraszam, za odpowiedź z opóźnieniem, ale nie było mnie kilka dni przy komputerze i sieci…
          link tutaj http://diybookscanner.myshopify.com/products/diy-book-scanner-kit

          Co do funkcjonalności to trudno mi tutaj oceniać czy jest porównywalna z tym co kosztuje 50kPLN, ale pomysł i mechanizm bardzo zbliżony, więc zapewne oba urządzenia spełniają swoje zadanie równie dobrze.
          Na stronie są filmiki z prezentacją budowy i działania skanera. O ile się nie mylę są też plany jak coś takiego samemu zbudować, ale tu mogę się mylić, bo ludzie konstruują najprzeróżniejsze wersje skanerów książek, a ja swego czasu mnóstwo tego przeglądałem.

          @alfa – nie wiem czemu nie mogę odpowiedzieć na Twój post dlatego dopiszę tutaj. Piszesz, że brakuje szklanych płyt – dowolny szklarz robi takie płyty za 15PLN sztuka.
          Brak aparatów – pisałem o tym, że trzeba samemu dokupić.
          Co do wersji beta – jeśli ktoś, jakaś organizacja, zbiera pieniądze, 1300PLN na to by zrobić ebooka jednej książki, a wydaje 50kPLN na sprzęt, który przy odrobinie wysiłku można mieć za niewielki ułamek tej kwoty to chyba warto.

          • kjonca pisze:

            „pomysł i mechanizm bardzo zbliżony, ”
            No cóż, to trochę tak jak z maluchem i ferrari.
            oba mają silnik z tyłu, oba są chyba 4 osobowe, więc pomysł i mechanizm bardzo zbliżony.
            Ale jakoś ludzie wolą przepłacać za ferrari zamiast kupić malucha.

            Poza tym, zwracam uwagę, że _chyba_ do większości cen trzeba doliczyć cło i vat.

            PS. NIe mam nic wspólnego z WL (poza byciem członkiem ISOC-PL, co nie ma tu większego znaczenia).

            I nie wiem czy ten skaner powinien kosztować 50k czy 40 czy może 10.

            Natomiast … tu może dygresja.
            Od czasu do czasu byłem świadkiem różnych dyskusji nt. funkcjonalności np. banków internetowych.
            Często gęsto trafiał się tam jakiś „młody gniewny” który mówił, że „czemu mBank/inteligo/inny bank nie dorobi funkcjonalnośći XYZ, przecież to tylko 3 linijki kodu w JS/SQL/C. ”
            I takie podejście mogłem skwitować tylko wzruszeniem ramion.
            Owszem, samego kodu było może i 3 linie, ale zwykle trzeba do tego:
            1. sprawdzić, czy te 3 linie nie wpłyną na coś innego
            2. przetestować
            3. wdrożyć
            4. UDOKUMENTOWAĆ
            o czym zwykle „młodzi gniewni” zapominają.
            I ton niektórych komentarzy tutaj jakoś tak mi się właśnie kojarzy ….

            Z mojej strony EOT.

          • Robert Drózd pisze:

            Ja akurat ten skaner w siedzibie WL widziałem, robi wrażenie i nie dziwię się wcale cenie.

            Wszystkie rozwiązania DIY są fajne do amatorskich zastosowań, ale łączny koszt utrzymania może być wcale nie mniejszy. A co do kosztów – pamiętam taką sporą aferę, jak ktoś odkrył, że nowy serwis prezydenta (jeszcze poprzedniego) miał kosztować 300 tysięcy – posypały się gromy, chociaż to przecież było m.in. z utrzymaniem przez 3 lata. A w takiej perspektywie 300k to są koszty zatrudnienia jednego dobrego informatyka…

    • Dżejms pisze:

      patyczak – zgadzam się z Tobą.
      Swego czasu skanowałem zawodowo (w 98 roku zeskanowanie 1 strony trwało minutę na skanerze gdy nie było jeszcze USB, tzn. skaner którym skanowałem był podłączony chyba COMem). Teraz, zakładając, ŻE MOŻNA KSIĄŻKĘ ZNISZCZYĆ, w minutę u mnie w firmie skanuje się ok 40 kartek (czyli ok 80 stron). Nie wiem co to za skaner ale żaden wypas. Nie pracuję już w tym dziale ale liczba skanów przekroczyła u nas milion (akty prawne) i gdyby to miało trwać 100 stron na godzinę to… szkoda gadać.

