Za drogo? Ustaw alerty cenowe na e-booki i kupuj taniej!

Last Minute: Kindle Paperwhite III za ok. 520 zł, Kindle 8 za ok. 260 zł!

[Aktualizacja] Debata online nt. piractwa e-booków w Polsce – w najbliższy poniedziałek

piractwo_ebookow_w_polsce_debataonline14marca2016_grafika

Virtualo zaprasza na debatę online pod tytułem „Piractwo e-booków w Polsce. Czy da się skutecznie walczyć z rosnącą plagą?”

Debata odbędzie się w poniedziałek, 14 marca 2016 o godzinie 12 i będzie do obejrzenia w streamingu pod adresem: http://www.ustream.tv/channel/AF8N25EaXTm

Będzie też pewnie można obejrzeć zapis dyskusji.

W debacie wezmą udział:

  • Jarosław Lipszyc – prezes Fundacji Nowoczesna Polska prowadzącej m.in. Wolne Lektury;
  • Wojciech Orliński – dziennikarz, pisarz, publicysta;
  • Kinga Jakubowska – kulturoznawca, prezes Fundacji Legalna Kultura;
  • Robert Rybski – twórca i szef księgarni Virtualo.pl;
  • Anna Dziewit – Meller – pisarka i dziennikarka

Temat bardzo nośny – bo tutaj każdy ma swoje zdanie, a wpis Wszystkie nasze pirackie hipokryzje od dawna bije rekordy popularności pod względem liczby komentarzy. :-)

Zachęcam do oglądania dyskusji i poznania różnych punktów widzenia. Podczas jej trwania będzie można zadawać też pytania na czacie.

Aktualizacja z 15 marca – mamy już nagrania z debaty, w trzech częściach:

Niestety jakość dźwięku jest dość słaba. Podsumowanie debaty przygotował m.in. serwis Dobre Programy.

Virtualo przygotowało też osobną stronę akcji #antypiracimy.

Czytaj dalej:

Artykuł był przydatny? Jeśli tak, zobacz 6 sposobów, na jakie możesz wspomóc Świat Czytników. Dziękuję!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Książki na czytniki, Ogłoszenia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.
Hosting: Zenbox

172 odpowiedzi na „[Aktualizacja] Debata online nt. piractwa e-booków w Polsce – w najbliższy poniedziałek

  1. rudy102 pisze:

    Już widzę te różne punkty widzenia patrząc kto będzie dyskutantem. :D

    10
    • Robert Drózd pisze:

      Niekoniecznie. Fundacja Nowoczesna Polska miała projekt http://prawokultury.pl/ w którym chyba w warszawskim metrze pojawiały się banerki np. o prawie do kopiowania. Z kolei Legalna Kultura ma bardziej restrykcyjne stanowisko.

      0
  2. bq pisze:

    Czy rosnie i czy jest plaga????

    2
  3. Zalewski pisze:

    Tak. To moja odpowiedź na pytanie postawione w dyskusji.
    I aż nie mogę się nadziwić stwierdzeniu, jakoby piractwo ebooków to rosnąca plaga. Pewnie wynika to po prostu ze wzrostu popularności samego e-czytania, a nie wszyscy jego entuzjaści dorośli do tego, że książka to książka, za którą należy się odpowiednia zapłata.
    Ale może, im więcej piraci będą czytać, tym szybciej przejdą na jasną stronę mocy. W końcu ponoć czytanie pozytywnie wpływa na inteligencję. 😉

    7
    • rudy102 pisze:

      Ale z tego co wiem nikt nie sprzedaje książek w formie elektronicznej tylko usługi dostarczenia takich książek, które mogę sobie przeczytać ale np. odsprzedać już nie. Tak mi się wydaje, bo kupuję tych usług bardzo dużo więc licząc na możliwość odzyskania części pieniędzy wysyłałem pytania na ten temat ale pozostawały bez odpowiedzi.

      2
      • krzyszp pisze:

        A nie jest tak, że to „sprzedaż” jest usługą, ale już sama treść towarem?
        W końcu (poza abo Legimi) nie kupujemy licencji na czytanie, ale konkretną treść…

        0
      • Sebastian pisze:

        Poruszasz temat dość grząski.

        Teoretycznie wystarczy aby księgarnie dały możliwość aktualizacji np. znaku wodnego i przeniesienia treści na inne konto, a praktycznie problemem jest tutaj uczciwość jednej ze stron, która powinna pozbyć się wszystkich kopii. Teoretycznie fizyczną książkę też można sobie skopiować ale jest to proces co najmniej czasochłonny i wątpliwy pod względem finansowym jeśli mówimy o kserze i literaturze niespecjalistycznej, a przy kopiach elektronicznych chronionych jedynie znakiem wodnym takich problemów nie ma…

        Druga sprawa, to stopniowa degradacja fizycznej książki, która znów nie występuje przy kopiach cyfrowych.

        0
        • RA pisze:

          Ja widzę jeszcze jeden aspekt, bardziej przyziemny. Stworzenie rynku wtórnego znów odbije się na ekonomi całego systemu. Zauważyć należy, że siłą napędową są pieniądze, a tych jest mało. Książka przegrywa coraz częściej z nagraniami wideo, animacją czy plikami audio. Czas przecieka na skutek coraz większego zalewu śmieciowej informacji i rozmyciu przyczyny i skutku w systemie edukacji. Wyszukiwanie informacji staje się normą, tylko jakość nie idzie w parze z szybkością.

          Piractwo to oznaka chorego rynku, a nie tylko widzimisię pseudo pirata. Niektóre pozycje funkcjonują tylko poza oficjalnym kanałem dystrybucji. Informacja poza głównym kanałem tez musi istnieć, bo koszt wejścia dla wielu jest za duży. Jak byłem młodszy, to też korzystałem z takiego sposobu pozyskiwania dóbr (możecie pisać, co chcecie, ale moich rodziców nie było stać na zakup tego, co rozwijało, by zainteresowanie literaturą), potem zaś stałem się hojnym sponsorem księgarni.

          Najważniejsze, aby społeczeństwo miało jak najlepszy dostęp do wiedzy, ale z furtką dla najmniej zamożnych (nie liczę złodziei z pensjami pozwalającymi na zakup tego, co chcą). Obecnie zabronić, bo nie kupią, jest złym pomysłem, bo produkt często w czasie się dezaktualizuje (książki techniczne, literatura naukowa), a ceny są dość znaczne (duże księgarnie zagraniczne przymykają oko na piractwo, jednocześnie robią co określony czas dużą wyprzedaż). Biblioteki są niedoinwestowane, na kilka tysięcy studentów uczelnia ma tylko kilka-kilkadziesiąt pozycji. Niektóre podręczniki już od dekady nie miały wznowienia, pomimo że wymagane są przez prowadzących, a nowe wydania prominentnych autorów to odpis starych i dodanie kilku mało istotnych wypełniaczy i to z błędami. Na zachodzie dostaje się materiały opracowane i podane wraz z rozpoczęciem nauki. Nam do tego poziomu daleko, ale co jest przyczyna tak drogich podstawowych podręczników w Polsce. Ktoś po prostu robi skok na kasę, więc jestem za tzw. piractwem, pomimo że sam kupuję z księgarni.

          7
  4. krzyszp pisze:

    Ja również nie mogę się nadziwić, że w naszym pięknym kraju „piracenie” książek (ależ to potworek językowy) określa się mianem plagi… Tak postawione stwierdzenie zakłada z góry, że jest to zjawisko powszechne, gdzie osoby kupujący książki w wydaniach elektronicznych to margines. Nie mogę się z tym zgodzić, uważam, że jest to znacznie mniejsze zjawisko niż np. oglądanie „pirackich” filmów… Oczywiście, nie mam żadnych wyników badań, które by to potwierdzały, ale „druga strona” (czyt. wydawnictwa) również takich dowodów nie mają…

    Ps. Jeżeli ktoś przytoczy badania PwC, to go wyśmieję. Ich „raporty” to zbiór stwierdzeń na podstawie „badań” do których nie podają metodologii i których kompletnie nie da się zweryfikować. Na dodatek PwC nie występuje jako podmiot w polskim prawie (nie ma takiej organizacji zarejestrowanej w naszym kochanym państwie).

    6
    • sdf pisze:

      PwC, EY itd. to firmy, które przelewają z pustego w próżne. Dziwię się, że one dostają taką kosmiczną kasę za swoje audyty finansowe i że ktoś chce dobrowolnie za coś takiego tyle płacić.

      2
    • Doman pisze:

      Według tej strony mają zarejestrowane aż 3 pod tym samym adresem w Warszawie
      http://www.pwc.pl/pl/o-nas/wlasciciel-strony.html
      Pewnie hocki-klocki podatkowe.
      Skąd masz informacje że nie istnieją?

      1
      • krzyszp pisze:

        O przepraszam, to się zmieniło, ostatni raz sprawdzałem około roku temu..
        Nawet przy okazji ich „raportu” na temat piractwa pokusiłem się o sprawdzenie tej informacji „u źródła” i dziwi mnie, że są wpisani z datą 2001-11-13, a na mój kontakt odpisali mi tylko, że są jedynie reprezentowani przez jakąś kancelarię…

        0
  5. rufi pisze:

    „czytamy legalnie, a Ty?”
    no cóż, w świetle prawa wszyscy czytamy legalnie – nawet Ci ściągający z chomika
    dotyczy to też muzyki i filmów

    32
  6. Marcepan pisze:

    Debata faktycznie będzie dotyczyć piractwa jedynie już wydanych ebooków? Kwestii zabezpieczania znakiem wodnym? Obawiam się że to będzie krótka debata…

    0
  7. jsz pisze:

    Tytuł debaty to prawie jak „Kto był najwybitniejszym człowiekiem XX wieku i dlaczego właśnie…”.

    11
  8. andro1973 pisze:

    Chyba nie sądzicie że ktoś napisze tu ….dzień dobry ja to nie kupuję ebooków tylko z sieci wszystko mam . Wydaje mi się że ta dyskusja szybko się skończy. Wydaje mi się że debata powinna być pod tytułem czy ebooki są drogie ? Nie wspominam tu o różnego rodzaju promocjach tylko proste pytanie….Czy EBOOK jest drogi ?

    4
    • jsz pisze:

      Branie z sieci jest póki co legalne, tylko wystawianie nie…

      Chociaż – w Hiszpanii dokąd jest niekomercyjne to jest legalne (w każdym razie niekarane) i powstają tam takie koszmarne potworne i w ogóle paskudne strony jak epublibre.org (zdecydowanie nie polecam tej pirackiej meliny a w każdym razie bardzo się staram nie polecać). Swoją drogą ciekawe czy jakby siedząc w Polsce udostępniać na serwerze w Hiszpanii… ale może zostawię te myślozbrodnie przynajmniej aż się połączę jakimś Torem…

      3
  9. szalony iwan pisze:

    Ze swojego już „sporego doświadczenia” powiem, że piracę i mam to gdzieś. I tak bym w życiu tego co czytam nie kupił, więc nie widzę problemu w tym, że ściągam pirackie ebooki. Dla równowagi powiem, że mam czytnik (PW2) i ciężko jest znaleźć interesującego mnie pirata w formacie Mobi (zwykle do ściągnięcia są PDFy). Więc kupuję też ebooki (tak, płacę) i w przeważającej części żałuję (nie kasy, a zmarnowanego na owego ebooka czasu). Mówię tu o wydawnictwie Helion, z którego w 95% korzystam. Czytam tylko „literaturę” informatyczną i zawodów jakich doświadczyłem przez (uwierzcie) spory już czas, jest tyle, że próba ściągnięcia pirackiego ebok’a jest pierwszą czynnością jaką wykonuję przed „dorwaniem” interesującej mnie książki. A po ewentualnych nieudanych kilku próbach, następuje zakup owego ebook’a. A potem w 95% następuje tego zakupu żałowanie. Podsumowując, piracę bo Polacy w większości (tak, są wyjątki) nie potrafią napisać normalnej informatycznej książki.

    9
    • krzyszp pisze:

      Przyznam, że mnie zszokowałeś…
      Książek IT nie kupuję wiele, ponieważ… z reguły są nieprzydatne. Szybciej potrzebne informacje znajdę w sieci na różnych portalach programistycznych niż w jakiejkolwiek książce. Dlatego kupiłem ich tylko kilka z powodu chęci podbudowy wiedzy teoretycznej.
      Ale powody podane przez Ciebie są… Po prostu dziwne…
      Rozumiem to tak – ściągnięty z sieci skan jest ok, ale po zakupie nagle się okazuje, że książka jest kiepska?

      2
      • Jacek pisze:

        Bo liczy się przecież stosunek użyteczności do ceny.
        A gdy cena dąży do 0, to wartość dąży do nieskończoności.
        Proste, prawda?
        ;-)

        3
      • szalony iwan pisze:

        Tak jak Jacek napisał, nie będę narzekał na coś za co nie płaciłem. Beznadziejna książka za darmo to nie to samo co beznadziejna książka za pieniądze. Co do zdania, czy lepiej uczyć się z internetu czy z książki, to kwestia indywidualna. Wolę z książki.

        2
      • xxx pisze:

        W przypadku Heliona jest trochę inaczej. Wydawane przez nich książki są zazwyczaj (przynajmniej ja się NIGDY nie spotkałem z przeciwnym przypadkiem) wydane fatalnie. Poczynając od beznadziejnego tłumaczenia.

        Dodatkowo w ebookach jedyny w miarę kompletny format to pdf. Pozostałym często brakuje części tekstu, na uwagi o czym wydawnictwo nie reaguje.

        Dlatego mam podobnie jak Iwan: jak widzę u nich coś, co ma szansę być ciekawe – szukam w Sieci: oryginału.

        1
    • Jacek pisze:

      kiedyś cie namierzą i będziesz się szarpał z różnymi kancelariami , które szukają takich jeleni by wyszarpać kasę , wjazd na chatę policji też jest bardzo możliwy , konfiskata kompa , jak coś znajdą to ci tak przywalą że kwota 30-50 zł za książkę będzie po prostu śmieszna .

      0
      • szalony iwan pisze:

        Nie udostępniam pirackich wersji, tylko je ściągam. To nie jest nielegalne (chociaż powinno być).
        Kwestia sumienia. Jak pisałem powyżej, ściągam pirackie wersje bo się sporo razy na zakupionej książce zawiodłem. Na usprawiedliwienie powiem, że zdarzyło się zakupić książkę po jej wcześniejszej pirackiej wersji przeczytaniu (np. genialna „Symfonia C++” Jerzego Grębosza…). Zdarzało się kupić kilka egzemplarzy tego samego tytułu, bo chciałem mieć jego ładniejsze wydanie (np. świetny „Król Szczurów” James’a Clavell’a, czy uniwersalną i ponadczasową „Sztukę Wojny” Sun Tzu…). Po prostu po latach płacenia za książki doszedłem do etapu, gdzie najpierw czytam, potem ewentualnie za to płacę. Dla mnie pirat ebook’owy to ewolucja czytelnika. Wydawnictwa powinny to zjawisko „jakoś” wykorzystać, a nie z tym walczyć.

        3
  10. nemo pisze:

    Jako kulturoznawca chciałem zapytać: dlaczego pani Kinga Jakubowska to właśnie „kulturoznawca”, a pani Anna Dziewit – Meller – „pisarka i dziennikarka”?

    1
    • h. pisze:

      Zakładam, że pani Anna Dziewit-Meller ma parcie na używanie form żeńskich – ot i tyle.

      0
    • h. pisze:

      W myśl tej złodziejskiej teorii piractwa, to korzystanie z bibliotek to też kradzież. A właściwie nawet gorzej, bo są biblioteki, do których wydawnictwa są zobowiązane prawnie przekazać jedną lub dwie pozycje (łącznie się tego robi 17 sztuk, więc nie w kij dmuchał) *za które nikt nie płaci* – a jak ebook jest do znalezienia w internecie, to zwykle oznacza, że ktoś tę książkę kupił.

      Płacę za to, za co chcę zapłacić, często-gęsto po zapoznaniu się z treścią. To co pożyczam z internetowych odmętów traktuję dokładnie tak samo jak pożyczanie z biblioteki. Zdarza mi się kupować książki, które pożyczyłam z biblioteki/od znajomych i przeczytałam. Zdarza mi się kupować książki, które ściągnęłam z internetu. Nie widzę żadnej różnicy poza tą wypisaną powyżej.

      0
  11. Beapo pisze:

    Nie czuję potrzeby piracenia odkąd korzystam z Legimi. Płacę abonament i zawsze mam co czytać. A czytać uwielbiam od małego. Kiedyś zdarzało się, że coś ściągnęłam. Bywało też tak, iż kupiłam jakąś książkę a potem żałowałam bo książka nie była warta wydanych pieniędzy. Moim zdaniem walka z piractwem powinna polegać na edukacji czytelnika, że pisanie, wydawanie książek jest jednak czyimś źródłem utrzymania i nikt nie chciałby pracować za darmo. U nas uczy się „organizowania” od małego. Np. moje dziecko usłyszało w przedszkolu prośbę Pani przedszkolanki aby rodzice z pracy przynosili papier ksero. Dopiero ja wytłumaczyłam, że nie ma czegoś takiego jak po prostu przynoszenie. To jest kradzież. Swoją drogą ceny książek powinny być dostosowane do naszych realiów finansowych. Przy najniższej krajowej nikt nie będzie wydawał kilkudziesięciu złotych na lektury skoro musi opłacać rachunki i utrzymać rodzinę. Nie bez znaczenia jest też dostępność nowości w ebooku w momencie wejścia na rynek wersji papierowej. Chociaż z tym jest akurat coraz lepiej.

    7
    • krzyszp pisze:

      PR rządzi :)
      Przepraszam, ale to jest tak nachalna propaganda, że nie wytrzymałem…

      BTW – Ściągnięcie „pirackiej” książki NIE JEST kradzieżą!!!

      11
      • Ar't pisze:

        ale wiesz, tak po prawdzie, to mi też minęło chomikarstwo. Fakt jednak jest taki też że nie miałem jeszcze dużej chęci na coś z poza ich katalogu, bo wtedy prawdopodobnie bym się przeprosił z innymi formami pozyskiwania literatury :)

        No i warto powtórzyć: ściągnięcie jest legalne (acz niekoniecznie moralne), udostępnianie już nie (uważać na te co pobierając udostępniają).

        0
  12. Grzegorz pisze:

    Jestem za surowym ściganiem osób, które ściągają oraz upubliczniają elektroniczne wersje książek w sposób niezgodny z licencją (która zezwala wyłącznie na użytek prywatny). To samo tyczy się też oczywiście muzyki, filmów i gier. Nie są to artykuły pierwszej potrzeby więc osoby, które nie stać mogą skorzystać chociażby z darmowych bibliotek publicznych.

    Nie mówię tego jako osoba związana z jakimkolwiek z wydawców, a jako obywatel, który nie korzysta z nielegalnych treści i który brzydziłby się złamać w jakikolwiek sposób prawo. Jeśli mnie na coś nie stać to albo szukam darmowej i legalnej alternatywy albo zaciskam pasa, aby taką rzecz później nabyć.

    Surowe egzekwowanie kar winno iść w parze z uświadamianiem ludziom jak można legalnie korzystać z kultury (w wielu przypadkach – za darmo). Tylko w ten zrównoważony sposób można wyplenić te zachowania z codziennego życia. Piracenie jest moralnie naganne.

    4
    • krzyszp pisze:

      Generalnie się z Tobą zgadzam… Tylko jakoś opłata reprograficzna gryzie mnie w tyłek czytając takie wypowiedzi…
      To nie jest wycieczka osobista i wiem, czym jest ta opłata, ale jednak wyczuwam w stanowisku wydawców pewną… hipokryzję…

      6
      • Grzegorz pisze:

        Akurat co do tej kwestii to się… zgadzam. Tak jak jestem za zniesieniem VAT-u z książek (a było niedawno 0%), walką o jego obniżkę w przypadku e-booków, tak nie lubię opłaty reprograficznej. A i zapomniałem dodać: jestem też przeciwnikiem DRM-ów. I (za co wiem, że będę zjedzony ;)) nie uznaję zasady dozwolonego użytku w przypadku treści cyfrowych: jedna licencja na jedną osobę.

        1
        • krzyszp pisze:

          To w zasadzie jesteśmy zgodni, poza jednym drobiazgiem…
          Wypożyczam film, to oglądam z rodziną (znajomymi, przy popcornie w salonie itd). Z książką też tak powinno być…

          Wiem, że jest problem z kopiowaniem i udostępnianiem plików, ale IMHO znak wodny powinien wystarczyć… Z czasem (wierzę w to) wystawcy na „chomikach” będą piętnowani po prostu przez społeczeństwo…

          3
          • Grzegorz pisze:

            Że znaki wodne (albo ogólniej – brak DRM) wystarczą najlepiej pokazuje przykład GOG.com Sprzedają oni gry pozbawione jakichkolwiek zabezpieczeń i od ponad siedmiu lat nieustannie się rozwijają, co sprawia, że są bardzo sensowną alternatywą wobec Steama, którego nigdy bym nie zainstalował z racji na ich politykę przywiązywania klienta do swojej aplikacji.

            W moim odczuciu, aby wypożyczać e-booka legalnie rodzinie należałoby najpierw zmienić treści licencji na których są one sprzedawane. Dla mnie ta właśnie licencja jest najważniejsza i stoi ponad dozwolonym użytkiem prywatnym. Włączenie w treść licencji zapisu o możliwości pożyczenia e-booka najbliższym wyjaśniłoby sytuację w pełni. Ale (bo jakieś musi być) należy mieć na uwadze, że zgoda taka winna dotyczyć wyłącznie osób najbliższych, a nie połowy Internetu. Niestety często gdy daje się palec, to druga strona chce odgryźć całą rękę.

            A co do kwestii moralnych, to nie ukrywam, że najbardziej liczę na zmiany w mentalności ludzi. Korzystanie z nielegalnie udostępnionych treści winno być napiętnowane i krytykowane na każdym kroku. Ale najważniejsze jest to, aby ludzie sami z siebie zauważyli, że jest to rzecz karygodna. Może i jestem w tej materii zbytnim idealistą, ale uparcie powtarzam, że satysfakcja z legalnie nabytego produktu kultury jest sama w sobie bezcenna.

            1
            • Skylla pisze:

              Zapomnieliście panowie o setkach lat istnienia bibliotek…

              1
              • Grzegorz pisze:

                Ale kwestia korzystania z bibliotek to osobna sprawa, bo dotyczy produktów analogowych.

                0
              • AaA pisze:

                Nie, to nie jest inna kwestia. Bo pomimo, że książka analogowa, to nikt nie zarabia na tym, że ją czytam.

                ZAKAZAĆ BIBLIOTEK!! :P

                4
            • rudy102 pisze:

              Co do licencji to nie mogą być one niezgodne z prawem i jak ktoś mi pisze np. na książce, że nie mogę jej kserować to kłamie i próbuje mnie oszukać. Oszustwo i kłamstwo powinny być piętnowane, dziwi mnie że nie przeszkadzają takiemu idealiście.

              6
              • Grzegorz pisze:

                A co jest niewłaściwego w zakazie kserowanie papierowej książki? Jeśli autor i wydawca umieszczają taką informację w widocznym miejscu, to oznacza to, że wchodząc w posiadanie takiego woluminu jednocześnie akceptuje się te warunki.

                Uprzedzę pytanie: nie kserowałem na studiach. Wolałem zrobić notatki w bibliotece. Bardziej efektywna metoda przygotowywania się do zajęć.

                0
              • rudy102 pisze:

                Jeśli autor i wydawca sobie nie życzą to proponuję zaprzestać wydawania w państwie, którego prawo na to pozwala, albo wyrażania tego życzenia w formie uprzejmej prośby a nie wprowadzającej w błąd informacji o zakazie na jednej z pierwszych stron. To samo proponuję wydawcom filmów na DVD, którzy legalnego użytkownika katują masą ostrzeżeń antypirackich. Często jak kupuję film to nie otwieram nawet pudełka, tyko pobieram pirata, bo wygodniej.

                8
              • Grzegorz pisze:

                Czyli jawnie pobierasz kopię, która nie jest legalna. I nie jest to kopia bezpieczeństwa, gdyż takową jest wyłącznie ta, którą wykonuje się ze swojego egzemplarza.

                I który przepis zezwala na kopiowanie całej książki?

                A co do tego jaka jest forma ostrzeżeń, to dopóki ludzi będą pobierać nielegalne treści, to język się pewnie nie zmieni. I w sumie dobrze, bo pewne rzeczy należy nazywać po imieniu. Dla mnie osoba, która korzysta z nielegalnie udostępnionych materiałów cyfrowych nie jest warta żadnego szacunku.

                0
              • dfs pisze:

                Nie mogę skserować książki? OK. A mogę ją przepisać?

                2
              • sss pisze:

                > I który przepis zezwala na kopiowanie całej książki?

                A który zabrania?

                3
    • bulba pisze:

      Masz trochę racji, ale ogólnie mam wrażenie, że palisz za dużo jakiegoś niedobrego ziela.
      Najpierw teoria, potem zademonstruję o co mi chodzi.
      Otóż z treściami elektronicznymi (celowo uogólniam) nie jest tak jak z fizycznymi. Z fizycznymi, jak coś ktoś ukradnie to tego NIE MA i już. Prawda? Treści elektroniczne, po spiraceniu nie znikają. Liczenie i ocena strat na zasadzie braku wpływu z tego co zostało spiracone, to błędna droga, prowadząca na manowce. To że ktoś spiracił, nie znaczy, że w ogóle zamierzał kupić. Kropka. Nie dałoby się spiracić, toby nie kupił i już. Wiem, że nie odkrywam Ameryki i nie pierwszy przecie to mówię…

      Tera pacz pan. Jestem bodaj jedynym na tej planecie człowiekiem który choć przeczytał opowiadania Sapkowskiego, to nie czytał sagi Wiedźmińskiej.
      A jednak zapragnąłem ją przeczytać, ale stwierdzam uczciwie, że miejsca na półeczce brak. Takie pozycje czytam w ebookach. Które… kupuję. Zdziwiony?
      Niemniej jednak teraz już Sagi nie da się kupić bo wydawnictwo „szczeliło focha” i tupnęło nóżką. No i nie da się kupić. Przykro mi, więc, ale niech się oddalą w szybkim tempie i wychędożą sami gdzie indziej.
      Ja tymczasem, z przykrością, bo chętnie bym kupił, ale spiracę ebooka.