  11. Rafiglafi pisze:

    Przepraszam, ale ośmielę nie zgodzić się z obliczeniami ceny.

    576 : 100 = 5,76

    5,76 * 70 = 403,2

    576 + 403,2 = 979,2

    • alfa pisze:

      Umknęły ci koszty redakcji technicznej:
      Redakcja techniczna = 192 zł
      Redakcja merytoryczna = 576 zł
      Koszt informatyczne = 40% ogólnej sumy kosztów redakcji
      Koszty organizacyjne = 30% ogólnej sumy kosztów redakcji

  12. HH pisze:

    Nie ma to jak naciąganie fikcji, bo raczej nie faktów, do swoich potrzeb.
    Urządzenie, o którym mowa w artykule, do skanowania książek wykonuje skan ok. 700 stron na godzinę – tutaj test tego urządzenia: http://www.pcmag.com/article2/0,2817,2420843,00.asp
    Czyli ten pracownik na przeciętną książkę potrzebuje 30 minut!

    • kjonca pisze:

      Ale ty to WIESZ, czy też opierasz się na deklaracjach producenta?
      („Atiz says that with typical settings, you can scan about 700 pages per hour. „)
      Bo, że taka wydajność jest możliwa to wierzę, ale to niekoniecznie musi być rzeczywista wydajnośc w tym przypadku.

    • Robert Drózd pisze:

      To tak jak wierzyć producentom drukarek atramentowych, co do szybkości wydrukowanych kartek na minutę i wydajności pojemników z tuszem… :-) W pewnych warunkach pewnie jest to możliwe – ale wszystko zależy pewnie od ustawień, rodzaju skanowanego manuskryptu (a jak się go wypożyczyło z biblioteki to trzeba ostrożnie) i osoby operatora…

  13. Adam pisze:

    Generalnie zgadzam się z tekstem, ale osobiście zainteresowany jestem, że tak powiem, półproduktem, czyli formatem TXT. Dotyczy to oczywiście prozy. Dlaczego? Otóż nie potrzebuję okładek, rysunków, spisu treści, przypisów, zwłaszcza obecnych w stopce (w dobie internetu jest to anachronizm i przeszkadza w czytaniu), a całe formatowanie winno się sprowadzić do akapitów i wcięć (tabulator). Taki format świetnie osadza się w dowolnym czytniku (od Kindle po telefony) i, jak kilkunastoletnie już doświadczenie mi wskazuje, większość moich książek i tak na pewnym etapie przechodzi formę txt na drodze docelowej (np. jedyny czytelny tekst na TrekStor to pdf z szablonu, stworzony z txt).
    TXT wymaga znacznie mniejszego nakładu pracy więc powinien być tańszy, a nawet jeśli nie, to bardzo by się przydał jako opcja.

    • alfa pisze:

      Wśród formatów wynikowych WL jest także czysty tekst. Na stronie utworu można go znaleźć pod przyciskiem „Pobierz”, jako opcję „TXT – do zadań specjalnych”. Zwykły plik tekstowy, kodowany w UTF-8, bez znakowania wyróżnień w tekście, bez przypisów i motywów, z prostą stopką redakcyjną na końcu.

      Zob. np.:
      http://wolnelektury.pl/media/book/txt/kandyd_4.txt

  14. blue pisze:

    A u mnie w wydawnictwie nikt nie skanuje ręcznie książek – po prostu gilotyną rozcina się im grzbiety i wkłada strony do kserokopiarki, która gotowy skan wysyła na zaprogramowany adres mailowy. Nie widzę potrzeby skanowania Atizem czy czymś podobnym książek, z których wyciągamy tylko tekst, nie kontrolując odwzorowania rysunków itp. Jeśli już ktoś się upiera przy skanowaniu przez człowieka to naprawdę wystarczy coś z Plusteków OpticBook.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Przed dodaniem komentarza zapoznaj się proszę z zasadami komentowania.

Komentarze do tego artykułu można śledzić także w formacie RSS.