      Podobnie ma się sprawa z filmami których nie dostaniesz teraz choćbyś stanął na głowie. Dobre chęci nie pomogą, nie da się i już. O dziwo jednak można znaleźć na chomikujach i innych. Cóż niech firmy wreszcie przestaną jojczyć że rynek słaby, tylko nauczą się, że klienci chcą kupować treści elektroniczne, ale trzeba dać im szansę!

      5
      • Grzegorz pisze:

        Odpowiem posiłkując się moją wcześniejszą wypowiedzią: e-booki nie są towarem pierwszej potrzeby i w przypadku, gdy jakaś książka nie jest dostępna w takiej postaci, to szukam legalnej wersji papierowej. Korona mi z głowy nie spadnie, a papier nie wypali mi dziur w rękach (przejaskrawienie celowe). Zgoda – papier zajmuje miejsce, ale takowe książki można wypożyczyć lub kupić używane (a potem odsprzedać dalej).

        I może jestem znowu idealistą, ale jeśli jakąś książka (lub film, chociaż osobiście nie oglądam takowych wcale) jest legalnie niedostępna (wygasła licencja na wersję elektroniczną, biblioteki jej nie mają, resztę kopii spalono), to… nie przeczytam jej i tyle. Nie mógłbym skorzystać z wersji nielegalnie udostępnionej. Wolę nie poznać jakiejś pozycji niż złamać swoje zasady. To już kwestia moralności.

        0
        • bulba pisze:

          A w antykwariatach kupujesz?
          No dobra, jak nie było ebooków, to kupowałeś w antykwariatach? Czy one są „be”?

          2
          • Grzegorz pisze:

            Musiałem mocno sięgnąć pamięcią wstecz, ale chyba nigdy nie kupiłem żadnej książki w antykwariacie.

            Z tym, że one z tego co się orientuję działają legalnie, gdyż inaczej by je pozamykano już dawno temu. A e-booków w analogiczny sposób nie odsprzedasz, bo zabrania na to licencja jaka najczęściej widnieje na jednej z pierwszych ich stron. Jeśli zostanie to uregulowane prawnie (przeniesienie e-booka z konta na konto), to będzie to legalne.

            0
            • krzyszp pisze:

              I tu się mylisz…
              To, że licencja mówi iż ebooka odsprzedać nie możesz to pobożne życzenie wydawcy.
              Wg naszego prawa swobodnie możesz odsprzedać ebooka (jak i inne treści elektroniczne) kasując jednocześnie wszystkie swoje kopie.

              2
        • RA pisze:

          Może zaczniemy karać za używanie koła, kodeksów prawnych i odtwórczych myśli. Proch ukradliśmy, porcelanę także i co kogoś ukarali? Używasz tylu kradzionych rzeczy – to nie etyczne. Przestań!!!

          6
        • Una pisze:

          cyt.: „I może jestem znowu idealistą, ale jeśli jakąś książka (lub film, chociaż osobiście nie oglądam takowych wcale) jest legalnie niedostępna (wygasła licencja na wersję elektroniczną, biblioteki jej nie mają, resztę kopii spalono), to… nie przeczytam jej i tyle. Nie mógłbym skorzystać z wersji nielegalnie udostępnionej. Wolę nie poznać jakiejś pozycji niż złamać swoje zasady. To już kwestia moralności. ”

          W ten sposób możesz zwyzywać archeologów od hien cmentarnych, wszak grzebią się w tym co czas, ziemia i Bóg wiek co jeszcze, stara się ukryć przed współczesnymi. Nie, jednak wolałabym aby dorobek i cała rzecz ludzka nie ginęły i tym samym nad wachlowaniem moralnością należy się zastanowić.

          3
          • Grzegorz pisze:

            W jaki sposób można logicznie powiązać oficjalne prace archeologiczne z pobieraniem z Internetu nielegalnie udostępnionych tam książek?

            1
            • Una pisze:

              Odniosłam się wyraźnie do fragmentu gdzie piszesz, że jak nie ma źródła oficjalnego, to wolisz nie przeczytać w ogóle (nawet zacytowałam żeby nie było). Brak źródła oficjalnego skutkuje przepadkiem treści. Tak to się ma do wszystkich innych „przepadków”, a czym zajmuja się archeolodzy.
              A jak sią ma moja wypowiedź do tematu nielegalnie udostępnionych książek? A no nijak. Bo jak czegoś nie ma w ogóle, to trudno mówić o jego legalnych bądź nielegalnych źródłach. Ten argument tu nie działa. Masz inny? ;)

              0
              • Grzegorz pisze:

                Wiem, ale to dalej nie ma dla mnie logicznego powiązania. Jeśli coś przepadło i zwyczajnie tego nie ma (wszystkie egzemplarze książki spalono), to nawet wtedy posiłkowanie się jakimś zachowanym nielegalnym egzemplarzem jest w moim odczuciu nielegalne. Gdyż fakt, że nie istnieje oryginał danej książki nie usuwa z nielegalnie utworzonej kopii jej atrybutu.

                A archeologowie nie zajmuję się tym co zginęło i przepadło, bo nie można szukać czegoś, czego nie ma. Można jedynie szukać tego co jest, ale nie wie się albo gdzie to jest albo czym.

                0
              • Dod pisze:

                Prawo to nie sprawiedliwość i moralność, ale PORZĄDEK.

                A czy archeolog dostał pozwolenie od „właściciela praw autorskich” nagrobka, który właśnie rozbiera? Nie, tylko państwo mu na to pozwala. Ale czy to moralne?
                Przecież to łamanie praw autorskich! Wszystkie zabytki powinny ulec zapomnieniu.

                4
    • kanis pisze:

      Prawda jest taka – ludzie kradli i zawsze będą kraść. I żadna ustawa nic tu nie zmieni.
      Zresztą tu nie chodzi tylko o ebooki. Muzyka, filmy, oryginalne ciuchy kupione na lewo gdzieś na straganie, gry itd. Tego się nie wyelminuje.

      1
      • kanis pisze:

        Zresztą Grzegorz – prawo to jedno, moralność to druga sprawa. Prawo zawsze może się zmienić. Moralność zwykle pozostaje w nas ta sama. Piszesz, że brzydziłbyś się złamać w jakikolwiek sposób prawo. No to pogratulować. Ale ludzie na codzień je łamią paląc na przykład papierosy w miejscach publicznych albo przechodząc przez ulicę na czerwonym świetle. Prawo jeszcze zależy od kraju w jakim się przebywa. To co jest legalne w jednym państwie, w innym może być już nielegalne. Więc z tym prawem to różnie jest.

        1
        • Grzegorz pisze:

          Nie sposób się z Tobą nie zgodzić. Nie chcę się wywyższać ani pozować na jakiegoś moralnego zbawcę ludzkości, ale w moim odczuciu konsekwentne egzekwowanie kar za pobieranie nielegalnie udostępnionych treści jest jedną z dróg to wyeliminowanie tego procederu. I nie mówię tutaj o ostrych karach. Niech taka osoba zapłaci nawet te przysłowiowe dziesięć złotych kary albo przepracuje społecznie jakąś wolną sobotę. Niech jednak wie, że gdy to się powtórzy, to kara jej nie ominie.

          I wiem, że problemem są też ceny, które dla wielu osób mogą być za wysokie. Dlatego od dawna twierdzę, że podatki ściągane z dóbr kultury są beznadziejnym pomysłem, bo zaniżają liczbę osób legalnie korzystających z książek. Dlatego oprócz karania (ale nie epatowania tym!) należy promować legalne i atrakcyjne metody korzystania z książek (biblioteki multimedialne, Wolne Lektury). Nie ma zapewne stuprocentowego powiązania między inteligencją, a moralnością, ale śmiem twierdzić, że osoba bardziej oczytana, obyta o wiele rzadziej złamie tak prawo autorskie jak i którekolwiek inne.

          0
          • Dod pisze:

            A jeśli osoba będzie bardziej oczytana piratami, to też będzie bardziej inteligentna i moralna?

            3
            • kanis pisze:

              Moim zdaniem pociąg do wiedzy nie ma nic wspólnego z moralnością. To dwie różne sprawy. Ilu ponadprzeciętnie inteligentnych ludzi siedzi zamkniętych w więzieniach za zbrodnie. Część z nich gdyby tylko potrafiła zachować samokontrolę niejednokrotnie osiągnęła by w życiu sukces i duże pieniądze.

              2
  13. Beapol pisze:

    W świetle prawa rzeczywiście nie jest kradzieżą ściąganie, i tak też tego nie nazwałam. Mówiłam o kradzieży w przypadku „przynoszenia” z pracy np. papieru. W tym przypadku nie można tego inaczej nazwać. To że ściąganie nie jest przestępstwem nie oznacza, że jest to coś godnego pochwały. Przecież osoba będąca twórcą też musi z czegoś żyć. Nie pisze się książki w mgnieniu oka. Nie ma za to stałej pensji. Co do bezwzględnego karania to nie wierzę zbytnio w skuteczność takiego rozwiązania.

    0
    • Dod pisze:

      Czyli potępiasz też biblioteki i pożyczanie od rodziny/znajomych papierowych książek. „Przecież osoba będąca twórcą też musi z czegoś żyć.”
      Po pożyczeniu z biblioteki odpalajmy działkę biednemu wydawcy. Przecież to niemoralne korzystać za darmo!

      2
  14. Skylla pisze:

    1. Skoro są bezpłatne biblioteki książek, to dlaczego nie może być bezpłatnych bibliotek e-booków?
    2. Skoro przeczytaną książkę lub książkę która okazała się pomyłką mogę odprzedać, dlaczego nie mogę odsprzedać e-booka?
    Przecież ich ceny są mniej więcej takie same.

    5
    • bravosx pisze:

      Też tak uważam, jeśli kupiłem książkę w papierze to mogę z nią zrobić co zechcę to dlaczego jak kupię e-booka to mam mieć prawo tylko przeczytać? Przecież też go kupiłem więc nabyłem wszelkie prawa do niego. Więc powinienem móc go odsprzedać lub podarować np. jako prezent na urodziny.
      To jest moje zdanie w dyskusji.

      1
      • Dod pisze:

        Problem w tym, że ebooka nie kupujesz, tylko kupujesz dostęp do niego. W praktyce go wypożyczasz. I jeszcze każą Ci za to płacić. A jak złamiesz narzucone Ci zasady to jeszcze sobie zastrzegają prawo ścigania Cb.

        A najgorsze jest to, że wydawcy nie mówią o tym głośno.
        Nie dotyczy to, oczywiście, projektów typu Legimi. Tam sprawa jest postawiona uczciwie – nic nie masz na własność.

        3
        • dfs pisze:

          Kupujesz egzemplarz utworu, a nie żaden dostęp czy licencję. Reszta to zaklinanie rzeczywistości przez nienasyconych grubasów.

          0
    • Cyfranek pisze:

      ad. 1 – są, ale nie u nas :( Największe, ogólnonarodowe projekty ma chyba obecnie Luksemburg i Niderlandy: http://cyfranek.booklikes.com/post/1335377/sprzedaz-i-wypozyczenia-e-bookow-rosna-w-holandii;

      ad. 2 – Amazon, ale nie u nas :( pracuje podobno nad tym dość intensywnie.

      0
  15. Monika pisze:

    Kupuję legalne ebooki ale pożyczam je rodzinie i bliskim znajomym tak, jakbym pożyczała książkę (zastrzegając, żeby nie puszczali dalej). I nie, nie kasuję swojej kopii pliku gdy pożyczam komuś ebook. To byłoby idiotyczne. Natomiast ściągam „piraty” książek, których nie mogę kupić legalnie. Uważam, że w tym przypadku prawo dostępu do dóbr kultury jest ważniejsze niż czyjeś prawa majątkowe.

    7
    • Grzegorz pisze:

      A czy przed pobraniem takowej pozycji sprawdzasz wszelkie możliwe kanały „analogowe”? Znajomi, biblioteki, antykwariaty, księgarnie, rynek internetowy? Bo tłumaczenie, że nie ma ich wyłącznie w legalnej formie cyfrowej jest moim zdaniem bezzasadne, gdyż (powtarzam się, wiem o tym) e-booki nie są towarem szczególnej potrzeby i dopóki można się zapoznać z treścią jakiejś książki zapoznać w legalny sposób, to należy do tego dążyć.

      A jak nie ma legalnej wersji analogowej? Trudno. Wolę być uczciwy niż bogatszy o jedną przeczytaną pozycję.

      0
      • Tomek pisze:

        Należy pamiętać, że z punktu widzenia autora nie ma najmniejszej różnicy pomiędzy zciągnięciem książki, a jej zakupem w antykwariacie, albo jej przeczytaniem w bibliotece. Autor nie ma z tego nawet 1 grosza. Niektórzy autorzy piszą wprost nazywając to kradzieżą.

        6
        • Grzegorz pisze:

          Co do korzystania z bibliotek to nie można tego jak dla mnie nazywać kradzieżą, bo instytucje te działają w pełni legalnie i operują legalnymi egzemplarzami. Tak więc tutaj stanąłbym w opozycji wobec owych autorów (mimo, że wiem dlaczego tak mówią).

          0
        • Doman pisze:

          Za książkę w antykwariacie ktoś kiedyś autorowi zapłacił.

          1
  16. Hubal71 pisze:

    Woblink kody do 13.03.2016 – 11:42

    alotjsdu
    xostmfzf
    lymaxlas
    qwfskilo
    wbzxcerg
    jgefxnot
    xftfpiks
    rbqnltlv

    0
  17. pawbuk6 pisze:

    Jedyny sposób walki z piractwem to całkowita likwidacja możliwości spiracenia treści cyfrowej. Wystarczy popatrzeć na rynek pecetowych gier komputerowych, gdzie piractwo istniało „od zawsze”. Producenci gier od lat walczyli z piratami różnymi metodami – antypirackie zabezpieczenia, dodatkowe usługi konieczne do odpalenia gier, patche w dniu premiery bez których praktycznie nie dało się grać. Niektórzy poszli inną drogą oferując same gry za darmo i zarabiając na różnego rodzaju dodatkach.
    Jednak samego piractwa to nie zlikwidowało. Aż pojawiło sie Denuvo, czyli nowe oprogramowanie antypirackie, którego na razie nie udało się złamać. Mówi sie nawet o tym, że wyeliminuje ono całkowicie zjawisko piractwa pecetowych gier. Zobaczymy jak to będzie, ale na razie producenci są bardzo zadowoleni, a i uczciwi gracze nie mają większych problemów z tym oprogramowaniem.

    W przypadku ebooków takie oprogramowanie byłoby bardzo trudno (o ile w ogóle byłoby mozliwe) zaimplementować, więc trzeba szukać innych dróg. Patrząc z mojego punktu widzenia doradzałbym obniżkę cen, ale wiem, że sporo osób by ebooki ściągało za darmo nawet gdyby nowości wydawnicze kosztowały 10 zł.

    0
  18. Niebieski pisze:

    „Aż pojawiło sie Denuvo, czyli nowe oprogramowanie antypirackie, którego na razie nie udało się złamać.”
    Radzę doczytać, ponieważ złamano je już kilka razy.
    Sami twórcy twierdzą, że nie powstrzymują scrackowania gry, a jedynie odwlekają je w czasie.

    2
    • Simplex pisze:

      „Sami twórcy twierdzą, że nie powstrzymują scrackowania gry, a jedynie odwlekają je w czasie.”

      I to wystarczy. Największa sprzedaż jest zaraz po premierze – jeżeli gra w tym momencie jest niezłamana, to prawdopodobnie sprzeda się lepiej.

      0
  19. Przemek pisze:

    „rosnąca plaga”???
    ale bzdury, jak już ktoś posmakował wygodę zakupu eb00ka ze sklepu, to nie ma czasu na szukanie czytelnej i użytecznej kopii na serwisach pirackich (nota bene popieranych przez rząd, firmy telekomunikacyjne, inne eksięgarnie np. Legimi – pobierają VAT od pirackich treści, opłaty za SMSy, płacą tym serwisom za reklamy – czyli wspierają piractwo)

    3
    • h. pisze:

      Zawsze mnie bawią te plotki o tym, że pirackiego ebooka w dobrej jakości trudno znaleźć :D Jasne, że zajmie to może 30 sekund dłużej niż zakupienie go na amazonie przez sklep na kindle… ale to wszystko.

      0
      • asymon pisze:

        A poza tym do wszystkiego można się przyzwyczaić. Czasem patrzę przez ramię ludziom z czytnikami w autobusie i aż chcę zapytać „gdzie pani kupiła takiego ebooka z każdą linijką urwaną w połowie i z dodatkową interlinią pomiędzy?” Ja bym tak nie mógł, próbowałem. :-D

        0
        • h. pisze:

          Mnie zawsze ciekawi, skąd oni biorą to badziewie, bo z mojego doświadczenia wynika, że żeby znaleźć takiego knota trzeba się naprawdę naszukać. :D Ale jak widać – niektórym to nie przeszkadza ;) Mnie i tak bardziej szokuje, jak widzę, że ludzie bezszeryfa czytają – każdemu według gustów najwyraźniej ;)

          0
          • Borygo pisze:

            Tak nie do końca trzeba się naszukać. Jest to efekt tego, że ludzie czasami przerabiają pdf na epub automatem. Przy odrobinie chęci można to zrobić dużo lepiej i wtedy nie ma takich koszmarków.

            0
      • Łukasz pisze:

        Nie zgodzę się, znalezienie dobrej treści to sukces, dlatego dałem sobie spokój z szukaniem na chomiku. Szukałem kiedyś Wojny i pokoju. Pi 30 minutach się podjąłem i za 15 zł. kupiłem w księgarni, po 5 minutach czytałem.
        Ale chętnie obejrzę link do dobrej wersji tej książki.

        0
        • h. pisze:

          Bo na chomiku dobrych treści nie ma – ale na chomiku się Internet nawet nie zaczyna ;)

          0
          • Łukasz pisze:

            Czyli jednak jest to trochę czasochłonne, bardziej niż te 30 sekund. Ja w każdym razie sobie nie poradziłem.
            I tak można chyba eliminować piractwo: łatwy, szybki i w miarę tani dostęp do treści.

            0
            • h. pisze:

              A wcale, że nie więcej ;) Tylko trzeba wiedzieć jak googlać.
              Co do dostępności i ceny się zgadzam. Nie zaszkodziłaby też fundamentalna zmiana retoryki, bo na razie mam wrażenie, że wydawcy z pianą na ustach chcą mnie zmusić do płacenia za coś za co płacić nie chcę, zamiast pokazać mi, że jednak chcę zapłacić.

              1
  20. Una pisze:

    hmmm, ciekawe, czy już doszli do tego jakie to prawa autorskie czy wydawnicze owo „piractwo” narusza, bo oficjalne stanowisko policji i prokuratury jakiś czas temu było takie, że nie wiadomo :)
    Co innego umowy i licencje, to zupełnie inna gałąź, mamy w sumie dowolność umów i to jest sprawa dwóch stron rzeczonych. Nie ma więc mowy o żadnych kradzieżach, przestępstwach i tym wszyskim co się głośno podnosi.
    Gdyby chcieć prowadzić rzeczową dyskusję, należy się skupić na etyce i zwykłej ludzkiej przyzwoitości, a nie na aspektach pseudoprawnych. No ale zobaczymy.
    Jeśli o mnie chodzi, kupuję. Doprawdy, 15-20 zł za jebuka w promocji to nie są jakieś pieniądze za które opłacałoby mi się mieć sumienie nie do końca czyste, czy też zniechęcić ulubionych autorów do pisania. Aczkolwiek mam w swoich zbiorach ileśtam treści spiraconych, których nie na już dostępnych w żadnej innej formie, a moje egzemplarze rozeszły się po ludziach albo… niewiemgdzie. Są to książki raz wydane, kilkanaście/kilkadziesiąt lat temu, w sumie czuję odrobinę wdzięczności wobec tych łobuzów których chciało się przepisać :)

    3
  21. fan biblioteki pisze:

    @Virtualo

    Będzie wrzucone to później na YT? Większość pracuje w tym czasie, a ja chętnie obejrzę (tyle że nie mogę online).

    2
  22. suonik pisze:

    Nie wiem, czy na ŚC poruszany był ten temat, ale na chomiku zauważyłem możliwość kupowania ebooków. Ciężko więc już mówić o tym źródle w kategoriach piracenia :)

    Bez piracenia za to, na Comixology (dziecko Amazonu) można nabyć za darmo 128 komiksów w języku angielskim. Komiksy są do pobrania w formatach PDF i CBZ.
    http://www.comixology.eu/free-comics

    2
    • para pisze:

      Prawda, są i legalne, zdarzyło mi się kupić tam kilka książek dla dzieci z Siedmioroga.

      0
      • asymon pisze:

        Ja u nich nie kupuję, co więcej odradzam innym, przestałem też używać Yetipay, powiązanego z chomikiem. Pieniądze zostawiam gdzie indziej.

        Przekonał mnie pan z chomika, który palił Jana w rozmowie z antywebem.

        0
  23. andro1973 pisze:

    Fajnie ktoś tu napisał dlaczego nie mogę sprzedać ebooka jak książki którą przeczytałem….tego nie mogę zrozumieć

    1
    • Dan pisze:

      Bo ebook to nie książka tylko usługa i płacimy za to odpowiedni vat. I nie ma sensu, bo ani UE ani naszego Rządu nie przekonasz, „że że białe jest białe a czarne jest czarne”

      1
      • andro1973 pisze:

        czyli mam rozumieć kupując samochód tak jakby jestem zmuszony do jazdy nim do końca swoich dni …. :)

        0
      • dfs pisze:

        Nie, książka to nie usługa. Kupuję egzemplarz, a nie usługę.

        Albo jesteś powiązany w ten czy inny sposób z wydawcą, albo łykasz wszystko jak pelikan.

        1
  24. Borygo pisze:

    Piractwo nie jest plagą. Piractwo jest pewnym równoważnikiem rynku. Z jednej strony mamy autorów, wydawców, księgarnie którzy chcą na tym zarobić (i słusznie, bo tym się zajmują), z drugiej strony mamy konsumenta, który wydaje swoje pieniądze. Obie strony mają nierówne „moce”. Wydawnictwa itp. są dużymi graczami, jest ich niewiele i mogą ustawiać rynek. Z drugiej strony mamy konsumentów, którzy są rozproszeni i jest ich wielu. Rozproszeni klienci nie mogą skutecznie walczyć z druga stroną. Strona wydawnictw zawsze może powiedzieć, jesteś sam, tylko tobie to się nie podoba a inni nie zgłaszają sprzeciwu itd. Zjawisko piractwa daje konsumentom możliwość powiedzenia drugiej stronie, że nie akceptujemy takiej polityki. Ustawiacie za wysokie ceny w stosunku do naszych zarobków? – pobieramy to z internetu. Macie focha i nie wydajecie jakiegoś autora w wersji elektronicznej? – ktoś zdigitalizuje to za was, nie zarobicie. Wersja elektroniczna dostępna z opóźnieniem w stosunku do papierowej? – jak wyżej.

    Ja z piractwa wyrosłem. Udało się to dzięki działaniom wydawnictw. Obniżyli ceny książek, zlikwidowali opóźnienia w wydawaniu wersji elektronicznej. Stosują częste promocje, zachęty, ciekawe akcje. Obecnie w kolejce do czytania mam kilkanaście tytułów. Wszystkie kupione legalnie. W czasach kiedy jechałem na piratach ta kolejka nigdy nie była taka długa. Większość autorów których obecnie czytam poznałem właśnie z piratów.

    Na pytanie postawione w dyskusji „Czy da się skutecznie walczyć z rosnącą plagą?” (piractwa). Odpowiadam: po co walczyć? Trzeba spojrzeć na nie inaczej i przeciągać jak najwięcej ludzi na „jasną stronę mocy”.

    9
  25. tzigi pisze:

    Piratuję całe mnóstwo książek – w znakomitej większości pozycje naukowe niezbędne mi do pisania doktoratu, ale też tę beletrystykę, o której nie wiem, czy mi się spodoba, czy nie. Tę beletrystykę, której autora znam i wiem, że się nie zawiodę, kupuję w ciemno.

    Moje piratowanie mogę zatem podzielić na dwie sekcje:
    1. Teksty naukowe. Tutaj sprawa jest naprawdę prosta: kosztują one krocie, autorzy na nich nie zarabiają (sama też wydaję teksty naukowe i wiem, jak to wygląda), a mi są niezbędne i inaczej do nich dotrę, co znacząco zmniejszy wartość naukową mojej pracy doktorskiej. Nie mam z tym żadnych problemów moralnych. Ba, w świecie akademickim nie znam kogoś, kto by uznawał to jakkolwiek podejrzane moralnie. Naturalne jest to, że nasze teksty muszą być gdzieś opublikowane i tragiczne jest to, że najczęściej trafiają na horrendalnie drogie pay-walle. Piratujemy wszyscy (albo prawie – to, że ja wyjątków nie znam oczywiście nie oznacza ich nieistnienia) i dzięki temu chociaż trochę ukrywamy dziury w budżecie naukowym.
    2. Beletrystyka, o której nic nie wiem – nie ufam recenzjom, nie ufam czemukolwiek, co nie jest własną oceną. Dlatego przed erą ebooków niejednokrotnie czytałam całe powieści w Empiku albo w hipermarketach. Czytam szybko, więc 200 stron to 2 godziny – można podzielić na 4 wizyty po pół godziny (w czasach szkolnych spokojnie miałam dość wolnego, żeby sobie pozwolić na takie „marnotrawienie” czasu na dojazdy itd). Książki, które mi się podobały, kupowałam. Książki, które mi się nie podobały, zazwyczaj odkładałam zawczasu. Teraz robię to samo z ebookami. Każdą książkę, która mi się na tyle spodobała w ebooku, że przeczytałam ją całą, kupiłam już w papierze – zwykle za cenę okładkową. Skutkuje to co prawda tym, że właśnie drugie mieszkanie zapełniam książkami papierowymi, ale mi to nie przeszkadza.

    10
    • tzigi pisze:

      „nie dotrę” oczywiście

      0
    • bq pisze:

      To jest najbardziej szokujacy komentarz popierajacy piractwo jaki czytalem na swiecie czytnikow. Zaliczasz sie do elity kraju, piszesz prace naukowa I poslugujesz sie kradzieza (jako osoba inteligentna rozumiesz znaczenie tego slowa) tlumaczac sie brakiem kasy. To nie jest zaje..nie Harlequina z chomika przez 14 sto latke. Zmien uniwersytet na taki, ktory ci fundnie dostep do porzadnych bibliotek albo temat pracy. Nie wiem do czego mozna to porownac, ale chyba do tego, jesli pani na straganie wydawala klientom nie plena reszte „bo bez tego nie moze sie utrzymac” .

      6
      • tzigi pisze:

        Nie uważam piractwa za kradzież – jeśli ktoś ściąga moje teksty z internetu to nie uważam go za złodzieja tylko cieszę się, że będę cytowana. Nie znam naukowca, który patrzyłby na to inaczej. Grosze (a i to rzadko kiedy) z „tantiem” mają nieskończenie mniejszą wartość niż cytowanie – to ono przede wszystkim przekłada się na różne możliwości prowadzenia badań (a przy okazji choć drobnej stabilizacji stanu finansowego): stypendia, granty itd.

        A teraz „zmień uniwersytet”. Hmm, Uniwersytet Warszawski, wydział z kategorią A, pracuję nawet przy grantach europejskich (tych, w przyznawaniu których Polska jest na szarym końcu, ale szczęśliwie powoli zaczyna je dostawać) – w naszym kraju (przenoszenie się za granicę póki co nie wchodzi dla mnie w rachubę) lepiej w dziedzinie jakkolwiek zbliżonej do mojej po prostu nie bywa. A pieniędzy na zakup publikacji w żaden sposób nie starcza – tak wygląda finansowanie. Jak się dostanie grant, to pieniądze na zakup publikacji są naprawdę mizerne (propozycje grantowe z większymi funduszami na ten cel są „z automatu” uwalane), pobyty w bibliotekach zagranicznych też trzeba zaplanować na kilka lat na przód (i jak tu wiedzieć, z jakiej pozycji będzie się chciało skorzystać za 3 lata i w jakiej bibliotece się ją znajdzie?). Biblioteka UW jest niezła, ale do celów badawczych dalece nie wystarczająca. Dość powiedzieć, że kiedy miałam to szczęście, że mój wydział akurat (z powodu zbiegu okoliczności, który ma szansę powtórzyć się może za dekadę) dysponował środkami na większy zakup książek, to podałam około 30 tytułów – te, których potrzebowałam na dzień zgłaszania propozycji. I owszem, one zostały kupione, ale był to jednorazowy przypadek – super, ale od tej pory mam już kolejne tyle książek i artykułów na liście „przeczytać do doktoratu, bo jak nie, to komisja skrytykuje, że nie uwzględniłam najnowszych badań”. Trzeba biec, żeby stać w miejscu.

        Tłumacz mi dalej, jak kradnę i jak – jako rzekoma „elita” kraju – mam zmienić uniwersytet na lepszy. Nie znasz świata akademickiego i nie rozumiesz jego problemów. Z radością przysiądę w BUW-ie nad potrzebnymi książkami i porzucę czytanie ich z czytnika. Szkoda tylko, że jest to niewykonalne. Wykonalne co najwyżej może być odcięcie się od wszystkich nowych badań i reagowanie na ruchy intelektualne lat 70-góra 80, bo gdzieś wtedy kończy się porządny księgozbiór w mojej dziedzinie na UW…

        7
        • bq pisze:

          To, ze nie uwaza Pani tego za kradziez jest nieistotne. Jesli pani nie wierzy niech Pani doczyta dokladnie ksiazki, ktore Pani kradnie. Poza trescia jest zwykle pare linijek o copyrights. Jest wiec o tym Pani poinformowana. Jesli jest Pani uczciwa, prosze w bibliografii swoich publikacjach zaznaczyc, z ktorych rzeczy Pani korzystala w wersji „pirate” I poczekac na odzew srodowiska naukowegioI wydawcow. Ma pani wytlumaczenie typu – nie uwazam gwaltu malzenskiego za gwalt, to jest moja zona wiec moge ja wykorzystac.

          5
          • tzigi pisze:

            Chyba naprawdę nie mamy o czym rozmawiać. Ale tak, w pracy magisterskiej napisałam wyraźnie, że wszystkie książki naukowe do niej potrzebne przeczytałam wyłącznie dzięki stronom z „piratami”. W doktoracie i bez twojej (w internecie jesteśmy na ty, pisanie per „Pani” jest odczuwane jako obelga) sugestii planowałam napisać to samo.
            I nikomu to nie przeszkadzało.

            Nie kłopocz się odpisywaniem, obraziłeś mnie użyciem swojego ohydnego porównania, nie jesteś osobą, z którą chcę dalej interagować.

            7
            • s pisze:

              Jeszcze nigdy się nie obraziłem i nie czułem obelżony, jak ktoś mi napisał „Pan” w internetach.
              Trzeba być przewrażliwionym, żeby takie rzeczy przeszkadzały.

              9
      • Grzegorz pisze:

        Zgodzę się z przedmówcą. Niestety obecnie młodzież akademicka jest nastawiona na wyścig szczurów i nie są wystarczająco cierpliwi, aby zdobywać swoje wykształcenie powoli i legalnymi metodami. Smutne, zwłaszcza, że gdy sam pisałem doktorat, to nawet przez myśl by mi nie przyszło, aby pobierać jakieś nielegalnie udostępnione książki lub je masowo kserować. Do pracy naukowej wystarczał mi długopis i papier za pomocą których wypisywałem w archiwach i bibliotekach najważniejsze informacje, które potem w domu zamieniałem na treść rozprawy. Można? Można.

        I w odniesieniu do koleżanki tzigi: znam przynajmniej dwie osoby, które prowadzą kariery naukowe i które również nigdy nie korzystały z materiałów o wątpliwej reputacji. Można? Można. Czasem lepiej nie mieć jakiegoś grantu czy też nie dotrzeć do jednej pracy, ale być w zgodzie ze ślubowaniem studenckim lub doktoranckim. Bo bycie naukowcem to nie punkty czy granty, a dawanie przykładu innym jak należy wartościowo żyć.

        6
        • tzigi pisze:

          „Nastawiona na wyścig szczurów”? Nie. To uniwersytety i system finansowania są na to nastawione. 1/3 doktorantów na moim kierunku dostaje stypendium projakościowe (1000 zł), do tego 2 (tak, DWIE) osoby dostają stypendium dla najlepszych doktorantów (860 zł). Na tym kończą się pieniądze. Za coś trzeba żyć, żeby chociażby nie umrzeć z głodu – porządny doktorat to praca na więcej niż cały etat (widać to po tym, że każdy, kogo rodzina nie utrzymuje i musi iść do innej pracy albo pisze względnie słabą pracę, albo sam odchodzi ze studiów doktoranckich). Za co kupować książki? W ciągu ostatnich lat mój wydział dokładnie raz dał możliwość zakupu książek – 30. W humanistyce, zwłaszcza w badaniach interdyscyplinarnych, 30 książek to pryszcz.

          Ale wróćmy do wyścigu szczurów: żeby dostać którekolwiek z tych stypendiów (bo inaczej po prostu nie mam w ogóle za co żyć, chyba, że jakiś kierownik grantu akurat zatrudni na umowę o dzieło i wpadnie 1500 zł, ale to nie jest żadne długoterminowe rozwiązanie), trzeba opublikować kilka tekstów rocznie, wziąć udział w kilkunastu konferencjach (co z tego, że to bzdura i fikcja, bo nie można przeprowadzić porządnych badań na każdą z nich), przeprowadzić mnóstwo zajęć i najlepiej jeszcze stanąć na uszach (tak wyglądają zasady przyznawania stypendiów na UW). Inaczej ma się zero pieniędzy. Bez pieniędzy nie da się żyć. Ergo: wyścig szczurów wymusza uniwersytet i finansowanie. Nie doktoranci.

          Piszesz, że „wypisywałeś najważniejsze informacje” – czy kiedy robiłeś doktorat nauka szła tak szybko naprzód, jak obecnie? Bywam często na obronach i widuję sytuacje, kiedy osoby, które stosowały wyłącznie twój sposób zapoznawania się z literaturą przedmiotu, zostają skrytykowane przez komisję, bo nie wiedzą X czy Y z badań z ostatnich 3-5 lat. A skąd mają wiedzieć, jak tego nie ma w bibliotece i nie mają grantu na wyjazd do innej biblioteki, żeby tam się tego dowiedzieć? Nie zawsze promotor umie w tym pomóc.

          Większość osób, które się bronią z wyróżnieniem, korzysta z piratów. Inaczej w polskich warunkach finansowania humanistyki po prostu nie da się prowadzić badań, które są na bieżąco ze światową dyskusją na dany temat.

          I ostatnia sprawa: ” Czasem lepiej nie mieć jakiegoś grantu czy też nie dotrzeć do jednej pracy, ale być w zgodzie ze ślubowaniem studenckim lub doktoranckim. Bo bycie naukowcem to nie punkty czy granty, a dawanie przykładu innym jak należy wartościowo żyć.”. Przyszłam na uniwersytet wierząc w te słowa, ciężko pracowałam, nie korzystałam z piratów, starałam się działać zgodnie z prawdziwym etosem (co daje urocze skutki chociażby wtedy, kiedy cały rok poza mną oddał prace skopiowane z internetu i wszyscy – poza mną – dostali 5, a ja, za własną pracę, 4. Oczywiście nikogo to nie obchodziło i jeszcze dostało mi się za „donosicielstwo” [to akurat z czasów studiów pierwszego stopnia na UŁ]). Skończyło się tym, że stypendia i granty (zwłaszcza te najbardziej patologiczne – Diamentowe) podostawali ci, którzy etos olali (chociażby ci, którzy zakładali 8 kół naukowych ROCZNIE, bo za tyle była maksymalna liczba punktów przy przyznawaniu stypendium), a ja przez wakacje segregowałam śmieci pracując na czarno (całkiem dobrze płatna praca, a w słuchawkach mogę włączyć sobie nagrane wykłady z College de France i w ten sposób wykorzystuję ten czas na naukę), po to, żeby móc sobie sfinansować konferencje, publikacje i inne sprawy pozwalające na uzyskanie stypendium i zajmowanie się wyłącznie nauką.

          5
          • Grzegorz pisze:

            To chyba w Warszawie są jakieś dziwne kryteria przyznawania stypendiów, skoro premiują one ilość, a nie jakość. Nie pamiętam, aby do otrzymania jednego czy też dwóch stypendiów naukowych w ciągu danego roku było u mnie potrzebnych więcej niż jeden artykuł naukowy (porządny) oraz ze dwa odczyty na dobrych konferencjach. Kwestia tego jak ocenia się wnioski. Jeśli przyjmie się założenia, które z miejsca odrzucają tych, którzy piszą na ilość, to problem zniknie sam. Wystarczy chcieć uważnie selekcjonować wnioski stypendialne i usuwać ilościowców i osoby zwyczajnie zbyt słabe, aby uzyskały stopień doktora. A, że stypendiów nie dostają wszyscy? A muszą? Osobiście uważam, że doktorantów od dawna jest za dużo i ograniczenie ich liczby do pięciu osób na dany wydział to i tak byłaby ogromna liczba.

            I owszem, wówczas badania również się dynamicznie rozwijały, a dodatkowo nie można było wykonywać nawet legalnie zdjęć w archiwach. Wystarczyło jednak sukcesywnie spisywać najważniejsze informacje, a literaturę czerpać z raptem pięciu czy sześciu bibliotek położonych w dwóch miastach. Można? Można. A komisje zawsze będą się czepiać, bo taka ich rola.

            A przykłady łamania etosu świadczą negatywnie o danych uczelniach. Nie pamiętam podobnych przypadków zakończonych „sukcesem” ze swoich czasów, a wręcz przeciwnie – znam historie wyrzucania, odrzucania i zwyczajnie izolowania osób, które dopuściły się najmniejszych nawet przewinień na polu naukowym. I uwierz mi, zgłaszałem KAŻDY przypadek, który mógł świadczyć o niewłaściwym postępowaniu i jakoś nigdy nie dostałem nożem pod żebro. Wyrywanie chwastów jest niezbędne.

            3
            • tzigi pisze:

              Zacznę od końca: zgłaszałam wiele przypadków, w każdym kończyło się to dla mnie nieprzyjemnościami formalnymi (bo bardzo łatwo jest skrzywdzić studenta, żeby utrzymać „porządek” na wydziale), w ani jednym nie skończyło się to chociażby słownym skarceniem osoby źle postępującej – więc sytuacje przepuszczania plagiatów, pozwalania na ściąganie, prowadzących w ogóle pozbawionych znajomości tematu, przypisywania ocen przed przeprowadzeniem egzaminu i inne im podobne przechodziły jako coś aprobowanego przez władze Katedry. Potem przeszłam na UW i tu po prostu nie ma co zgłaszać – bo jak zgłosić zakładanie fikcyjnych kół naukowych? Wszystko na papierze się zgadza, a faktów się sprawdzić nie da. Albo jak zgłosić, że ktoś wyjeżdża na 10 konferencji z tą samą prezentacją?

              „To chyba w Warszawie są jakieś dziwne kryteria przyznawania stypendiów, skoro premiują one ilość, a nie jakość”
              Nie ja ustalam kryteria. Są takie a nie inne. Nic poza ilością się nie liczy – artykuł w niepunktowanych Rocznikach Tego i Owego liczy się tak samo jak artykuł w dobrze punktowanym piśmie. Konferencje liczą się wyłącznie ilościowo – ich jakość nie jest jakkolwiek weryfikowana.
              Żeby nie było, że jestem gołosłowna, oto cytat z zasad przyznawania dotacji projakościowej: „aktywny udział w konferencji naukowej poświadczony zaświadczeniem o uczestnictwie lub skanem programu bądź strony internetowej konferencji – 5 punktów ( nie więcej niż 25 punktów i 5 referatów)
              aktywny udział w konferencji naukowej o randze międzynarodowej zaświadczeniem o uczestnictwie lub skanem programu bądź strony internetowej konferencji – do 10 punktów
              publikacje z potwierdzeniem druku bądź przyjęciem do druku – 5 punktów za jedną publikację (nie więcej niż 40 punktów i 8 publikacji);”
              Oczywiście są też inne punkty (staże naukowe, udział w grantach [czyli dawanie stypendium za to, że ktoś już ma pieniądze], otwarty przewód doktorski i osobno ” postępy w przygotowaniu rozprawy doktorskiej”), ale ich waga jest tak mała, że w gruncie rzeczy bez kilogramów konferencji nie sposób dostać stypendium.

              Jest to obrzydliwe i wyniszczające intelektualnie – i mówię to jako ktoś, kto dostał oba stypendia.

              4
              • Grzegorz pisze:

                Więc co za problem zmienić te przepisy? W czasach, gdy byłem na studiach doktoranckich to doktoranci przedstawili całkowicie nowe zasady przyznawania stypendiów naukowych i nikt nie miał co do tego żadnych pretensji. Ba, zyskali oni nawet należyte uznanie. Nie wierzę, że na warszawskich uczelniach nie ma grupy osób, którym nie zależy na podnoszeniu wartości studiów doktoranckich, a tym samym powstających tam doktoratów. Zwłaszcza, że komisje stypendialne tworzą najczęściej sami doktoranci (lub mają tam większość).

                Nie ma też żadnych problemów, aby zgłosić autoplagiaty innych osób. Wystarczy do tego skan lub wydruk programów konferencyjnych. O fikcyjności kół naukowych może stwierdzić niezapowiedziana kontrola. M

                Metod, aby walczyć ze złymi nawykami świata młodej nauki jest jak więc widać wiele. I jak zaświadczam swoją osobą – udaje się tego dokonać bez najmniejszych problemów. Trzeba tylko chcieć walczyć o to, aby premiowani byli Ci, którzy mają stanowić elitę narodu, a nie zadowalać się tym, że wygrywa się walkę na warunkach, które pozwalają również tym oszukującym czerpać profity.

                3
              • tzigi pisze:

                Najpierw jeszcze o badaniach (do poprzedniego komentarza): widocznie prowadziłeś badania na temat wcześniej jakkolwiek poruszany w Polsce. Uwierz mi, każdą potrzebną mi książkę sprawdzam najpierw pod kątem dostępności w bibliotekach w różnych miastach naszego kraju, a potem nawet w Berlinie (dojazd Polskim Busem znośny i tani). Po prostu ich nie ma. Musiałabym latać do Londynu albo Paryża, a na to mnie już nie stać – do Berlina umiem złapać bilet za 1 zł, a potem iść pieszo z dworca autobusowego. Podobny numer w Londynie, Paryżu czy Lejdzie jest po prostu niewykonalny – tam cena dojazdu z lotniska już wykańcza mój portfel.

                Zmiana przepisów? Cały październik 2015 toczyła się wśród doktorantów dyskusja o zmianie przepisów i obecny stan to z trudem uratowany bastion względnej naukowości – oczywiście największe lenie i osoby, które w ogóle doktoratu pisać nie powinny, gardłowały za przyznawaniem punktów za wpisy na blogu albo za prowadzenie zajęć coachingowych. Serio. Próba chociażby rozróżnienia publikacji punktowanych od niepunktowanych to już był dramat, a co dopiero powiedzieć o ocenianiu wartości poszczególnych publikacji. Gdybym nie spędziła miesiąca walcząc na liście mailowej (innego kontaktu między doktorantami nie mamy) z „czarodziejami punktowymi”, którzy spokojnie pisali o potrzebie „wyczarowania” punktów to może bym podzielała twoje idealistyczne podejście.

                Jak sobie wyobrażasz zgłaszanie autoplagiatów konferencyjnych? Tytuły, a nawet abstrakty mogą się na tyle subtelnie różnić, że tylko dostanie mi się za bicie piany. Musiałabym jeździć za danym delikwentem i nagrywać jego wystąpienia. Tu chodzi o te same tezy, te same argumenty, a nie te same słowa. Autoplagiat prosto wykryć w publikacji, na konferencjach go owszem, widać, ale zgłaszanie tego to strzelanie sobie w stopę.

                Jaka niezapowiedziana kontrola? Koło naukowe ma zgodnie z przepisami odbyć x spotkań. No to zakładamy 3 koła, robimy 3 spotkania jednego dnia – po kolei. Potem kolejnego dnia znowu – wszystko zgodnie z przepisami. A potem koło wystawia zaświadczenia i zawiesza działalność. Żadna niezapowiedziana kontrola nie wykryje tu niczego niezgodnego z literą prawa.

                Od wielu lat obserwuję takie patologie, omawiam je nawet z różnymi profesorami i oni też przyznają, że z większością takich sytuacji nie mają co zrobić – muszą się trzymać regulaminów itd. A druga strona dobrze zna ich literę i wszystkie w niej dziury.

                3
              • Grzegorz pisze:

                @tzigi

                Cóż, myśmy nie mieli ani listy mailingowej, ani forum, ani grupy na Facebooku, a jakoś spotykaliśmy się albo w kole naukowym albo w ramach wydziałowych spotkań. Cóż więc prostszego jak zarządzić spotkanie offline, na które jak sama zaznaczasz i tak nie przyszliby Ci lawiranci? Na takim spotkaniu ustala się nowe zasady, które popierają Ci, którym zależy na poziomie swoich prac. Uważam, że nie należy przyjmować się bytami internetowymi, którzy nie chcą spotkać się na terenie uczelni.

                Zgłoszenie autoplagiatu? Nic prostszego. Lista wystąpień wraz z adnotacją, że zawierają one zbliżoną treść i wnioski. A potem właściwe osoby maglują taką osobę w czasie spotkania w „realu” i skreślają takie punkty z podania o stypendium.

                Lipne koła naukowe? Wystarczy zmienić zasady funkcjonowania lub uzasadnić pisemnie, że działalność w tak krótkim okresie jest niezgodne z ich założeniami.

                Naprawdę nie jest wcale tak trudno wyplenić chwasty, odsunąć na bok lawirantów czy też zwyczajnie zmienić przepisy. W mojej jednostce de facto zajmowały się tym dwie, w porywach trzy osoby. I załatwiły WSZYSTKO: zasady funkcjonowania kół, regulaminy przyznawania stypendiów, ocenę dorobku naukowego, zasady prowadzenia zajęć, limity przyjęć.

                Wystarczy chcieć. I zamiast narzekać – robić.

                1
              • tzigi pisze:

                Gdybym nie próbowała, gdybym nie zmarnowała na to mnóstwa czasu to nie pisałabym też tutaj. Urodziłeś się z racją i nie chcesz przyjąć do wiadomości opcji „niedasię”. Mi zajęło to kilka lat. Teraz przynajmniej zamiast walczyć z wiatrakami mam stypendium, więc mogę przestać czepiać się prac doraźnych i spokojnie kończyć doktorat. Wszystkie twoje koncepcje są niewykonalne – próbowałam, omawiałam. Nic. Ustalenie daty wyborów wśród doktorantów to był ponad miesiąc deliberacji, a i tak pewnie finalnie nawet quorum nie będzie. Co zatem powiedzieć o przepisach? I jeszcze jedno: wielu doktorantów nie mieszka w Warszawie i urządzenie spotkania offline to będzie rozpętanie największej awantury jaką umiem sobie wyobrazić. Uwierz w „niedasię” i przestań zarzucać mnie idealistycznymi i niewykonalnymi pomysłami.

                3
              • Grzegorz pisze:

                Zrobiłbym tak, gdybym sam wielokrotnie nie przekonał się o tym, że nie ma takiego pojęcia jak „niedasię”. Wszystko da się zrealizować. Dowcipnie rzecz ujmując: pytanie brzmi tylko czy ofiary będą w ludziach czy w sprzęcie.

                A kwestii burzy po zwołaniu spotkania na terenie uczelni nawet nie ma sensu komentować. Jeśli komuś nie chcę się ruszyć przysłowiowej „dupy”, aby podyskutować o sprawach ważnych, to nie ma sensu taką osobą się nawet co przejmować. Nieobecni nie mają prawa głosu. A, że będą pluli jadem w Internecie? Zawsze jest taki magiczny guzik „zablokuj”.

                1
        • Sholay pisze:

          TL;DR

          Na moim wydziale na UW w połowie lat. 90 funkcjonował punkt xero. Na każdym wydziale każdej uczelni istniał taki punkt.
          Kiedy niedawno wrócilem na inny wydział – też humanistyczny ale na Krakowskim, a nie na Służewcu. Jest punkt xero, wykładowcy rozdają kopie, przesyłają pdfy całych książek, wrzucają je na uczelniane strony, czasem nawet na Chomika.

          Więc może i istnieją dwie osoby, której nie korzystają z materiałów. Ale przypuszczam, że mogą być jeszcze ze dwie, których nie znasz. I na tym koniec. Reszta pracuje z „wolna kulturą i nauką”.
          &

          &

          0
    • Magdalaena pisze:

      @tzigi – Czemu nie kupisz sobie abonamentu legimi?

      2
      • tzigi pisze:

        Po pierwsze, bo mój księgozbiór jest w gruncie rzeczy księgozbiorem dla całej mojej dość dużej rodziny. Powiedzmy tak: ja jestem swoistym „sitem” dla pozostałych. Czytam szybko (i nie umiem wolniej – co jest bardzo smutne, bo beletrystykę pochłaniam w tempie nawet dla mnie zastraszającym), więc poznaję o wiele więcej niż pozostali i w gruncie rzeczy dobrym 5 (a może ta liczba nawet jest większa…) osobom układam listy lektur proponowanych, które następnie pożycza. Część z tych osób ma skrajnie negatywne opinie o czytnikach i nie da się tego zmienić (próbowałam ja, próbowali inni). Jedynym sposobem, żeby wszyscy byli zadowoleni jest kupowanie książek w papierze.

        A poza tym nie lubię kupować dostępu do różnych rzeczy – Legimi w ogóle do mnie nie trafia jako idea. Często wracam do książek i wizja „muszę kontynuować płacenie abonamentu, bo jak nie to nie będę mogła cofnąć się i przeczytać raz jeszcze tej sceny” jest dla mnie nie do przyjęcia.

        I ostatnia rzecz: cenię sobie też papierowość mojej biblioteki. Walczę z wydawnictwami (zwłaszcza z nieszczęsną Fabryką Słów) o wydawanie serii w spójnych okładkach, ba, przygotowuję obwoluty, które sprawiają, że niepasujące tomy zaczynają pasować. Wychowałam się w domu, w którym nie było ściany bez książek, ba, półki trzymały się dzięki książkom, pęknięte deski w łóżku zastępowano starymi albumami malarstwa itd, więc mieszkanie bez książek (i to ciągle nowych) jest sprzeczne z moją wizją domu.

        Nie dla mnie Legimi.

        4
        • Athame pisze:

          Jak już nawiązaliśmy do Legimi przy temacie o piractwie to nadmienię, że mój mentor w modyfikowaniu czytników ma abo Legimi i zanim książkę przeczyta, to ma już odbezpieczoną w formacie EPUB na swoim dysku. Jak sądzę, właśnie po to by nie musiał przedłużać abonamentu na siłę. Jego kręgosłup moralny jest jednak mocny (nie dzieli się „łobuz” metodami na okradanie sklepów internetowych), więc jestem przekonany, że zabezpiecza tylko to co sam czyta, a nie uprawia „masówki”.

          0
    • Karolina pisze:

      Ad.1. Zaczęłam się odnosić i chociaż nie podoba mi się osobiście Twoja swoboda i nonszalancja z jaką usprawiedliwiasz piracenie treści naukowych (jak? ksero :p?) to przyznaję – po napisaniu kilku wersji komentarza – że temat jest bardzo złożony, niestety…

      Ad.2. Ciekawa polityka. To tak, jakbym poszła do restauracji / na masaż / basen whatever i stwierdziła po skorzystaniu z usługi, że płacić nie będę. Chyba nie bardzo.

      Z ebookami jest naprawdę prosto: wystarczy ściągnąć wersję demo i średnio inteligentny osobnik jest w stanie stwierdzić, czy chce kupić daną książkę czy nie. A nie dopiero po tym, kiedy dowie się, że mordercą był X, a narzędziem zbrodni pietruszka, którą znalazł nad rzeką. A szanownemu czytelnikowi się to nie spodobało, bo obstawiał Y i bakłażana.
      (Nacięłam się może 3-4 razy na ponad setkę zakupionych ebooków i to tylko dlatego, że przeczytałam nieuważnie demo). Poza tym stosuję podobny w pewnym stopniu do Twojego system: jak już przeczytam ebooka, to, jeśli jest tego wart, wpisuję go na listę książek do których będę wracać i które chciałabym mieć kiedyś tam na półce.
      Pozdrawiam

      0
    • Karolina pisze:

      Ad.1. Zaczęłam się odnosić i chociaż nie podoba mi się osobiście Twoja swoboda i nonszalancja z jaką usprawiedliwiasz piracenie treści naukowych (jak? ksero :p?) to przyznaję – po napisaniu kilku wersji komentarza – że temat jest bardzo złożony, niestety…

      Ad.2. Ciekawa polityka (choć rozumiem swoiście pojmowaną uczciwość nabywcy). To tak, jakbym poszła do restauracji / na masaż / basen whatever i stwierdziła po skorzystaniu z usługi, że płacić nie będę. Chyba nie bardzo.

      Z ebookami jest naprawdę prosto: wystarczy ściągnąć wersję demo i średnio inteligentny osobnik jest w stanie stwierdzić, czy chce kupić daną książkę czy nie. A nie dopiero po tym, kiedy dowie się, że mordercą był X, a narzędziem zbrodni pietruszka, którą znalazł nad rzeką. A szanownemu czytelnikowi się to nie spodobało, bo obstawiał Y i bakłażana.
      (Nacięłam się może 3-4 razy na ponad setkę zakupionych ebooków i to tylko dlatego, że przeczytałam nieuważnie demo). Poza tym stosuję podobny w pewnym stopniu do Twojego system: jak już przeczytam ebooka, to, jeśli jest tego wart, wpisuję go na listę książek do których będę wracać i które chciałabym mieć kiedyś tam na półce.
      Pozdrawiam i powodzenia z badaniami (oraz życzę, żeby biblioteka uniwersytecka dostała jednak jakąś większą kasę :) )!

      0
  26. Cyprys pisze:

    Na szczęście (prawie) cała tzw. współczesna literatura jest słaba, jak polska piosenka ;) (znacie jakiś współczesny polski przebój światowy? tacy Rumuni mają). To, co jest wartościowe, jest już w domenie publicznej. „Uczciwi” wydawcy zarabiają też na tych utworach, sprzedając to, co jest darmowe. Hipokryci.

    1
    • szemrany pisze:

      Jak to nie mamy współczesnego polskiego przeboju światowego, a „ona tańczy dla mnie”? Poza tym najpierw narzekają, że polak mało czyta… potem narzekają, że polak kradnie książki. Niech się w końcu zdecydują.

      3
      • asymon pisze:

        Potwierdzam, nawet żona Neila Gaimana, ta co się rozbiera na scenie, śpiewała „Ona tańczy dla mnie” z Gabą Kulką na koncercie, dowód jest na YT. Nie ma co się krzywić i kręcić nosem, przebój to przebój, Gaba też taka ę-ą, leci w Trójce i w ogóle, ale na koncertach liczy się dobra zabawa.

        0
  27. mól książkowy pisze:

    Piracę i ściagam, i będę to robił, dopóki: 1 ebooki będą za jakąś ekstremalnie niską cenę np 1 zł. Wówczas jak kupię jakiś chłam nie będę miał wyrzutów sumienia. Obecnie znaleźć dobrą książkę jest mi naprawdę trudno, nawet coś co do tej pory można było kupić w ciemno (cykl autora) kompletnie mnie rozczarowało. 2 autor będzie miał z tego więcej niż dotychczas. Z autopsji wiem, bo rodzice kiedyś coś wydali. To są grosze. Grosiki. Przyszłość widzę zatem w płatnym self-publishingu. Chyba Stephen King zrobił taki eksperyment: publikował w necie po rozdziale a ludzie za to płacili. Pamiętam, jak Sapkowski „przejechał się” po ebookach, chciałem mu wysłać parę złotych żeby zobaczył, że się myli. Niech zacznie publikować opowiadania z opłatą za 1 szt, może dojdzie do wniosku, że to ma sens.

    1
  28. Magdalaena pisze:

    1. Już sam tytuł konferencji jest mocno nietrafiony, bo czy można czytać nielegalnie.

    2. jeśli większość Polaków w ogóle nie czyta książek, to gdzie skąd ta plaga „pirackich” ebooków?

    3. czy plaga faktycznie rośnie?

    4. czy dziennikarze, fundacje itp. zamierzają jakoś wpływać na twórców i wydawców, żeby udostępniali swoje treści cyfrowo? Bo jakoś nie podoba mi się promowanie postawy typu pies ogrodnika.

    1
  29. Kaczus pisze:

    Sądzę, że rozsądna cena zmniejszyłaby piractwo. Czasami też jakość, cóż jakby to powiedzieć, często książki w wersji elektronicznej złożone są poniżej jakiejkolwiek krytyki…

    3
  30. s pisze:

    A ja chciałem ostatnio kupić Sezon Burz. Nigdzie nie było.
    Na „ciekawych stronach” był, a jakże!

    1
  31. Aki pisze:

    chciałem posłuchać tej debaty ale nie daję rady…
    jakość dźwięku jest bardzo kiepska, nie dość, że słabo słychać (mają mikrofon) to jeszcze jakieś pogłosy się przewijają, o tym, że stream przerywa to już wspominać nie będę…

    1
    • Robert Drózd pisze:

      Niestety ja też po chwili wyłączyłem, jakość dźwięku bardzo słaba, teraz jak odświeżyłem to jeszcze lepiej: „The content is not available in your area due to rights restrictions”. Hmm, to jakiś happening? :-)

      1
      • Borygo pisze:

        Dokładnie. Ja też stałem się „banitą” :D

        0
      • Aki pisze:

        zabezpieczają się przed gradem niewygodnych pytań :P

        0
      • Virtualo pisze:

        Rzeczywiście, ze streamingiem był problem, nie zadziałało to wszystko tak, jak powinno. Przepraszamy wszystkich, którzy zamiast debaty zobaczyli komunikat „This content is not available in your area due to rights restrictions”. Jutro udostępnimy nagranie z dyskusji.

        0
    • jakubd pisze:

      Ja sam organizuję tego typu transmisje, ale do tej nawet nie udało mi się wbić – siedzę w Warszawie i ani przez komórkę, ani bezpośrednio nie mogę się wbić, bo „This content is not available in your area due to rights restrictions.”

      0
    • Virtualo pisze:

      Wiemy, że streaming zawiódł :( Przepraszamy! Jutro wrzucimy nagranie debaty do sieci, gwarantujemy, że nie będzie takich problemów z dźwiękiem.

      0
  32. lidka pisze:

    U mnie podobnie. Nic z tego.

    0
    • Aki pisze:

      to może zmieńcie proxy na jakieś zagraniczne? bo widać dyskusja prowadzona po polsku nie jest przeznaczona do oglądania na polskim rynku :P

      0
      • jakubd pisze:

        Już wiem o co chodzi – USTREAM na głupi sposób rozpoznawania terytorium – po ustawieniach językowych przeglądarki. Zmieniłem na Chrome, w którym mam domyślny język PL i jest OK.
        Zaproponowałem im, że pomogę w zrobieniu transmisji znacznie lepiej – bo się tym zajmuję (niskobudżetowymi transmisjami na żywo z kilku kamer).
        Dźwięk można było zrobić tam doskonały – mają nagłośnienie – a z niego można było wziąć dżwięk.
        Ech… Wystarczyło zrobić testy, albo poszukać pomocy :)

        0
        • Aki pisze:

          no to opowiem Ci dowcip: mój Chrome jest po angielsku, a mogę wbić na tą transmisję i „udawać, że oglądam i słucham”, bo jakoś jest miezerna…

          0
  33. skrzat-kuchenny pisze:

    „Zgodzę się z przedmówcą. Niestety obecnie młodzież akademicka jest nastawiona na wyścig szczurów i nie są wystarczająco cierpliwi, aby zdobywać swoje wykształcenie powoli i legalnymi metodami. Smutne, zwłaszcza, że gdy sam pisałem doktorat, to nawet przez myśl by mi nie przyszło, aby pobierać jakieś nielegalnie udostępnione książki lub je masowo kserować. Do pracy naukowej wystarczał mi długopis i papier za pomocą których wypisywałem w archiwach i bibliotekach najważniejsze informacje, które potem w domu zamieniałem na treść rozprawy. Można? Można.

    I Czasem lepiej nie mieć jakiegoś grantu czy też nie dotrzeć do jednej pracy, ale być w zgodzie ze ślubowaniem studenckim lub doktoranckim. Bo bycie naukowcem to nie punkty czy granty, a dawanie przykładu innym jak należy wartościowo żyć.

    No cóż…, można i tak :)
    Ale…, jeśli dziedzina, którą zajmuje się Tzigi, nie ma bezpośredniego wpływu na jakość mojego życia, zdrowia i codziennego bezpieczeństwa, to poziom, jakość wiedzy lekarza, farmaceuty, inżyniera od choćby budowy domów, mostów, samochodów, samolotów, technologa żywności i specjalistów w mnóstwie innych dziedzin, już ma!
    Jeśli brak dostępu do wiedzy sprawi, że most się zawali, a pacjent przeniesie do „lepszego świata”, to argument Pana Grzegorza, że lepiej „zdobywać swoje wykształcenie powoli i legalnymi metodami”, jak dla mnie, odpada.

    Pójdę do lekarza takiego, który ma wiedzę najgruntowniejszą z możliwych i najnowszą, nie zastanawiając się nawet, czy nowinki medyczne zdobywa w księgarni, czy z jakiejś strony internetowej, bo tylko tam one są :)

    5
    • Grzegorz pisze:

      Akurat w przypadku nauk medycznych czy technicznych pieniądze na fachową literaturę i publikacje zawsze się znajdą.

      I osobiście wolałbym, aby człowiek, który zbuduje mój dom albo będzie mnie leczył nie szedł na skróty i nie korzystał z „alternatywnych źródeł wiedzy”, a był na tyle dobry, aby mógł legalnie korzystać z najnowszej wiedzy w swojej dziedzinie. Gdy ktoś chodzi na skróty przy pozyskiwaniu wykształcenia, to jest podatny na takie same skoki przy wykonywaniu swojego zawodu. A to już najwyższe możliwe ryzyko.

      5
  34. skrzat-kuchenny pisze:

    Przy okazji :)

    Jeśli zajrzy tu ktoś z Virtualo, to niech zajrzy też do „Sandersona Brandona – Cienie tożsamości”
    Spis treści nieaktywny, przynajmniej w wersji kupionej przeze mnie 9 marca :)

    „Gdy ktoś chodzi na skróty przy pozyskiwaniu wykształcenia, to jest podatny na takie same skoki przy wykonywaniu swojego zawodu. A to już najwyższe możliwe ryzyko. ”

    Upsss…! ;)

    0
  35. Szczała Z Kosmosu pisze:

    Po oglądnięciu debaty powiem, że to jedna z najlepiej spędzonych chwil w moim życiu. Zacznę od tego, że transmisje uruchomiło mi za siódmym razem. Potem patrzyłem na piątkę bełkoczących coś w niezrozumiałym dialekcie starszych bytów. A w tym czasie co parę minut transmisję przerywało. Ale dla pocieszenia z boku obrazu był czat, na którym można było pisać, choć tylko do siebie. Więc jak ktoś miał sam sobie coś do powiedzenia, to mógł w tym czasie napisać do swej osoby wiadomość. Jestem w niebo wzięty. Dla szczęściarzy, których ominęła debata, w skrócie najlepsze, wyłapane przeze mnie z niej teksty:
    -Ę..Ą.. GRYFHGR… AłKO… czytelnicy…GRYTHU…
    -WHTYUUU… ebooki… WRTHYUUUU… GRFHU..proszę mi nie przerywać…. TFGDUUUU…
    i tym podobne…
    Ogólnie ode mnie nominacja do Oscara dla dźwiękowca i reżysera. I przede wszystkim pytanie do scenografa: dlaczego na stole nie było solonych paluszków? Dlaczego?

    9
    • Virtualo pisze:

      Niestety wiemy, że streaming zawiódł, więc ta nominacja rzeczywiście zasłużona… Przepraszamy, taka sytuacja nie powinna mieć miejsca. Jutro wrzucimy nagranie z debaty, tym razem gwarantujemy, że poza: „Ę..Ą.. GRYFHGR… AłKO…” będą też konkretne argumenty w dyskusji :)

      2
  36. Doman pisze:

    Dostałem w newsletterze linka do strony strony na której osadzony jest film z YouTube. Dźwięk nie powala, ale po podkręceniu da się zrozumieć.

    https://www.youtube.com/playlist?list=PLclaOgAP5qWZO3FjT8e5IYVnfYlHfgfFW

    0
  37. Lester pisze:

    OK. Odsłuchałem ponownie, trochę więcej da się zrozumieć. Tym razem wideo już zredagowane i nie jest lustrzanym odbiciem jak w streamingu ;)
    Z tej debaty chyba niewiele wynikło, choć raczej zaskoczyły mnie względnie spokojne wypowiedzi wokół „piractwa”. Odpowiadając na pytanie pana Jarosława Lipszyca z 24:50 trzeciego filmu. Powiem, że wg mnie robicie propagandę, z edukacją ma to niewiele wspólnego. Weźcie sobie to do serca, bo tak właśnie odbieram tę akcję widoczną na waszej stronie głównej. Nachalna indoktrynacja, szczegóły poniżej. Świetnym podsumowaniem jest kwestia pana Wojciecha Orlińskiego w 26:48 trzeciego filmu :)

    Moim zdaniem sami wydawcy są częściowo odpowiedzialni za skalę piractwa. Nie za piractwo, ale za jego skalę. I chociaż w świetle prawa polskiego to co powszechnie nazywane jest piractwem jest w pełni legalne, to choćby z wygody, pozostanę jednak przy takim nazewnictwie.
    To wysokie ceny napędzają poszukiwanie alternatywnych źródeł dystrybucji. I stety lub nie, to się zakorzenia wśród czytelników. Potem nawet promocje nie zmienią wiele, bo po prostu sięgnąć na warez jest łatwiej i szybciej, niż polować czy akurat dziś jest promocja na książkę której pożądam, czy nie. I nie bez znaczenia jest przyzwyczajenie, które potem decyduje gdzie ktoś zacznie szukać. Sklep staje się ostatnim miejscem poszukiwań. Bardzo łatwo przepędzić ludzi na warezownie, ale bardzo trudno będzie ściągnąć ich z powrotem. Przemysł filmowy coś o tym wie – jakoś nie do końca mogę się zgodzić z opinią wypowiedzianą w debacie, że to przemysł muzyczny przegrywa, a filmowy nie. Wizyta na kickass wiele wyjaśni… ;) Przemysł muzyczny to zrozumiał (spotify itp.), filmowy dopiero zaczyna pojmować potrzeby konsumentów (co za brzydkie określenie, blee) :)
    A skoro o promocjach wspomniałem. Coś jest nie tak z rynkiem, jeśli kupowanie e-booków ogranicza się głównie do okresów z obniżoną ceną. To ma być promocja, forma reklamy sklepu, a nie główny sposób kupowania/sprzedawania. Jeśli na zachodzie e-book kosztuje 10/15 €/$, choć często i niżej, to w Polsce powinna być to cena 10/15 zł. Adekwatnie do zarobków, bo te wyrażone w walucie są porównywalne do tych w złotówkach. Niestety, ceny w Polsce oscylują bliżej równowartości 10 € niż 10 zł, a zarobki mamy ~4x mniejsze. Skoro tam się opłaca, to i u nas powinno.
    Nie wiem jakie są koszty konwersji wg wydawców i jaki jest format wyjściowy dla nowo wydawanej literatury, ale zakładając, że to pdf to nie powinien on przekroczyć 200-300 zł – jedna niezła dniówka – dla przeciętnej książki, z dopracowanym składem, a nie to co jest powszechnie dostępne. Choć i tu bywają chlubne wyjątki sugerujące, że wolno, ale idzie ku lepszemu :) Pomijam konwersję starszych książek skanowanych i poddawanych OCR-owi, bo to kwestia bardzo indywidualna.
    Dla mnie forma książki nawet elektronicznej jest bardzo ważna i to może być wartość dodana, która ściągnie nabywców do legalnej dystrybucji, zamiast męczyć się z chomikowymi pdf-ami lub plikami post-pdf, pociętymi w środku zdań, często bez formatowania tekstu itp. Niestety gros książek jest wydany na odczepnego, z paskudnymi czcionkami (ktoś jest w stanie logicznie uzasadnić ich osadzanie w pliku?), fatalnym składem, bywa że dziwnym CSS-em, całkowitym pominięciem zasad składu książek (zapewniam, że całkiem sporo da się ich zachować w e-booku, choć nie wiem jak czytniki inne niż na ‚K’ radzą sobie z białymi znakami innymi niż ‚&nbsp’, zapewne nieźle), bez podziału wyrazów itd., z kartą wydawniczą jako drugą stroną, widać najważniejszą dla czytelnika zaraz po stronie tytułowej, mało przydatnym osadzonym spisem treści w postaci teksu (taki spis treści nie sprawdza się, gdy nie można na szybko fizycznie odchylić okładki i zajrzeć) zamiast pliku toc, brak nagłówków itd… długo by wymieniać.

    Dalej – akcja na stronie virtualo. Przepraszam, ale do kogo te wypowiedzi mniej lub bardziej znanych ludzi? Czy ktokolwiek zadał sobie trud przeczytania ze zrozumieniem tego co cytujecie? Choć jest klika prawie neutralnych pod którymi prawie da się podpisać, gdyby nie „czytam legalnie bo…”.
    Przytoczę kilka, które mnie najbardziej zatrzęsły, w kolejności trzęsienia:
    Mariusz Szczygieł: „Czytam legalnie ponieważ nie lubię kraść.
    Remigiusz Mróz: „Czytam legalnie, ponieważ nie lubię pożyczanych książek. Szczególnie tych na wieczne nieoddanie.
    Katarzyna Bonda: „Czytam legalnie, ponieważ nie chodzę w kradzionych butach, pożyczonych sukienkach, nie wbijam się na bankiety na „krzywy ryj” ani nie sępię papierosów w ciemnych bramach. Poza tym personifikuję książki, znaczę je, bazgrolę po nich, a mogę to robić bo są moje, na zawsze. Wiedza jest cenniejsza niż garść srebrników. Za darmo są tylko kłopoty.
    Co to znaczy czytać nielegalnie? W razie możliwości proszę o dyrektywę opisującą legalny sposób czytania. To jakiś specjalny sposób trzymania książki lub czytnika? Coś jak sprawa z prawidłowym trzymaniem iPhone’a?
    Pozyskiwanie kopii książek, czyli piractwo (choć nie tylko książek, bo również filmów i muzyki) w Polsce nie jest przestępstwem, nie jest nielegalne, więc łączenie tego z określeniem „kradzież” zaczyna mieć znamiona pomówienia, a od tego już krótka droga do sali sądowej, gdyby ktoś poczuł się urażony. Polecam Art. 23 o Prawie Autorskim.
    Zestawianie wartości wirtualnej (e-book) z materialną (buty, sukienka) również jest dużym nadużyciem.
    Akcja dotyczy książek papierowych czy e-booków? Czy virtualo sprzedaje książki papierowe? No to dlaczego pani Bonda wspomina o mazaniu po nich, o ich „personifikacji” (odsyłam do słownika)? I czy rzeczywiście e-book którego kupiłem jest mój, na własność? Skoro tak, to poproszę o wersję bez znaku wodnego, bo chciałbym sprzedać te, które już przeczytałem, bo po co mi one. Obiecuję, że nie zachowam sobie kopii, przecież musimy opierać się na wzajemnym zaufaniu. Dodam, że Europejski Trybunał Sprawiedliwości kilka lat temu wydał wyrok w sprawie C-128/11 dotyczącej UsedSoft i odsprzedaży oprogramowania. Wyrok ten jest jednak często rozszerzany na legalnie nabyte e-booki, muzykę i filmy. Choć ciągle brak tu jednoznacznej wykładni, to w 2014 roku niemiecki sąd apelacyjny w Hamm orzekł, że wyrok ETS w sprawie UsedSoft ma zastosowanie do innych niż programy komputerowe treści cyfrowych. Od razu dodam jeszcze, że ograniczenia licencji wynikające z regulaminu, a pozostające w sprzeczności z obowiązującym prawem są nieważne, co również podkreślił ETS w wydanym wyroku (odnośnie wypowiedzi Mateusza Tobiczyka z Woblinka ze stycznia zeszłego roku).
    Chciałbym żeby ktoś jasno w końcu odpowiedział na pytanie: Czy kupując e-booka kupuję licencję na czytanie, czy podobnie jak w przypadku książki papierowej sprzedawca wyczerpuje swoje prawa. W brew pozorom to bardzo ważne pytanie bo może przyjść dzień w którym podobnie jak e-booki Sapkowskiego nie tylko zniknęły z półek ebookowni, ale znikną także z naszych czytników i komputerów, a także dostaniemy e-maila z nakazem usunięcia wszystkich kopii zapasowych pod groźbą odpowiedzialności karnej.
    Ale to wszystko nic. Prawdziwą bombą jest sugestia, że pożyczanie książek innym lub od innych również jest KRADZIEŻĄ! To jest niedopuszczalne, i to nawet bez ustawy o dozwolonym użytku osobistym! Obrażacie mnie, ja obraziłem się na was, o!
    A na koniec pozwolę sobie ponownie zacytować panią Bondę, która ma najwyraźniej dar do wypowiedzi, które dla niej znaczą coś innego niż dla słuchającego: „Wiedza jest cenniejsza niż garść srebrników.”

    16
    • Athame pisze:

      Jako że aktualnie robię skład z osadzaniem czcionek uargumentuję ich użycie tak: EPUB ma być czytelny i miejscami zawierać imitację pisma odręcznego. Jeśli załączę tylko font do pisma odręcznego to reszta będzie wyświetlana jakimś paskudnym bezszeryfowym fontem i nigdy nie wiadomo jakim (często bez polskich „ogonków”). Tak więc dołączenie DajaVu lub Minion (ewentualnie czegoś innego) jest koniecznością. Publisher Font zawsze też można wyłączyć.

      Popełniłeś komentarz większy niż artykuł główny i w większości poruszanych kwestii zbieżny z moimi wyobrażeniami. Patrząc na oczekiwane przez ciebie ceny składu na podstawie PDF przemyślę skorygowanie cennika. Trochę tu przesadziłeś, chyba że ktoś nie umie liczyć i wybiera rozwiązania droższe i często gorsze.

      1
      • Lester pisze:

        Takie osadzanie czcionek rozumiem, sam używam zazwyczaj przynajmniej dwóch różnych (poprawiam e-booki dla siebie). Pytając miałem na myśli to co robią wydawcy, tzn. osadzona jest czcionka tylko po to żeby jakaś była. I tu miałbym pytanie: jak jest z licencjonowaniem czcionek komercyjnych? Czy kupując jakąś mam prawo jej używać i osadzać w e-bookach, czy wchodzą tu jakieś drastyczniejsze obostrzenia i opłata licencyjna od każdej sprzedanej kopii e-booka?

        Popełniłeś komentarz większy niż artykuł główny
        Mea Culpa, przepraszam Roberta, nie byłem świadomy, że wyszło aż tyle, ale nazbierało się ;)

        Patrząc na oczekiwane przez ciebie ceny składu na podstawie PDF przemyślę skorygowanie cennika. Trochę tu przesadziłeś, chyba że ktoś nie umie liczyć i wybiera rozwiązania droższe i często gorsze.
        O ile dobrze rozumiem, w rzeczywistości są sporo niższe. Warto wiedzieć. Przyjąłem maksymalną dniówkę za pracę i zachwycający plik wynikowy. Może przestrzeliłem, ale nie chciałem żeby ktoś mi zarzucił, że próbuję studenta ubrać w konwersję ;) Wydaje mi się, że taka kwota (200 zł) padła w debacie, ale może się przesłyszałem, dźwięk nie zachwycał, a słuchać od nowa już mi się nie chciało żeby to sprawdzić.

        PS. asymon, nie żałuj sobie.

        0
        • Athame pisze:

          Masz prawo używać fontów komercyjnych i zaszywać w pliku EPUB, ale musisz je „zaciemniać”. W przypadku MOBI nie ma takiego wymogu.

          0
    • asymon pisze:

      AAA, nie chce mi się, też bym wyprodukował ścianę tekstu :-D
      Wrzucę tylko parodię tej reklamówki antypirackiej w IT Crowd, o której mówi WO: https://www.youtube.com/watch?v=ALZZx1xmAzg

      edit rd: nieporozumienie moderatorów :)

      0
  38. sbdd pisze:

    Debaty nie obejrzałem i nie zamierzam. A co do „piractwa” książek (w miarę dokładnie przeczytałem co napisali inni ale mogłem przegapić) to pewnie jest tak jak z piractwem muzyki – największe zakupy legalnych płyt/książek/ robią ci, co najwięcej ich ściągają z sieci – ponieważ oni słuchają muzyki/czytają książki/.
    Niska cena ebooków, niski (zerowy?!) VAT, duży dostęp do jak największej liczby pozycji, poprawa przepisów prawa – i ściąganie piratów będzie marginalne, również pod kątem urojonych strat wydawnictw (wałkowany temat: straty z powodu wartości intelektualnych liczone są w bilionach USD, gdzie nigdy za taką cenę nie zostały one wydane, nie powstały – farsa).
    Osobiście w 4 roku posiadania kindla (PW1) postanowiłem, że nie kupuję żadnych książek – ok. dwustu czeka do przeczytania w papierze i plikach (lata zbieractwa, półki zapchane), 90 % legalnych, reszta pożyczone od kolegi (kupione przez niego), czytam ok. 50-60 na rok – gdzieś jest granica, której każdy – z przyczyn rodzinno-czasowo-zawodowo-intelektualnych nie przekroczy. I jeśli ktoś ściąga 200 książek w roku to proszę uwierzcie: przeczyta 50 (brawo! jaka jest średnia w Polsce? 1/rok?!…), kupi z nich 10-20 (brawo brawo! jaka jest średnia w Polsce?….) i dzięki temu że mu rodzice wpoili miłość do słowa pisanego pan Mróz i pani Bonda (lubię ich książki bardzo) mają z czego żyć. Bo ci co nie czytają to nie piratują, bo… po co?
    Paradoks goni paradoks, ale wg mnie tak jest.

    2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przed dodaniem komentarza zapoznaj się proszę z zasadami komentowania. Jeśli chcesz mieć swój obrazek przy podpisie, zarejestruj swój adres mailowy na stronie gravatar.com.

Zapisz się także do newslettera Świata Czytników


Komentarze do tego artykułu można śledzić także w formacie RSS.